Repolonizacja, czyli demolka banków

Repolonizacja, czyli demolka banków

Dodano

Wycofywanie się zagranicznych instytucji finansowych z Polski nie pomoże w przezwyciężeniu kryzysu. Przeciwnie – wzbudzi nieufność na międzynarodowych rynkach

Tomasz Wróblewski

Zwolennicy repolonizacji czy – jak wolą niektórzy – „udomowienia” banków twierdzą, że kapitał ma narodowość. Banki z centralami w Madrycie, Rzymie, Nowym Jorku czy Berlinie bronią przede wszystkim interesów hiszpańskich, włoskich, amerykańskich i niemieckich firm. Odmawiają kredytów polskim przedsiębiorcom. W kryzysie dołują konkurencję, chronią rodzime koncerny.

Załóżmy, że tak jest, że sieć powiązań, zaszłości biznesowych faktycznie daje fory firmom z krajów, z których pochodzą banki. Pytanie tylko, czy kiedy ich już zabraknie, a ich miejsca zajmą polskie banki, automatycznie poprawi się sytuacja gospodarcza? Jako wzór przywoływane są tu rozwiązania węgierskie – ogłoszony niedawno program wpompowania 100 mld forintów publicznych pieniędzy w czystej krwi węgierskie banki spółdzielcze, przy jednoczesnym osłabianiu dodatkowymi podatkami pozycji wielkich zagranicznych instytucji finansowych. Jeżeli to ma być nasz pomysł na wyjście z recesji, to radzę dobrze przyjrzeć się konsekwencjom węgierskiej drogi. Bo – jak pokazuje przykład Orbána – to ślepa uliczka.



Droga do państwowej korupcji


Największym mitem o zagranicznych bankach w Polsce nie jest nawet to, jak traktują polskie firmy, ale to, ile ich jest. Od roku 2008 do końca 2012 udział banków z kapitałem krajowym wzrósł o 8,7 pkt proc. W najnowszym raporcie Fundacji Republikańskiej na temat repolonizacji banków czytamy, że po przejęciu przez PKO BP Banku Nordea udział polskiego kapitału w bankowości zbliży się do 40 proc. To z jednej strony czyni Polskę dominującym partnerem na rynku, ale z drugiej nie przekłada się na wzrost liczby kredytów.


Warto przypomnieć, że w Grecji zdecydowana większość banków znajdowała się w greckich rękach, co na dłuższą metę nie tylko nie pomogło wyjść z kryzysu, ale przeciwnie – stało się jedną z głównych przyczyn zapaści. Jedyne instytucje finansowe, które pomagały w utrzymaniu ciągłości finansowej i były zaufanym pasem transmisyjnym między rządem a MFW, to wielkie zagraniczne banki. Można oczywiście na to pomstować, ale można również uznać za doskonały miernik bezpieczeństwa finansowego państwa. Rodzime banki zwykle zostają na miejscu, bo nie mają się gdzie wynieść. Nie oznacza to, że wcześniej nie wyprowadzają kapitału za granicę, tak jak to było w Grecji. Zapaść systemu finansowego była oczywiście spowodowana działaniami kolejnych rządów, ale struktura własnościowa banków nie była tu bez znaczenia. Bliskie relacje z politykami i urzędami centralnymi pozwalały na ukrywanie wewnętrznych problemów banków, na przymykanie oczu regulatora, na nadużycia w raportowaniu. W zamian banki się odwdzięczały, chętniej kupując niewiele warte rządowe obligacje, wzmacniając fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Coś, na co obcy kapitał, odpowiadający jedynie udziałowcom, nigdy nie pójdzie.

[…]



Pisząc to, oczywiście nie sposób nie dostrzec korzyści płynących z rodzimego kapitału w bankowości. W końcu to branża gospodarki taka jak każda inna i im większe mamy tu zaangażowanie polskich firm, tym lepsze są perspektywy rozwoju gospodarczego. Więcej znaczy lepiej, ale nie zamiast. W przypadku repolonizacji mówimy o klasycznej interwencji. Sztucznym zmienianiu proporcji własnościowych. Od semisiłowych rozwiązań, podatków bankowych, specregulacji (tak jak na Węgrzech), do pomocy publicznej. Czyli z pieniędzy podatników wykupuje się zagraniczne banki, które z jakichś powodów chcą wyzbyć się swoich inwestycji. Pytanie, co skłania je do wyjścia z Polski. Czy tym, co zmusza Nordeę do sprzedania swoich udziałów PKO, są problemy w Kopenhadze, czy raczej w Warszawie? Pogarszające się środowisko finansowe, restrykcyjne regulacje czy zła sytuacja gospodarcza Polski? Trudno sobie wyobrazić powody, dla których Nordea decyduje się odsprzedać swoje udziały, które nie będą również hamulcem rozwoju dla polskich banków. Z wyjątkiem oczywiście wewnętrznych kłopotów.

Krocząca polonizacja może być w równym stopniu niepokojącym zjawiskiem dla zagranicznych koncernów i dla polskich instytucji. Całe to gadanie o patriotycznych bankach, które z patriotycznych pobudek będą udzielały pożyczek polskim firmom, budzi ogromną podejrzliwość rynków finansowych, wychodzących z założenia, że albo te nowe banki nie będą rządziły się prawami rynkowymi, co wcześniej czy później doprowadzi do załamania, albo – co też bardzo prawdopodobne w przypadku Polski – oznacza próbę nacjonalizacji banków, ewentualnie stworzenia uprzywilejowanych warunków dla grupy „zaufanych” przedsiębiorców. Czyli ni mniej, ni więcej, tylko państwowa korupcja. Wariant czeski i najprawdopodobniej węgierski.

[…]

Regulator, nie narodowość


A co do państwa – trudno wskazać na gospodarcze korzyści. Przeciwnie, od czasu przejęcia władzy przez Viktora Orbána banki zagraniczne poniosły ogromne straty w wyniku państwowego interwencjonizmu. W 2011 r. było to 243 mld forintów. W 2012 r. – 161 mld. W tym roku za sprawą nowego podatku straty znowu wzrosną. W rezultacie ekspansja rodzimych banków faktycznie będzie możliwa, ale nie dzięki zaradności lokalnych przedsiębiorców, tylko za sprawą uciekającego z Węgier kapitału.

Najczęściej powtarzanym fałszem w dyskusji na temat repolonizacji banków jest sam termin „repolonizacja”. Zakłada on, że banki niegdyś były polskie. W rzeczywistości instytucje finansowe, które sprzedano zagranicznym koncernom, nijak miały się do współczesnych banków. Były czymś w rodzaju kas pożyczkowo-oszczędnościowych. Pozbawione nie tylko całego operacyjnego know-how, ale przede wszystkim systemu zabezpieczeń interesów klienta. Dzisiaj wszystkie funkcjonują podobnie, zgodnie z tymi samymi europejskimi regulacjami. Niezależnie od tego, czy bank jest w polskich, czy zagranicznych rękach.

Oczywiście niechęć do akcji kredytowych czy określonego sektora może być spowodowana polityką banku matki, ale przedsiębiorcy, którym odmawia się kredytów, nie mogą powiedzieć, że wystarczy przenieść się do Gettinu czy PKO, by znaleźć wyrozumiałego agenta. Z raportu Fundacji Republikańskiej wynika, że to nie narodowość określa politykę banku, ale w dużej mierze decyzje regulatora. Stąd też zarówno zagraniczne, jak i polskie banki na boku swojej zwykłej działalności tworzą parabankowe kasy dla trudnych klientów.

Całość w najnowszym numerze Tygodnika Do Rzeczy


Gramy Razem. Dołącz do klientów PKO Banku Polskiego i kibicuj swojemu klubowi

Czytaj także

 0

Czytaj także