Tajemnica mordu w Podgajach. Jedna z największych polskich zagadek II wojny światowej

Tajemnica mordu w Podgajach. Jedna z największych polskich zagadek II wojny światowej

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Dodano
W lutym 1945 r. w spalonej stodole znaleziono okaleczone ciała 32 żołnierzy LWP. Zbrodnia ta stanowi jedną z największych polskich zagadek II wojny światowej.

Był 3 lutego 1945 r. Bitwa dobiegła końca. Flederborn, a raczej to, co z niego pozostało, został zdobyty. Niemal wszystkie murowane domy zostały obrócone w kupę gruzów przez artylerię. Gdzieniegdzie tylko trzymały się jeszcze pokiereszowane kulami frontowe ściany. Z drewnianych budynków pozostały nagie kominy i tlące się zgliszcza.

Na zaśnieżonej drodze biegnącej przez wieś walały się rozbite meble, pokruszone cegły, szkło. Leje po eksplozjach, rozsypane skrzynki z amunicją, hełmy, broń. Wiatr rozwiewał, nikomu już niepotrzebne, dokumenty. Ciężkie, ołowiane niebo odbijało się w niewidzących oczach poległych żołnierzy w mundurach feldgrau.

Na rozstaju dróg silniki grzało kilka czołgów T-34 w białym zimowym maskowaniu. Maszyny ryczały i wyrzucały w mroźne powietrze kłęby spalin. W ruinach kręcili się zwycięzcy – żołnierze Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego. Sanitariusze udzielali pomocy rannym, kilku sołdatów kuliło się nad ogniskiem. Łącznościowcy ciągnęli gdzieś telefoniczny kabel.

Wychudzony, rudy kundel próbował dobrać się do wyprutych jelit martwego esesmana. Porucznik Michalik z 3. Pułku Piechoty zaklął pod nosem i potężnym kopniakiem posłał psa w powietrze. Zwierzę zaskowytało i z podkulonym ogonem zniknęło wśród ruin.

Porucznik splunął z odrazą i rozejrzał się po pobojowisku. Otrzymał dziś naprawdę parszywy rozkaz – miał nadzorować pochówek poległych. Samych szkopów leży tu dobre kilka setek – pomyślał, zapalając zgrabiałymi rękami zdobycznego niemieckiego papierosa – a do tego ze dwustu naszych. Ziemia zaś zamarznięta na kamień. Szykuje się długi, paskudny dzień.

Uwagę por. Michalika zwróciła oddalona nieco od drogi, do połowy wypalona, kamienno-drewniana stodoła. Z oddali dojrzał jakiś niepokojący kształt. Coś jakby… Rzucił niedopałek na ziemię i pospiesznie udał się w tamtą stronę. Aby dostać się do pogorzeliska, musiał przecisnąć się pod krokwiami na wpół zawalonego stropu. I stanął jak wryty.

Mimo mrozu na skronie wystąpił mu pot. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Sporo już widział na wojnie, ale coś takiego… W wypalonej stodole leżało na kupie kilkadziesiąt poskręcanych w przedśmiertelnych konwulsjach ludzkich ciał. Zwłoki były niekompletne, szkaradnie popalone, okaleczone.

Czytaj także:
Prosto we wrota piekieł. Brytyjscy komandosi kontra „bestia Hitlera”

Na zachowanych fragmentach tkanek porucznik dostrzegł rozległe pęcherze poparzeń. Trupy miały wykręcone do tyłu ręce, a nadgarstki skrępowane drutem telefonicznym. Na niektórych czaszkach widniały rany postrzałowe. Wyszczerzone zęby, rozwarte szczęki zastygłe w niemym krzyku nieludzkiego cierpienia.

Porucznik wzdrygnął się. Ku swojemu przerażeniu na nieżywych dostrzegł strzępy popalonych mundurów. Pagony, bluzy mundurowe, pasy. W popiele leżała poczerniała polowa rogatywka z orzełkiem bez korony. Nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości – to byli żołnierze LWP. Jego koledzy z szeregów.

Meldunek Welfelda

15 lutego 1945 r. do ppłk. Konrada Świetlika z 1. Dywizji Piechoty wpłynął raport dywizyjnego politruka kpt. Zenona Welfelda.

„Podczas przeprowadzania akcji grzebania zabitych żołnierzy poległych w czasie walk o Flederborn – pisał Welfeld – kierujący pracą por. Michalik znalazł w jednej ze spalonych stodół kilkadziesiąt spalonych ciał. Po bliższych oględzinach stwierdzono, że są to zwłoki żołnierzy 4. Kompanii Strzeleckiej 3. Pułku Piechoty, którzy w nocy z 31 stycznia na 1 lutego po bohaterskiej obronie dostali się do niemieckiej niewoli.

Przed ucieczką ze wsi Niemcy skrępowali naszych żołnierzy drutem kolczastym, oblali benzyną i, po zamknięciu w stodole, podpalili. Większość żołnierzy została spalona żywcem, na co wskazują bąble i oparzenia. Od żołnierzy Niemcy zabrali wszelkie dokumenty, listy i papiery, a stan zwłok był tego rodzaju, że nie było żadnej możliwości ich zidentyfikowania. Znaleziono 32 ciała.

Zwłoki pogrzebano we wspólnej mogile. W uroczystości pogrzebowej wzięli udział żołnierze 3. PAL-u, którego jedna bateria oddała salwę honorową. Mogiłę ogrodzono, postawiono duży krzyż brzozowy oraz umieszczono specjalną tablicę”.

Front tymczasem przewalił się przez Flederborn i pociągnął dalej. W kierunku Berlina. Trzy miesiące później niemiecka stolica została zdobyta przez bolszewików, Adolf Hitler strzelił sobie w głowę, tysiącletnia Rzesza przestała istnieć. A Flederborn, przemianowany na Podgaje, razem z całym Pomorzem został włączony do komunistycznej Polski.

Tragedia w Podgajach – w wersji przedstawionej przez politruka Welfelda – została zaś nagłośniona przez komunistyczną propagandę. Skrępowanie drutem kolczastym i spalenie żywcem kilkudziesięciu żołnierzy komunistycznej armii stało się symbolem „faszystowskiego zezwierzęcenia i barbarzyństwa”.

O zbrodni tej napisano książki, setki artykułów i reportaży. W 1971 r. na jej kanwie komuniści nakręcili nawet spektakularny wojenny film „Elegia”. W Podgajach stanął okazały pomnik.

„2 lutego 1945 r. – głosi napis wyryty na monumencie – hitlerowcy spalili żywcem w stojącej na tym miejscu stodole 32 żołnierzy 3 pp I Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki walczących o powrót ziemi piastowskich do macierzy”.

Jednocześnie Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Koszalinie prowadziła w sprawie zbrodni w Podgajach długoletnie śledztwo. Komunistycznym prokuratorom nie udało się jednak ustalić dokładnych okoliczności śmierci żołnierzy LWP ani tego, kim byli ich oprawcy. A może... wcale nie chcieli tego wyjaśnić?

Historia tragedii w Podgajach jest bowiem znacznie bardziej skomplikowana i niewygodna dla komunistów, niż wynikało to z meldunku politruka Zenona Welfelda. Według propagandy PRL Polaków wzięli do niewoli i zamordowali Niemcy, a konkretnie „hitlerowcy”.

W rzeczywistości w Podgajach żołnierze LWP wcale nie walczyli z Niemcami. Ich przeciwnikami byli… Łotysze. Żołnierze 15. Dywizji Grenadierów Pancernych Waffen-SS „Lettland”. A więc przedstawiciele jednego z narodów Europy Wschodniej, które zostały ujarzmione przez Związek Sowiecki.

Łotysze ci walczyli u boku Niemców o wolność swojej ojczyzny przeciwko najstraszniejszemu systemowi totalitarnemu, jaki znał świat. Nie robili tego z miłości do Hitlera, tylko z nienawiści do Stalina. Rok krwawej okupacji sowieckiej (1940–1941) wystarczył, aby Łotysze gotowi byli sprzymierzyć się przeciwko bolszewikom z samym diabłem.

Dla komunistycznych propagandystów fakt ten był jednak niezwykle kłopotliwy. Dlatego w swoich enuncjacjach na temat zbrodni w Podgajach na ogół starali się o Łotyszach nie wspominać.

Tymczasem to właśnie Łotysze 31 stycznia 1945 r. wzięli do niewoli 37 żołnierzy z 4. Kompanii 2. Batalionu 3. Pułku 1. Dywizji Piechoty LWP. Oddział ten został wysłany przez swoje dowództwo na straceńczą misję, co – nawiasem mówiąc – było dość typowe dla tej formacji.

Pozbawieni środków łączności, amunicji i rozeznania w terenie zostali wysłani na zwiad w celu rozpoznania sił broniących Podgajów. Kompletnie zdezorientowani i pogubieni, dostali się w łotewskie okrążenie. Zostali odcięci od reszty swoich sił i po tym, gdy skończyła im się amunicja, musieli się poddać.

Czytaj także:
Chciał być polskim Stalinem, do dziś ma w Warszawie pomnik

Do pierwszej zbrodni wojennej doszło już na polu bitwy. Ciężko rannych jeńców, którzy nie byli w stanie iść o własnych siłach, łotewscy esesmani dobili na miejscu.

„Żołnierze niemieccy pojedynczo i w grupach podchodzili do leżących proszących o ratunek – relacjonował po latach ranny w bitwie Władysław Gąsiorowski – i jeśli żołnierz na ich wezwanie podniósł się, to zabierali go do niewoli. Zaś ciężej rannych, niemogących się podnieść, dobijali, strzelając do nich z karabinów i pistoletów. Gdy zauważyłem żołnierzy niemieckich zbliżających się do mnie, ułożyłem bezwładnie ręce i głowę na ziemi. Dwaj żołnierze niemieccy kopnęli leżącego blisko mnie zabitego żołnierza, a następnie mnie i gdy się nie poruszyłem, powiedzieli jeden do drugiego –»kaput« i odeszli. Byli w białych kurtkach i z białymi pokrowcami na czapkach”.

Polaków pozostałych przy życiu Łotysze popędzili do Flederborn, gdzie zamknięto ich w jednej ze stodół. Tam rozpoczęły się przesłuchania, podczas których niemieccy oficerowie SS próbowali wyciągnąć od jeńców informacje o siłach nacierających bolszewików. A także domagali się, aby żołnierze wydali znajdujących się w ich gronie oficerów.

„Po krótkim czasie koledzy nasi – wspominał porucznik Zbigniew Furgała – wrócili zmasakrowani, z połamanymi nogami i rękami, niektórych przyniesiono. Widząc, że czeka nas to samo, postanowiliśmy zorganizować ucieczkę. Nie było wyboru. Chcieliśmy dać szanse tym, którzy mogli jeszcze o własnych siłach ratować życie”.

Próba ucieczki została podjęta pod osłoną nocy z 31 stycznia na 1 lutego. Jeńcy wciągnęli do stodoły i zabili pilnującego ich strażnika, a następnie kilkunastu z nich próbowało wydostać się z Podgajów. Esesmani zauważyli jednak, co się dzieje. Wystrzelili rakiety i rzucili się w pościg na nartach. Trzech uciekinierów zastrzelili w trakcie pogoni, a resztę schwytali. Dwaj Polacy – por. Furgala i kpr. Bernard Bondziurecki – schronili się w lesie i pozostali niezauważeni.

Rozwścieczeni incydentem esesmani mieli wówczas podjąć decyzję o eksterminacji reszty jeńców. Czyli 32 ludzi, których ciała znalazł kilka dni później por. Michalik. W tym miejscu rodzi się jednak podstawowe pytanie: Kim byli mordercy?

Dziennik oficera

Światło na tę sprawę rzuca relacja łotewskiego dowódcy – Sturmbannführera Julijsa Kilitisa. Istnieją jej dwie wersje. Dziennik napisany niemal na gorąco i uzupełniony potem w brytyjskim obozie jenieckim. A także autobiograficzna książka „Idę na wojnę” wydana w 1956 r. na emigracji w Wielkiej Brytanii.


„Pojmaliśmy 20–30 polskich jeńców – pisał Kilitis w pierwszym dokumencie. – Zrugałem ich, ponieważ jako Polacy powinni wstydzić się walki z Łotyszami. Polacy bardzo się z tego powodu zdziwili. Powiedzieli nam, że ich oficerami są Rosjanie. Przekazałem jeńców do 48. Pułku [SS], w którym później ich zastrzelono. Podgaje pozostawiały raczej odrażające wrażenia. Kilka domów paliło się, wypełniając wioskę dymem. Była również mgła zabarwiona na kolor mleczno-różowy. Na ulicach leżało martwe bydło oraz wiele ciał ludzkich, wśród nich polscy jeńcy rozstrzelani przez Niemców. Niemieckie jednostki obniosły się z nimi raczej okrutnie. Napawa mnie to wstrętem, ponieważ są ludźmi takimi samymi jak my, walczącymi o swoje racje i nie można ich za to obwiniać. W powietrzu unosił się odór spalenizny oraz przyprawiający o mdłości słodkawy zapach ciał”.

W wersji książkowej znalazł się zaś następujący fragment:

„Niemiecka kwatera główna [w Podgajach] znajdowała się w tak zwanym dworku, czyli potężnej, dwupiętrowej posesji wyposażonej w meble dobrego gatunku, dywany oraz porządną piwnicę. Moi niemieccy koledzy popijali herbatę z koniakiem w filiżankach z prawdziwej chińskiej porcelany.

Podczas wizyty w niemieckim dowództwie zapytałem o los polskich jeńców, których im przekazaliśmy po naszym przybyciu do Podgajów. Niemcy wymienili wymowne spojrzenia, niezręcznie chrząkając, a następnie jeden z nich powiedział, że nie powinienem się martwić, ponieważ oni już niczego nie potrzebują. Taka odpowiedź mnie zdziwiła i niezmiernie zakłopotała, co uwidoczniło się na mojej twarzy. Zanim zdołałem coś powiedzieć, jeden z oficerów powiedział, że oni sami nie mają żywności ani kwater i zaledwie kilka oddziałów do pilnowania jeńców. Dlatego nie mieli wyboru.

Odszedłem, nie mówiąc ani słowa. Nie byłem w stanie odwiedzić ich ponownie tamtego dnia. Zdałem sobie sprawę, że między nami zaszło coś dziwnego i potwornego zarazem. Choć wojna ma niewiele wspólnego z ludzkimi uczuciami, odbieram ją jako konieczne i nieuniknione zło. Ale istnieje ogromna różnica między walką twarzą w twarz a zwykłym mordem. Jest to kwestia ludzkiego sumienia, a ja nie chciałem stracić swojego”.

Wspomnienia Kilitisa – przed wojną kapitana armii niepodległej Łotwy – po raz pierwszy wykorzystali dwaj zachodni autorzy Jürgen Fritz i Edward Anders. Uznali oni wersję Kilitisa za wiarygodną i doszli do wniosku, że łotewscy esesmani rzeczywiście nie mieli nic wspólnego z mordem w Podgajach.

Egzekucji mieli dokonać żołnierze 48. Zmotoryzowanego Pułku SS „General Seyffard” dowodzeni przez Hauptsturmführera Helmuta Trögera. A więc jednak Niemcy?! Znowu nie jest to takie proste. 48. Pułk Grenadierów był bowiem pułkiem… holenderskim! Większość stanowisk oficerskich była obsadzona przez Niemców, ale w szeregach jednostki służyli głównie ochotnicy z Niderlandów oraz volksdeutsche z Rumunii i Węgier.

Muszę przyznać, że jako osobie, która sympatyzuje ze sprawą łotewską i której bliskie są antykomunistyczne ideały Łotyszy, wersja taka bardzo odpowiada. Wiem jednak, że życie bywa często bardziej skomplikowane i odbiega od naszych wyobrażeń. Dlatego z przykrością muszę napisać, że relacja Kilitisa ma jeden zasadniczy mankament. Pochodzi od jednego z głównych podejrzanych o dokonanie mordu.

Nie można więc wykluczyć, że łotewski oficer starał się obciążyć Holendrów winą za swoją własną zbrodnię. Na sprawę tę uwagę zwrócił już dr Maciej Maciejewski ze szczecińskiego oddziału IPN.

„Wrażliwość deklarowana przez oficera łotewskiego – pisał badacz – kłóci się z potwierdzonym faktem dobijania rannych jeńców. Oceniając wiarygodność tychże wspomnień, trzeba wszakże zachować ostrożność i uwzględnić, że Kilitis mógł próbować zrzucić z siebie odpowiedzialność”.

Oczywiście nie oznacza to, że Kilitis na pewno kłamał. Niewykluczone, że mord w Podgajach rzeczywiście obciąża konto Holendrów. Niemniej kwestia tego, kto zamordował żołnierzy LWP, nadal pozostaje otwarta.

Płomienie czy kule

W badaniach Fritza i Andersa uwagę zwraca jeszcze jedna sprawa. Otóż drobiazgowa i bardzo przekonująca analiza dostępnych dokumentów pozwoliła obu badaczom obalić podstawowy mit komunistycznej propagandy. Żołnierze LWP wcale nie spłonęli żywcem. Zostali rozstrzelani po przesłuchaniach, a ich ciała pozostawiono w stodole. Stodoła zaś dwa dni później, czyli 3 lutego, spłonęła wraz z całymi Podgajami w efekcie zmasowanego sowieckiego ostrzału artyleryjskiego.

Nieprawdziwa była również komunistyczna opowieść o drucie kolczastym, którym rzekomo miano skrępować więźniom ręce. Rzeczywiście użyto do tego celu drutu, ale był to... drut telefoniczny. Chodziło o to, żeby uniemożliwić jeńcom podjęcie kolejnej próby ucieczki. Wiemy o tym z relacji Czesława Krystmana, jednego z żołnierzy przydzielonych do pochowania zamordowanych. Wyraźnie pisze on o „kablu telefonicznym”. Trudno zresztą wyobrazić sobie, w jaki sposób strażnicy mieliby związać jeńcom ręce drutem kolczastym. Z technicznego punktu widzenia byłoby to zadanie niezwykle trudne.

„Informacje” o spaleniu żołnierzy żywcem i drucie kolczastym były więc typowymi sowieckimi kłamstwami, które miały jeszcze bardziej zohydzić przeciwnika i zachęcić żołnierzy do zaciętej walki. A także zniechęcić ich do oddawania się do niewoli. Zaraz po odkryciu ciał zamordowanych w Podgajach politrucy LWP rozdawali żołnierzom ulotki, w których obrazowo, z drastycznymi szczegółami opisali zbrodnię.

Czytaj także:
Ten zamach wstrząsnął Warszawą. To była zemsta za mord na carskiej rodzinie

Zdemaskowanie komunistycznych krętactw oczywiście nie zmienia oceny dokonanej przez esesmanów zbrodni. Mord jeńców jest jednym z najbardziej haniebnych i odrażających czynów, jakich można dopuścić się na wojnie. Dla morderców z Podgajów nie ma żadnego usprawiedliwienia. W imię prawdy historycznej należy jednak odnotować, że zbrodnia nie była tak okrutna, jak przedstawiali to komuniści.

Jest jeszcze jedna wersja wydarzeń, która z kolei pojawiła się w literaturze niemieckiej. Zgodnie z nią do zbrodni w Podgajach w ogóle nie doszło. Jeńcy mieli zginąć na skutek ostrzału sowieckiej artylerii. Jeden z pocisków zapalających trafił w stodołę, w której byli przetrzymywani żywi berlingowcy. Tragedia w Podgajach byłaby więc fatalną pomyłką, typowym przypadkiem „friendly fire”.

„Wiadomo, że od 1 do 3 lutego 1945 roku Podgaje znalazły się pod ciężkim ostrzałem artyleryjskim – pisał cytowany wyżej Maciej Majewski – powodującym niemal całkowite zniszczenie wsi i wielkie straty po stronie Niemców oraz ich sojuszników. Jednak nawet gdyby przyjąć, że Polacy zginęli od ostrzału prowadzonego przez swoich towarzyszy, okoliczności tej tragedii nie zdejmują odpowiedzialności z formacji SS działających w tym rejonie. Umieszczenie skrępowanych jeńców w bezpośredniej strefie frontowej wystawiało ich bowiem na niechybną śmierć”.

Oczywiście wersji takiej nie można wykluczyć. Jest ona jednak mało prawdopodobna. Jeżeli stodoła zostałaby trafiona pociskiem i stanęła w płomieniach, jeńcy – nawet ze skrępowanymi rękami – próbowaliby się z niej wydostać. I zapewne przynajmniej części z nich by się to powiodło. Tymczasem ciała zamordowanych znaleziono leżące w jednym miejscu, co wskazuje na to, że w momencie uderzenia pocisku Polacy byli już martwi.

Sprawa mordu w Podgajach ma jeszcze jeden nieprzyjemny aspekt. Chodzi o jej kontekst. W 1945 r. na Pomorzu toczyła się ideologiczna, totalna wojna na wyniszczenie prowadzona przez dwa potworne, ludobójcze reżimy. Reżimy, które nie przestrzegały rycerskich zasad prowadzenia walki. Niemcy i ich sojusznicy mordowali wziętych do niewoli żołnierzy wroga, ale jednocześnie Armia Czerwona i Ludowe Wojsko Polskie mordowały jeńców niemieckich.

W Polsce przyjął się pogląd, że żołnierze LWP przestali brać jeńców dopiero po zbrodni w Podgajach. Oczywiście odkrycie ciał ich towarzyszy w spalonej stodole zradykalizowało nastroje w szeregach komunistycznej armii. W rzeczywistości jednak przypadki rozstrzeliwania wziętych do niewoli Niemców zdarzały się i wcześniej.

W momencie przekroczenia przedwojennej granicy Rzeszy żołnierze LWP przystąpili do „wyrównywania rachunków” ze znienawidzonymi szkopami. Zirytowało to nawet samego Iwana Sierowa, który postanowił poskarżyć się na Polaków Ławrentijowi Berii. Nie chodziło tu oczywiście o obiekcje natury moralnej. Zbrodnie przeciwko jeńcom dokonywane przez LWP utrudniały po prostu Sierowowi prowadzenie działań wywiadowczych.

„Żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego – pisał w raporcie cytowanym przez brytyjskiego historyka Antony’ego Beevora – postępują w stosunku do Niemców szczególnie surowo. Często niemieccy jeńcy nie docierają nawet do wyznaczonych miejsc zbiórek, gdyż rozstrzeliwuje się ich po drodze. Na przykład w pasie działania 2. Pułku 1. Dywizji Piechoty do niewoli trafiło 80 jeńców. Do rejonu zbiórki dotarło tylko dwóch. Reszta została zabita. Tych dwóch ocalałych jeńców było przesłuchiwanych przez dowódcę pułku. Kiedy odesłano ich na przesłuchanie do szefa wydziału rozpoznawczego pułku, zostali rozstrzelani po drodze”.

Szczególnie ostro obchodzono się z esesmanami, nie zważając przy tej okazji na to, z jakiego kraju pochodzą. Oto jeszcze jeden charakterystyczny fragment z książki Beevora „Berlin 1945. Upadek”: „Zmuszono żołnierza z jednostki SS do grania na fortepianie. Na migi pokazano mu, że zostanie zabity, gdy tylko przestanie grać. Żołnierz grał przez szesnaście godzin, zanim już zupełnie bez siły, płacząc, głową uderzył w klawiaturę. Czerwonoarmiści wywlekli go na zewnątrz i zastrzelili”.

Walczący na froncie wschodnim esesmani wiedzieli więc, że w przypadku dostania się do niewoli ich szanse przeżycia są niewielkie. Sami traktowali więc jeńców w sposób zbrodniczy.

Myśląc o masakrze dokonanej w Podgajach, trudno nie zadumać się nad tragicznymi dziejami Europy Wschodniej. Otóż nie ma najmniejszej wątpliwości, że interesy Polaków i Łotyszy w 1945 r. były zbieżne. Ojczyzny obu tych narodów były pożerane i trawione przez sowieckiego kolosa. Tymczasem w Podgajach Polacy i Łotysze stanęli naprzeciw siebie jako śmiertelni, zajadli wrogowie. Jedni pod komendą Sowietów, drudzy pod komendą Niemców. Cóż za fatalny paradoks.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 5/2017
Artykuł został opublikowany w 5/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

O północy z piątku na sobotę (25 na 26 maja) rozpoczyna się cisza wyborcza
[Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę (26 maja). Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.

Czytaj także