Obrońca polskich dworów. Wielka krucjata Feliksa Jaworskiego

Obrońca polskich dworów. Wielka krucjata Feliksa Jaworskiego

Ułani I Korpusu Polskiego mjr Feliksa Jaworskiego (siedzi pośrodku)
Ułani I Korpusu Polskiego mjr Feliksa Jaworskiego (siedzi pośrodku) / Źródło: Fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dodano 4
Feliks Jaworski stanął w obronie mordowanych rodaków. Na przemoc odpowiadał przemocą. Na gwałt – gwałtem.

Gdy w dalekim Piotrogrodzie wybuchła rewolucja, na Kijowszczyźnie i Podolu zapłonęły polskie dwory. Podburzona przez bolszewickich agitatorów tłuszcza rzuciła się do mordowania polskich panów i grabienia ich majątków. Kolejni ziemianie ginęli przerażającą śmiercią. Wydawało się, że tę grupę społeczną czeka całkowita eksterminacja.

I wtedy pojawił się obrońca i mściciel. Nazywał się Feliks Jaworski. Wkrótce usłyszała o nim cała Ruś – budził przerażenie bolszewików, a umęczonym Polakom przyniósł nadzieję.

Nazwisko Jaworskiego – pisała Zofia Kossak-Szczucka w „Pożodze” – do niedawna nikomu nieznane i nic niemówiące, zaczęło nagle rosnąć, rozbrzmiewać i nabierać specjalnego dźwięku, z jakim przez dwa lata następne każdy mieszkaniec Wołynia miał wymawiać słowa: Jaworski i Jaworczycy. Jaworski powstrzymał w kilku miejscach pogrom… Jaworski rozbił dwie bandy chłopów… Jaworski pomógł wyjechać z rzeczami i dobytkiem dziesięciu rodzinom… Jaworski ocalił życie tamtym… zZwrócił inwentarz zagrabiony tym… Jaworski na strasznym Podolu, wśród całej pełni chłopskiego powstania, ratuje polskie rodziny…

Wszystko to było tak nagłe i niespodziewane, że aż niewiarygodne. Zakrawające na bajkę.

Pakt Jaworski-Potocki

Jaworski, urodzony w 1893 r., był ziemianinem z Podola, który podczas I wojny światowej służył jako oficer carskich huzarów. Już wówczas zasłynął z niebywałej brawury i pogardy dla śmierci. Dokonywał straceńczych szarż, sam rzucał się w tłum nieprzyjaciół, nie było zadania, którego by nie wykonał. Był to urodzony żołnierz i dowódca. Człowiek czynu.

Gdy jesienią 1917 r. na Rusi zaczęła się rozlewać fala krwawych pogromów majątków ziemskich, Jaworski postanowił działać. Na czele niewielkiego oddziału polskiej jazdy pociągnął na Podole.

Dzień, w którym dotarł na miejsce, był dla „pogromszczyków” dniem sądu. Oprawcy nagle zamienili się w ofiary. Jaworski i jego ludzie nocami „odwiedzali” miejscowości, których mieszkańcy mieli na swoim koncie mordy ziemian. Wsie szły z dymem, a prowodyrów Jaworski wieszał na przydrożnych drzewach.

Była to dla niego sprawa osobista. Jego rodzinny majątek – malownicza Cyganówka pod Kamieńcem Podolskim – został napadnięty i splądrowany.

Wychowany w cieniu twierdzy, w której przed wiekami bohatersko zginął płk Wołodyjowski, Jaworski sam przypominał jednego z bohaterów „Trylogii” Sienkiewicza.

W rozmowach raz po raz padało nazwisko oficera, człowieka niezwykłej osobistej odwagi, połączonej z wyjątkowym okrucieństwem wobec chłopów – wspominał Tadeusz Hołówko, który w 1918 r. przybył na Podole. – Pokazano mi go. Siedział przy stole milczący i pochmurny, pijąc szklanką stojące przed nim wino. W oczach jego żarzył się ponury płomyk: widać było, że był pod wrażeniem niedawnych walk, jakby przesiąknięty jeszcze kurzawą krwi i dymu palących się chat.

Zaczęła się rozmowa. Jaworski miał wiele osobistego czaru. Tryskała zeń junacka wesołość, pogoda i dziwna niefrasobliwość, która wytwarzała wokoło niego atmosferę życzliwości i bezwiednego podziwu. Patrzyłem na Jaworskiego i myślałem: prawdziwy Kmicic. Istotnie był to typ zagończyka, syna tych bezkresnych równin ukraińskich, w którego żyłach być może płynęła krew kozacka.

Reprezentował wspaniały typ watażki kresowego, który lubi partyzantkę, lubi chadzać własnymi drogami. Nie lubi zaś mieć władzy nad sobą. Oddział Jaworskiego był jak zgraja wilków, otoczony był ze wszystkich stron, toteż kąsał na wszystkie strony. Dawał się we znaki włościańskim bandom, strach szerzył swym okrucieństwem.

Na początku Jaworski bił się w pobliżu Płoskirowa, a w styczniu 1918 r. przeniósł się do Antonin. Stała tam wspaniała, słynna na całą Rzeczpospolitą rezydencja hr. Józefa Potockiego. Młody porucznik kawalerii zawarł tam układ z magnatem. Bronił przed zniszczeniem pałacu w Antoninach i okolicznych majątków ziemskich. A w zamian za to Potocki dostarczał mu furażu dla koni i strawy dla żołnierzy.

Czytaj także:
Pożoga 1917. Zagłada polskich dworów

Jaworski działał na ogół według następującego schematu: rozmieszczał w polskich dworach po kilku żołnierzy. Ich zadaniem było strzec dworu, a w razie nocnej napaści utrzymać się w oblężonym budynku do czasu przybycia odsieczy z Antonin.

Bitwa z pancerkami

Ludzie Jaworskiego gotowi byli pójść za nim w ogień. Po jednej z bitew młodemu jaworczykowi lekarz musiał amputować nogę. Po zabiegu ranny powiedział wesoło: „Ee, to głupstwo, panie doktorze. Grunt, że nasz dowódca, chwała Bogu, zdrów i cały”.

Czteroletnia Wielka Wojna – wspominała Zofia Kossak – wyrobiła w ludziach biorących w niej udział dwa zasadnicze typy: ludzi znudzonych wojną, marzących o dawnym życiu przedwojennym, i ludzi, którzy tak rozkochali się w wojnie, że istnieć bez niej nie mogli, jak salamandra bez ognia.

Jaworczycy rekrutowali się z drugiego typu. Żołnierze o srogich twarzach, spalonych wichrem i mrozem, wierzyli w dwie rzeczy: Wojnę i Dowódcę. Reszta nie istniała albo była im obojętna. Nie liczyli się z niczym i nie lękali się niczego. Postawę mieli wspaniałą. Ludzie cywilni, stojący z dala od wojska, krytykowali nieraz ten oddział, junacki, zuchwały i nieustraszony. Raziła ich bezwzględność żołnierzy. My wszyscy, którzy znaliśmy ich z bliska, mieliśmy dla nich żywą i szczerą sympatię.

Niemal wszyscy oficerowie Jaworskiego – tak jak on sam – wywodzili się ze sfer ziemiańskich Podola i okolic. Bronili zatem własnej ojczystej ziemi.

Czytaj także:
Męczeństwo księży w Sowietach - piekielny plan bolszewików

Kim zaś był nieprzyjaciel? Myliłby się ten, kto by sądził, że Jaworski na Rusi spotykał się z luźnymi grupami włościan wyposażonych w kije i cepy. Jego przeciwnikiem były uzbrojone w broń palną, dobrze zorganizowane bandy. Główną rolę odgrywali w nich chłopi, którzy wrócili do swoich wsi po rozpadzie armii carskiej. A więc dobrze wyszkoleni weterani.

Bandy te współdziałały z regularnymi oddziałami bolszewickimi. Czerwoni za głowę polskiego dowódcy wyznaczyli nawet niebotyczną nagrodę.

W końcu cierpliwość bolszewickich komisarzy się wyczerpała. Postanowili zgnieść ostatni polski bastion na Podolu i wysłali na Antoniny potężne siły – cały pułk Armii Czerwonej wyposażony w dwa samochody pancerne.

Rozłożeni w luźnym szyku Polacy stawiali zacięty opór, ale kule karabinowe odbijały się od żelaznych pancerzy, nie czyniąc samochodom najmniejszej szkody. Pancerki tymczasem posuwały się naprzód, plując na wszystkie strony ogniem karabinów maszynowych. W efekcie śmierć zbierała wśród ułanów coraz obfitsze żniwo. Widząc to, Jaworski wpadł w amok bojowy.

– Nie będziemy tu przecież czekać na śmierć jak barany! – warknął, po czym wyszarpnął z pochwy szablę i rzucił się do przodu, wołając: – Chłopcy! Bomby do ręki i za mną!

Polacy z dzikim okrzykiem ruszyli na pancerki. Ich załogi, widząc ten szaleńczy atak, wpadły w panikę. Samochody zaczęły się wycofywać z pola bitwy i wkrótce zostały zdobyte przez jaworczyków.

O mały włos nie przypłacił życiem swojego zuchwalstwa – pisał Tadeusz Hołówko. – Pięć kul karabinu maszynowego zdarło mu skórę na czubku głowy, zaś dwie lekko raniły w rękę. Pokazywał mi te rany. Na ogolonej głowie widać było kilka gojących się ran – zupełnie jakby pazury tygrysa musnęły ten wariacki łeb.

Zofia Kossak:

„Jaworski ze strugami skrzepłej krwi na twarzy wyglądał jak upiór. Był draśnięty przez kule piętnaście razy. Granatowy huzarski kożuszek był porwany na plecach raz koło razu, jak pocięty batem. Jedno ucho miał przestrzelone pięć razy. Zwisało we frędzlach jak u wojowniczego jamnika. Najcięższą stosunkowo ranę otrzymał w piętę, przy strzelaniu z kulomiotu”.

Gdy na początku 1918 r. do Antonin przybył sztab III Korpusu Polskiego gen. Eugeniusza de Henninga-Michaelisa, oddział „szalonego Felka” – jak nazywano Jaworskiego – został włączony do tego związku taktycznego jako Oddzielny Dywizjon Szwoleżerów. Sam dowódca otrzymał zaś awans na rotmistrza. Niestety długo nie powalczył w szeregach korpusu.


Gdy wiosną 1918 r. na Ruś wkroczyli Niemcy i Austriacy, polskie jednostki na wschodzie zostały rozbrojone. Jaworski nie zaprzestał jednak walki – broń ukrył, ludzi nie rozpuścił. Zszedł tylko do podziemia i nadal – tym razem pod szyldem lokalnej samoobrony – bronił polskich dworów na Rusi. Przed zbolszewizowanymi chłopami, a także przed oddziałami ukraińskich nacjonalistów atamana Semena Petlury.

Na przełomie lat 1918 i 1919 sytuacja stała się jednak krytyczna. Jaworski zdecydował się przedzierać ze swoimi ludźmi do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie stało regularne Wojsko Polskie. Jaworczycy zostali wcieleni do polskiej armii, która szykowało się do walnej rozprawy z bolszewikami. Ukraińska epopeja Jaworskiego tym samym dobiegła końca.

Virtuti Militari

W Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie zachowały się akta mjr. Feliksa Jaworskiego. Wynika z nich, że w szeregach polskiej regularnej armii – jako dowódca 19. Pułku Ułanów – stawał równie dzielnie jak na Rusi. W dokumentach tych znalazł się m.in. wniosek z 20 października 1920 r. o nadanie Jaworskiemu krzyża Virtuti Militari.

„O świcie 22 lutego 1920 roku – czytamy w uzasadnieniu – zaatakował, prowadząc osobiście spieszony szwadron na najważniejszy i najbardziej obsadzony przez nieprzyjaciela punkt. Natrafił na krzyżowy i flankowy ogień karabinów maszynowych. Nie wahając się ani chwili, major Jaworski rzucił się naprzód w błyskawicznym „hurrrra” na bagnety, porywając za sobą oficerów i żołnierzy. Złamał opór kilkukrotnie silniejszego nieprzyjaciela, zdobywając wieś. Rezultatem wypadu majora Jaworskiego było kompletne rozbicie i zniszczenie 427. pułku piechoty sowieckiej, zdobycie sztandaru tegoż pułku, czterech armat z zaprzęgami, dziesięciu karabinów maszynowych oraz paruset jeńców”.

Virtuti Militari Jaworski oczywiście dostał. A także Krzyż Walecznych (cztery razy!) i odznakę za rany (pięciokrotnie!). Takich walk jak opisana wyżej mjr Jaworski stoczył bowiem mnóstwo.

Rozbijał bolszewickie kolumny, siał panikę na tyłach Armii Czerwonej, zdobywał węzły kolejowe, mosty, armaty i pociągi pancerne. Raz nawet zdobył radiostację, przez którą – podając się za bolszewika – szerzył dezinformację w szeregach nieprzyjaciela.

Czytaj także:
Wrzód miński - polska kapitulacja przed bolszewikami

Największym sukcesem bojowym Jaworskiego była bitwa pod Skrzeszewem i Frankopolem, do której doszło 19 sierpnia 1920 r. Jaworski w szaleńczym nocnym ataku zdobył strategicznie ważny most na Bugu, którym wycofywały się masy nieprzyjacielskiego wojska. Przy okazji rozpędził całą kolumnę Armii Czerwonej.

„Jaworski był geniuszem dowodzenia – wspominał uczestnik bitwy, Alfred Wyrzykowski. – Jego rozkazy były tak sugestywne, że ludzie nie zastanawiali się nad możliwością wykonania rozkazu, tylko szli i wykonywali rzeczy, zdawałoby się, niewykonalne. Taktyka dowodzenia Jaworskiego była niezawodna. Noc była dość ciemna. Kiedy szwadron wypadł na szosę przed mostem i z groźnym krzykiem i strzałami z pistoletów popędził po obu stronach kolumny, strzały padały z obu stron, ale wkrótce panika ogarnęła całą kolumnę bolszewicką. Ludzie rzucali broń, artylerzyści porzucili czterdzieści kilka dział. Ponosząc stratę 12 zabitych i rannych, Jaworski z setką ludzi rozbił dywizję, zdobył mnóstwo broni – w tym artylerii, zagarnął ogromne tabory i wziął do niewoli 400 jeńców”.

Odtrącony bohater

Wojna wkrótce dobiegła końca. Mimo że Wojsko Polskie całkowicie pobiło bolszewików, w marcu 1921 r. Polska podpisała z nimi niekorzystny traktat ryski. Na mocy tego upokarzającego układu na pastwę czerwonej dziczy oddane zostały olbrzymie terytoria Rzeczypospolitej. Między innymi Podole, część Wołynia i Kijowszczyzna. A więc te ziemie, o których wolność krew przelewali Feliks Jaworski i jego żołnierze.

Heroiczne wysiłki jaworczyków poszły więc na marne. Polskie dwory i pałace na Rusi – na czele z Antoninami – wpadły w łapska czerwonych i zostały zdewastowane lub spalone. Z bogatych majątków ziemskich zrobili oni zabiedzone kołchozy. A tych Polaków, którzy nie zdążyli uciec na Zachód, eksterminowali.

Po „tamtej stronie”, i to zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy, pozostała m.in. Cyganówka Jaworskiego. Tak Polska „podziękowała” swojemu wielkiemu bohaterowi. Jaworski nie potrafił się z tym pogodzić. Snuł nawet plany wzniecenia buntu – na wzór „buntu” Żeligowskiego – i samodzielnego wyrzucenia bolszewików z Podola. Władze wojskowe zablokowały jednak te projekty, rozrzucając jego ludzi po różnych jednostkach.

Nowa Polska była dla Jaworskiego rozczarowaniem. Szczególnie że spotkał się w niej z objawami wrogości. Młode państwo było mocno czerwone. Dla socjalistów, lewicowych piłsudczyków i ludowców Jaworski był „sługusem reakcji”. Najemnikiem, który bronił „obszarników” przed słusznym gniewem ludu.

Jaworskiemu bez wątpienia nie pomogło to, że był niegdyś carskim oficerem – co w oczach piłsudczyków było niemal zbrodnią. Mało tego, podczas austriacko-rosyjskich walk w 1916 r. poprowadził brawurową szarżę na pozycje zajmowane przez legionistów Piłsudskiego.

Jaworski – tak jak wielu innych żołnierzy wielkiej wojny – nie umiał się odnaleźć w nowych pokojowych czasach. Potrafił tylko wojować. Monotonnego, szarego życia garnizonowego nie trawił. Zaczął chorować, pić. Podobno sięgał po narkotyki. Coraz bardziej dokuczały mu stare rany. Wplątywał się w bójki, wywoływał skandale.

Uczta udała się – wspominał Michał K. Pawlikowski. – Było gwarno i wesoło. Opowiadano kawały myśliwskie i niemyśliwskie. Pito na umór. Wznoszono toasty. Był tylko jeden drobny zgrzyt. Oprócz generała Józefa Hallera był jeszcze drugi gość honorowy – major Jaworski, słynny zagończyk, który parę lat później miał zginąć w okolicznościach szczególnie tragicznych. Był nałogowym pijakiem i przyszedł na przyjęcie już dobrze napompowany. Był blady i milczący. Upijał się zawsze na ponuro. Posadzono go obok pani Lali. Zacna pani Lala, zaszczycona sąsiedztwem bohatera narodowego, postanowiła go bawić – nie bacząc, że milczał, patrząc w talerz i wychylając kieliszek po kieliszku. Aż w pewnej chwili Jaworski nie mógł wytrzymać tej damskiej paplaniny i powiedział głośno:

Co mi pani zawraca głowę?! Pani w życiu tyle nie na…ła, ile ja przeżyłem.

Wkrótce po tym odezwaniu się był już tak pijany, że go odprowadzono do sąsiedniego pokoju i położono do łóżka. Nazajutrz, gdy mu powiedziano, jak się zachował, pośpieszył do Zalutyńskich do hotelu – z przeprosinami. Naturalnie „w szaserach”.

W 1923 r. Jaworski opuścił szeregi wojska. A wkrótce jeden z jego wybryków zakończył się tragicznie. Major zabrał do pewnej lwowskiej restauracji matkę. Rodzinny obiad przerodził się w dziką awanturę, gdy – niezadowolony z jedzenia – rotmistrz zaczął rugać kelnera. Doprowadzony do pasji wyciągnął rewolwer i zaczął nim wymachiwać. W ostatniej chwili między nim a kelnerem stanęła matka…

Gruchnął pojedynczy strzał. Kobieta zginęła na miejscu, a lekarze zdiagnozowali u Jaworskiego ciężką chorobę umysłową. Został zamknięty w zakładzie dla nerwowo chorych na lwowskim Kulparkowie. Uznano go za „stuprocentowego inwalidę”.

Jak później potoczyły się jego losy? Według jednej z wersji umarł w szpitalu w połowie lat 30. To jednak nieprawda. W aktach Jaworskiego w CAW znajduje się bowiem wniosek z 25 czerwca 1938 r. o nadanie mu Krzyża Niepodległości. Nawiasem mówiąc – odrzucony. Wynika jednak z niego, że w 1938 r. Jaworski wciąż żył i przebywał na Kulparkowie.

Bardziej prawdopodobna wydaje się więc wersja, że rotmistrz dożył do września 1939 r. i zaginął gdzieś podczas ewakuacji pacjentów lwowskiego szpitala. Znając Jaworskiego, po drodze uciekł swoim opiekunom, porwał jakiś porzucony karabin i po raz ostatni wystąpił przeciwko bolszewikom w obronie Rzeczypospolitej… Nie można jednak wykluczyć i mniej heroicznego końca. Tak jak wielu innych pacjentów szpitali dla nerwowo chorych rotmistrz mógł zostać zamordowany przez Niemców.

Niestety pamięć o Jaworskim niemal zupełnie wygasła. Rotmistrz nie doczekał się biografii, nie znalazło się dla niego miejsce w panteonie polskich bohaterów narodowych. Był i jest zbyt niepoprawny politycznie. Nie pasuje na tekturowego bohatera, o którym można opowiadać dziatwie na szkolnych akademiach.

Jaworski był bowiem człowiekiem z krwi i kości. Pełnym sprzeczności, porywczym, gwałtownym. W jego życiorysie są karty wspaniałe, a także tragiczne. Przede wszystkim był jednak wspaniałym żołnierzem. Jednym z najodważniejszych obrońców, jakich kiedykolwiek miała Rzeczpospolita. Pozostała po nim legenda kultywowana dziś przez garstkę miłośników polskiej wojskowości i potomków uratowanych przez niego ziemian.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 10/2017
Artykuł został opublikowany w 10/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 4
  • Aniaa IP
    Dzień dobry, spotkam się z Facetem na skromne i niejawne randki. Mam 22 lat, zachęcam do kontaktu przez ten czat: http://gg.gg/ania22
    Dodaj odpowiedź 0 2
      Odpowiedzi: 0
    • Prz. Zawadzki IP
      To Endecja pozostawiła Rosji sowieckiej wielką część Podola w rokowaniach pokojowych.
      Dodaj odpowiedź 1 8
        Odpowiedzi: 0
      • Amator IP
        Ciekawa historia, trochę przypomina losy gen. Stanisława Bułaka-Bałachowicza, również odsuniętego na boczny tor w II RP.
        Dodaj odpowiedź 9 1
          Odpowiedzi: 0
        • historyk niezależny IP
          Wojsko Polskie w marcu 1921 nie pobiło całkowicie Armii Czerwonej, obie strony były poważnie osłabione, ale Armia Czerwona miała jeszcze rezerwy które ściągała z Dalekiego Wschodu, Kaukazu,Krymu. Polska zyskała co mogła i jeszcze do 1925 zmagała się z białoruską i ukraińską partyzantką i terrorem
          Dodaj odpowiedź 22 4
            Odpowiedzi: 0

          Czytaj także