Strzały na granicy z Sowietami. Zabicie zdrajców Polski wywołało gigantyczny kryzys

Strzały na granicy z Sowietami. Zabicie zdrajców Polski wywołało gigantyczny kryzys

Józef Muraszko w 1925 r.
Józef Muraszko w 1925 r. / Źródło: Fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dodano 14
Zdrajcy zostali zastrzeleni w pociągu przez polskiego policjanta na samej granicy z bolszewią. Wydarzenie to pociągnęło za sobą całą lawinę zdarzeń.

Na peronie prowincjonalnej stacyjki zalegały ostatnie hałdy szarego od brudu śniegu. Grupa zmarzniętych na kość mężczyzn, przestępując z nogi na nogę, oczekiwała na przybycie pociągu. Część z nich była w cywilnych ubraniach, część w polskich mundurach policyjnych. Wszyscy co chwila nerwowo spoglądali na zegarki.

Wreszcie rozległ się przeciągły gwizd i na stację wtoczyła się lokomotywa. Jęk hamulców, ostatnie sapnięcie i ciężka maszyna stanęła, pokrywając peron gęstymi kłębami pary. Policjanci zgrabiałymi rękami zdjęli z pleców karabiny i otoczyli jeden z wagonów.

Wyprowadzono z niego dwóch mężczyzn. Mieli ziemistą cerę i ręce skute kajdankami. Po wyjściu na peron zmrużyli oczy odzwyczajone od dziennego światła. Towarzyszyła im uzbrojona eskorta, która przekazała więźniów funkcjonariuszom czekającym na stacji. Całej operacji towarzyszyły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa.

Scena ta rozegrała się o godz. 14 w dniu 29 marca 1925 r. na stacji w Stołpcach w pobliżu granicy Polski i Związku Sowieckiego. Pociągiem przywieziono dwóch groźnych bolszewickich szpiegów – Walerego Bagińskiego i Antoniego Wieczorkiewicza. Byłych oficerów Wojska Polskiego, którzy zdradzili i przeszli na stronę wroga.

Renegaci mieli zostać wymienieni na dwóch Polaków przetrzymywanych w sowieckich kazamatach – byłego konsula w Gruzji Józefa Łaszkiewicza i ks. Bronisława Ussasa. Wymiana miała się odbyć na samej granicy – w Kołosowie.

Aby pokonać ostatnie kilka kilometrów, dla Bagińskiego i Wieczorkiewicza podstawiono pociąg specjalny złożony z lokomotywy i jednego wagonu towarowego. Więźniowie wsiedli do środka w otoczeniu ośmiu policjantów oraz grupki urzędników. Między innymi prezesa Delegacji Repatriacyjnej RP Wilhelma Kulikowskiego i starosty stołpeckiego Stefana Zajączkowskiego.

Szpiegów umieszczono na końcu wagonu i otoczono półkolem strażników. Cywile usiedli na ławkach na początku. Oczekując na odjazd, mężczyźni zapalili papierosy. Pociąg ruszył w stronę granicy o godz. 2.50. Pokonanie krótkiego dystansu zajęło mu zaledwie kilka minut. Wkrótce maszynista dostrzegł słupy graniczne i oczekujących na wymianę bolszewików. Na przybycie Bagińskiego i Wieczorkiewicza przygotowano kwiaty i orkiestrę.

Wszystko szło gładko, nic nie zapowiadało kłopotów. Wyglądało na to, że kolejna polsko-bolszewicka wymiana „więźniów politycznych” odbędzie się bez zakłóceń. Nagle jeden z policjantów obecnych w wagonie wyjął jednak z kieszeni browninga. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, odbezpieczył broń i wycelował w aresztantów.

W wagonie rozległ się huk wystrzału, a zaraz po nim drugi. Wnętrze wypełnił smród prochu. Z tej odległości policjant nie mógł chybić. Trafiony w brzuch Bagiński od razu zwalił się na ziemię twarzą do podłogi. Wieczorkiewicz – który dostał w bok – chwycił się kurczowo za ranę i stanął skulony w kącie wagonu. Był w szoku.

– Kto strzelał?! – krzyknął przerażony prezes Kulikowski.

– Ja – odpowiedział spokojnie policjant i na otwartej dłoni podał kolegom pistolet. – Nie chciałem, żeby tych dwóch ludzi dalej szkodziło Polsce. Za to, co się stało, biorę pełną odpowiedzialność.

Kulikowski nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– A nie pomyślałeś pan, że to pański czyn może zaszkodzić Polsce?! To, co się stało, może mieć nieobliczalne następstwa!

– Proszę zatem o zwrot broni. Zastrzelę się.

– Nie wygłupiaj się pan! – rzucił wściekły Kulikowski. – Panowie, co tak stoicie jak słupy soli? Aresztujcie go! Pomóżcie rannym! Zatrzymać pociąg!

Lokomotywa na kilkadziesiąt metrów przez Kołosowem raptownie stanęła. Po chwili zaczęła się powoli wycofywać. Zgromadzeni na peronie bolszewiccy komisarze spojrzeli na siebie zdumieni.

Na stację w Stołpcach natychmiast telefonicznie wezwano lekarzy. Udzielili oni postrzelonym pierwszej pomocy. Zatamowali krew, zabandażowali rany, zrobili zastrzyki z kamfory. Obrażenia były jednak bardzo poważne. Bagiński i Wieczorkiewicz zostali zapakowani do samochodu, który miał ich zawieźć do szpitala.

Pierwszy, o godz. 4.30, umarł Bagiński. Do szpitala nie dotarł – skonał na samochodowej kanapie. Wieczorkiewicz trafił na stół operacyjny, ale mimo że zabieg się udał, stracił zbyt dużo krwi. Zmarł nazajutrz o godz. 7.

Przeprowadzona kolejnego dnia sekcja zwłok wykazała, że kula, która trafiła Bagińskiego, zdruzgotała żebra, przeszyła wątrobę i górną część nerki denata. Wieczorkiewicz otrzymał zaś postrzał w okolicę lewego łuku żebrowego. Pocisk przebił żołądek i duże naczynia, powodując silny krwotok wewnętrzny i zapalenie otrzewnej.

Nie żałuję

Mordercą był 29-letni Józef Muraszko, starszy przodownik Urzędu Śledczego przy Komendzie Policji w Stołpcach. Oskarżony z 453 artykułu Kodeksu karnego o podwójne morderstwo stanął przed sądem w Nowogródku. W dniu 3 lipca 1925 r. rozpoczął się proces, który z zapartym tchem śledziła cała Polska.

„Do bolszewików czułem i czuję nienawiść od dawna. W 1917 roku walczyłem przeciwko nim w szeregach białych. Na własne oczy widziałem ich ciągłe gwałty i rozboje. Jako polski patriota wstąpiłem do korpusu generała Dowbora-Muśnickiego. Chodząc na patrole, widziałem, jak bolszewicy mordowali schwytanych żołnierzy polskich, co jeszcze bardziej pogłębiło moją nienawiść do nich. Po wojnie wstąpiłem do policji państwowej z przydziałem na Kresy, gdzie tępiłem bolszewickie bandy dywersyjne.Tępiłem zawsze jednego i tego samego wroga – bolszewika. Kochając swoją ojczyznę, Polskę, całą duszą, byłem oburzony wiadomością o wysadzeniu w powietrze cytadeli warszawskiej i o zamachu bombowym na uniwersytecie, dokonanym przez dwóch komunistów zbrodniarzy i do tego oficerów polskich Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Już wtedy czułem do nich nienawiść i byłem przekonany, że nie minie ich zasłużona kara.

Kiedy dowiedziałem się o skazaniu ich przez Sąd Wojskowy na karę śmierci przez rozstrzelanie, to pomyślałem: „Jak to źle, że w Polsce nie ma szubienicy! Bo szkoda kul dla takich zbrodniarzy!”. Po pewnym czasie dowiedziałem się jednak, że podsądni zostaną wywiezieni do Rosji. Nie mieściło mi się to w głowie, nie chciałem wprost w to uwierzyć.W wagonie widziałem ich twarze dumne, ironiczne i z pogardą patrzące na otoczenie. Czułem, że złość we mnie wzbiera, myśli mi się plączą. Im dalej jechał pociąg, tym większa złość mnie opanowywała. Przeleciała we mnie myśl: schwycić ich za głowy i uderzyć jedną o drugą. Lecz raptem, jakby pchnięty przez kogo, wyrwałem z kieszeni rewolwer i strzeliłem. Nie celując, nie rozumiejąc, nie pamiętając, jakbym był w omroczeniu…Nie żałuję swego czynu, boć przecież zabiłem wrogów ojczyzny. Zbrodniarzy, na których zemściłem się za wszystkie krzywdy wyrządzone przez nich Polsce. Jako Polak i katolik nie mogłem postąpić inaczej”.

Takie wyjaśnienie w dniu otwarcia procesu złożył Józef Muraszko. Zostało ono przyjęte z aprobatą przez tłumy kłębiące się na sali Sądu Okręgowego w Nowogródku. Zebrani licznie korespondenci prasowi skrzętnie notowali każde słowo zabójcy, a potem pospiesznie pobiegli do telefonów, aby przedyktować je redakcjom. Następnego dnia przeczytała je cała Polska.

Sąd tymczasem przesłuchał świadków. Starosta Zajączkowski zeznał, że Muraszko wcale nie wchodził w skład eskorty Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Na stacji w Stołpcach znalazł się zupełnie przypadkowo, wracając z misji, podczas której tropił przekradających się przez granicę przemytników.

Zobaczywszy poruszenie na stacji, zapytał, co się dzieje. Wtedy dopiero dowiedział się o mającej nastąpić wymianie. W ostatniej chwili przed odjazdem pociągu specjalnego w kierunku granicy podszedł do starosty i poprosił o zabranie go do Kołosowa.

Pozwolenia udzieliłem mu – mówił Zajączkowski. – Po wejściu do wagonu usiadłem na ławce. W czasie rozmowy z panem Kulikowskim usłyszałem nagle dwa strzały. Muraszko zwrócił się w naszą stronę, trzymając w ręku rewolwer i prosząc o aresztowanie go, jako zabójcę tych, którzy „walczyliby przeciwko nam i przynosili krzywdę”.

Czytaj także:
„Najbardziej znienawidzony Polak”. Kto naprawdę leży w jego oficjalnym grobie?

Oddajmy głos innym świadkom.

Prezes Wilhelm Kulikowski:

Rozległy się dwa wystrzały, które zrobiły na mnie wrażenie trzasku łamanego patyka, i zauważyłem, że jakiś policjant odbiera broń Muraszce. Ktoś powiedział, że Muraszko strzelał do więźniów. Cofnięto natychmiast pociąg i po przyjeździe do Stołpców odwieziono rannych do szpitala. Ja zostałem na stacji depeszować do MSZ.

Policjant Jan Lewandowski:

Zauważyłem, że Muraszko, który dotychczas stał spokojnie, trzymając ręce w bocznych kieszeniach kurtki, obecnie stoi z rewolwerem w ręku. Odebrałem mu rewolwer, brauning, kaliber 7,65 mm, oraz drugi, systemu Nagan. Muraszkę znam od 8 miesięcy jako człowieka zdolnego i pracowitego, ale bardzo porywczego, który starał się wszystkim imponować i zawsze, jak to mówią, postawić na swoim.

Policjant Tomasz Jakubowski:

Bagiński i Wieczorkiewicz stali oparci o ścianę, spokojnie, rozmawiając ze sobą. Usłyszałem tuż obok siebie dwa strzały i poczułem uderzenie w podpinkę czapki. Myślałem, że jestem ranny i schwyciłem się za twarz, nie widząc jednak śladów krwi na ręku, domyśliłem się, że zostałem uderzony łuską po naboju. Obejrzałem się i schwyciłem wpół człowieka trzymającego rewolwer. Muraszkę znam od kilku miesięcy. Jest to człowiek kłótliwy i w służbie bardzo ciężki. Muraszko po zaaresztowaniu pytał mnie, czy się bardzo przestraszyłem. Kiedy odpowiedziałem twierdząco, to powiedział, że on celował dobrze. „A zresztą nawet – dodał – nic by nie szkodziło, gdybym dla tych dwóch zdrajców i pana położył.

Inni świadkowie, którzy znali Józefa Muraszkę, potwierdzili przed sądem, że jest człowiekiem trudnym, niesubordynowanym. Za rozmaite wyskoki przenoszono go karnie na inne posterunki.


Z wybryków Muraszki – mówił policjant Jan Markiewicz – przypominam sobie następujące: w Trabach zastrzelił jakiejś żydówce kozę na ganku, w Wiśniewie pijanemu chłopu oblał w restauracji twarz atramentem, w Liwju zastrzelił komuś z policji psa. To samo zrobił z psem gończym księdza.

Jakiemuś dezerterowi, złapanemu w Lipniszkach, ogolił głowę, tak że mu porobił rany na głowie i trzeba było odesłać go do szpitala. W sierpniu 1923 roku Muraszko domagał się od Komendanta urlopu. Nie otrzymawszy go, zaczął płakać, biegać po gabinecie, rwać włosy, krzyczeć. Wreszcie, wybiegłszy do kancelarii, rzucił się na ziemię. Robił wrażenie chorego umysłowo. Jako policjant był jednak bardzo energiczny i odważny.

Podobnie zeznawali inni współpracownicy podsądnego:

[…] jest to człowiek nerwowy, prędki, szorstki w obejściu. Zatargi były z nim bardzo częste i powstawały z najmniejszych powodów…

Muraszkę znam. Jest wybuchowy, gwałtowny, ale z łatwością przechodzący od najsilniejszych wybuchów do łez […].

[…] był człowiekiem bardzo popędliwym. Pożycie małżeńskie Muraszki było bardzo nieszczęśliwe, po krótkim pożyciu małżonkowie się rozeszli […].

[…] wybuchał w razie niewykonania jego rozkazów. Był mściwy. Niezrównoważona, histeryczna natura […].

Co ciekawe, po jednym z wybryków Muraszko został nawet odstawiony do szpitala psychiatrycznego w Wilnie. Specjaliści nie stwierdzili jednak u niego choroby umysłowej i starszy przodownik wrócił do służby.

Chociaż świadkowie byli zgodni, że Muraszko ma trudny charakter, przyznawali, iż jego patriotyzm i odwaga są niekwestionowane.

W 1920 roku Muraszko z poświęceniem i energią organizował partyzanckie oddziały celem obrony granic Polski – przekonywał wezwany do sądu ks. Antoni Kuklewicz. – Muraszko mówił wówczas, że nie jest Polakiem ten, kto nie potrafi w każdej chwili umrzeć za Polskę.

Głos matki Polski

Następnie przez salę sądową przewinął się długi korowód świadków i ekspertów. Między innymi Polacy ocalali z rozmaitych bolszewickich rzezi i masakr, którzy z mrożącymi krew w żyłach szczegółami opowiadali o piekle, przez które przeszli pod władzą Sowietów. Ich zeznania nastawiły salę zdecydowanie przychylnie do podsądnego.

Najwięcej do sprawy Muraszki wniosły jednak wystąpienia psychiatrów, którzy zgodnie stwierdzili, że zabójca jest człowiekiem „zdrowym na umyśle” i może odpowiadać za swoje czyny. Lekarze zastrzegli jednak, że oskarżony wykazuje „pewne odchylenia od normy w sferze umysłowej i uczuciowej”.

Potem nastąpiły mowy prokuratorów i obrońców.

Biorąc na siebie rolę sędziego i kata – mówił prok. Kaduszkiewicz – Muraszko, wskutek zaślepienia, nie zastanowił się nad tym, że zgubi osoby, los których z losem Bagińskiego i Wieczorkiewicza został związany.

Czynem swoim Muraszko przegrodził możność powrotu do kraju dwóm zasłużonym swemu krajowi obywatelom i los ich straszny obciążył, bo cała nienawiść i zemsta Sowietów obruszyła się na nich.

Ksiądz Ussas został skazany na ciężkie więzienie, a konsul Łaszkiewicz na śmierć. Spotkało to ich wówczas właśnie, gdy za pracę ofiarą dla ojczyzny stali już u samych jej progów. Byli pewni szczęścia, że wkrótce ujrzą ziemię ojczystą […].

Co ciekawe, sama prokuratura odrzuciła trop, który pojawił się w śledztwie. Chodziło o podejrzenie, że Muraszko działał z premedytacją według z góry przygotowanego planu. Śledczy odkryli bowiem, że zabójca był w przeszłości członkiem radykalnej konspiracyjnej organizacji antykomunistycznej Pogotowie Patriotów Polskich.

W 1924 r. została ona co prawda rozbita przez policję, ale wkrótce się odrodziła. Tym razem pod szyldem Polska Organizacja Faszystowska. Prokuratorzy uznali jednak, że przynależność Muraszki do tych tajnych struktur nie miała nic wspólnego z popełnionym przez niego czynem. Muraszko miał działać sam, pod wpływem nagłego impulsu.

Po prokuratorach głos zabrał adwokat oskarżonego, Marian Niedzielski. Wystąpił on z płomienną mową obrończą, która przemieniła się w wielki akt oskarżenia bolszewizmu. A Muraszko został w niej porównany do… Tadeusza Reytana.

Jest Muraszko ofiarą – przekonywał Niedzielski – gdyż popełniając zabójstwo, był wykonawcą opinii powszechnej doprowadzonej do ostatnich granic napięcia przez postęp, szalbierstwo, rabunek i mord tej całej sowieckiej hordy.

A jeżeli jest ofiarą, jeżeli popełnił czyn z myślą o Tobie, Polsko, przez miłość synowską, toś się powinna okazać dla swego syna matką prawdziwą, matką, która przyciśnie do kochającego łona tę rozpaloną, szaloną, pełną nienawiści i kochania głowę Józefa Muraszki. Utuli i ukoi. Zrozumie i przebaczy…

Wasz, Panowie Sędziowie, wyrok będzie tym Matki-Ojczyzny głosem.

Wdniu 24 października 1925 r. sąd wydał wyrok. Muraszko został uznany za winnego podwójnego zabójstwa „zamierzonego i dokonanego pod wpływem silnego wzruszenia psychicznego” (artykuł 458 Kodeksu karnego). Otrzymał za to wyrok dwóch lat pozbawienia wolności z zaliczeniem na poczet kary pół roku spędzonego w areszcie.

Jako okoliczności łagodzące sędziowie uznali ofiarną służbę Polsce oraz cierpienia, jakich skazany doznał ze strony bolszewików. Sąd postanowił pobrać od Józefa Muraszki 80 zł na pokrycie kosztów sądowych. W razie niewypłacalności skazanego sumę tę miał pokryć Skarb Państwa.

Jednocześnie sędziowie oddalili powództwo cywilne wdów – Bożeny Bagińskiej i Zofii Wieczorkiewicz – które domagały się od mordercy ich mężów po 7,4 tys. zł odszkodowania za poniesione „straty moralne i materialne”. Sędziowie uznali, że Muraszki – który zarabiał miesięcznie 150 zł i musiał utrzymać żonę i córkę – nie stać na zapłacenie tak pokaźnej sumy.

Józef Muraszko wyrok zaaprobował i zadeklarował, że nie będzie składał apelacji.

Zemsta GPU

Zabójstwo Wieczorkiewicza i Bagińskiego miało poważne reperkusje międzynarodowe. Gdy czerwoni dowiedzieli się o śmierci swoich agentów, ks. Ussas i konsul Łaszkiewicz zostali niezwłocznie wyprawieni w podróż powrotną do Moskwy.

Rząd polski zaczął natomiast gorączkowo przekonywać Sowietów, że z podwójnym zabójstwem nie miał nic wspólnego. W Warszawie minister spraw zagranicznych Aleksander Skrzyński poinformował o tym radcę poselstwa sowieckiego. Wyjaśnienia złożył również w Moskwie polski poseł Stanisław Kętrzyński.

Gniewu Sowietów to jednak nie uśmierzyło. Komisarz spraw zagranicznych Gieorgij Cziczerin wystosował do Warszawy ostrą notę wyrażającą oburzenie z powodu incydentu. Zawierała ona złowrogą groźbę:

Niewypełnienie przyjętych przez rząd polski zobowiązań w sprawie wymiany personalnej zezwala rządowi sowieckiemu w stosunku do osób przeznaczonych do wysłania do Polski na pełną swobodę działań w ramach prawodawstwa obowiązującego w ZSRS.

Do akcji przystąpiła również sowiecka machina propagandowa wraz ze będącymi na jej usługach pożytecznymi idiotami z Zachodu.

W związku z zabójstwem obu oficerów – pisał prof. Wojciech Materski w książce „Pobocza dyplomacji” – przetoczyła się nie tylko przez prasę sowiecką, ale też europejską prasę komunistyczną szeroka fala materiałów protestacyjnych. Atakowano państwo polskie za „wojujący antysowietyzm”. W sowieckich zakładach pracy, szkołach i instytucjach kulturalno-oświatowych organizowano masówki, uchwalano rezolucje i apele.

Polskie władze musiały być tym wszystkim przerażone, bo zachowały się żenująco. Okazało się bowiem, że dzielny ks. Ussas w drodze powrotnej wykorzystał gapiostwo pilnujących go funkcjonariuszy GPU i uciekł z pociągu na stacji Mińsk. Tam przedarł się do konsulatu RP.

Czytaj także:
Polacy kontra Sowieci. Tajna wojna wywiadów

Niestety – dziś trudno w to uwierzyć – Warszawa uległa presji Kremla i zgodziła się na wydanie niezłomnego kapłana w łapska GPU. Miało to, w zamyśle polskich dyplomatów, obłaskawić Moskwę i zażegnać kryzys. Tak się oczywiście nie stało.

Bolszewicy w akcie retorsji za czyn Muraszki odstąpili od wynegocjowanego wcześniej ze stroną polską moratorium na wykonywanie kary śmierci na więźniach przeznaczonych do wymiany. Według ustaleń prof. Materskiego w efekcie GPU strzałem w tył czaszki zgładziło co najmniej 15 wybitnych Polaków. Takie były tragiczne skutki dwóch strzałów oddanych przez Józefa Muraszkę.

Dopiero po kilku miesiącach Moskwa sama uznała, że w jej interesie leży wygaszenie napięcia w stosunkach z Polską i wznowienie wymian „więźniów politycznych”. W ramach jednej z nich w lutym 1926 r. ks. Ussas i konsul Łaszkiewicz wrócili do Polski. Muraszko zaś wkrótce wyszedł z więzienia i chodził w glorii bohatera narodowego. Nie przestał jednak zachowywać się ekscentrycznie.

Przez redakcję [wileńskiego „Słowa”], w której pracowałem jako młody dziennikarz – wspominał wybitny pisarz Józef Mackiewicz – przewijały się różne typy. Należał do nich na przykład Józef Muraszko, który zastrzelił Wieczorkiewicza i Bagińskiego. Po wyjściu z więzienia chodził po mieście z owiniętym w gazetę naganem pod pachą. Twierdził, że czatują na niego komuniści. Długa lufa wystawała z papieru i w ten sposób odwiedzał dyrektorów banków, ubiegając się o pożyczkę. Dostawał jednak. „Co, pan nie ma pieniędzy?!” – dziwił się, jak pytałem go, jak to robi.

Jak potoczyły się później losy mordercy spod Stołpców? Podobno pod zmienionym nazwiskiem służył w Korpusie Ochrony Pogranicza, a następnie wrócił do policji. W 1939 r. związał się z Niemcami. Miał dalej zwalczać komunę, tyle że w szeregach gestapo. W końcu podziemny sąd wydał na niego wyrok i Muraszko został podobno zastrzelony przez egzekutorów z Armii Krajowej.

Czy to prawda, czy legenda – zapewne nie dowiemy się tego nigdy.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2017
Artykuł został opublikowany w 1/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 14
  • Głos Poznaniaka IP
    Tak trzeba zrobić ze współczesnymi zdrajcami...
    Dodaj odpowiedź 2 0
      Odpowiedzi: 0
    • Aniaa IP
      Poszukuje mężczyzny na namiętne schadzki. Mam 23 lat, fotki i kontakt na stronie: http://gg.gg/ania23 i wyszukaj moich fotek po nazwie użytkownika: ania23
      Dodaj odpowiedź 0 4
        Odpowiedzi: 0
      • Expert IP
        Coś się tu nie klei ta historyjka. Stojący obok policjant został uderzony łuską, a sam zeznawał, że morderca strzelał z rewolweru - a rewolwery łusek nie wyrzucają po strzale, jak pistolety samopowtarzalne. Poziom artykułu w sam raz dla pisowskich wyborców....
        Dodaj odpowiedź 3 16
          Odpowiedzi: 1
        • xyz................. IP
          Muraszko - tępy idiota. Nic to nie dało, a konsekwencje były tragiczne i dla tych dwóch Polaków, co wracali i kilkunastu innych, których zamordowano w ZSRR. Tacy "patrioci" są zagrożeniem dla Polski.
          Dodaj odpowiedź 12 18
            Odpowiedzi: 1
          • jshktl IP
            Zdrajców się likwiduje i tyle w temacie.
            Dodaj odpowiedź 40 1
              Odpowiedzi: 0
            • qwerty IP
              Przedwojenna RP to byl jednak dziki kraj...
              Dodaj odpowiedź 11 42
                Odpowiedzi: 0
              • Rozbawiona IP
                Kolejny przykład katolickiego zwichrowania.
                Dodaj odpowiedź 13 64
                  Odpowiedzi: 1
                • historyk niezależny IP
                  To ma być artykuł historyczny,ani słowa o prowokatorze i donosicilu defy -Józef Cechnowski tak się nazywał i odegrał nie pośrednią rolę w zamachu w Warszawie.
                  Dodaj odpowiedź 24 3
                    Odpowiedzi: 0
                  • historyk niezależny IP
                    No cóż faszysta Muraszko w szeregach antykomunistycznego Gestapo to całkiem możliwe niezrównoważenie psychiczne i fanatyzm prowadzą na manowce. Co do obu zamordowanych to byli oni komunistami natomiast oskarżenia o zamachy terrorystyczne były prawdopodobnie wynikiem prowokacji tajnej policji.

                    Komunista Wieczorkiewicz miał chwalebną rolę w POW i Milicji Ludowej oraz powstaniu śląskim.
                    Komunista Bagiński chwalebną rolę w Związku Strzeleckim,POW, walczył w Legionach,w wojnie 1920 roku, odznaczony Krzyżem Srebrnym VM,
                    Dodaj odpowiedź 20 36
                      Odpowiedzi: 2

                    Czytaj także