Putin ograł Obamę

Putin ograł Obamę

Putin ograł Obamę
Putin ograł Obamę
Dodano

Kreml po mistrzowsku rozegrał syryjską partię. Rosjanie oddalili groźbę ataku na swojego ważnego klienta, wzmocnili swoją pozycję na Bliskim Wschodzie i kreują się na bohaterów, którzy uratowali Bliski Wschód przed nową wojną - pisze w najnowszym Do Rzeczy Jacek Przybylski.

- W zeszłym tygodniu główni aktorzy zaangażowani w syryjski konflikt zaprezentowali światu niezwykłą sztukę z repertuaru teatru dyplomacji. Pierwszy na scenę wyszedł szef amerykańskiej dyplomacji. – Niech w ciągu tygodnia przekażą cały arsenał broni chemicznej – oznajmił w poniedziałek John Kerry, odpowiadając na pytanie reportera, który dopytywał, co może zrobić Syria, aby uniknąć amerykańskiego ataku.

Słowa sekretarza stanu USA natychmiast podchwycił szef dyplomacji Rosji, proponując, aby syryjskie składy z bronią chemiczną objąć międzynarodową kontrolą. Jeszcze tego samego dnia szef dyplomacji Syrii Walid al-Muallem stwierdził, że jego kraj jest gotów przyjąć międzynarodowych inspektorów. Już we wtorek Baszar al-Asad oficjalnie zgodził się zniszczyć swój arsenał broni chemicznej.

Piruety noblisty

Zielone światło dla „rosyjskiej propozycji” dał również Waszyngton. Barack Obama oceniał ją jako „potencjalnie przełomową”. Rosjanie wyciągnęli bowiem do gospodarza Białego Domu pomocną dłoń, oferując mu możliwość wyjścia z twarzą z beznadziejnej sytuacji, w której znalazł się w dużej mierze na własne życzenie, twierdząc jeszcze w 2012 r., że jeśli Al-Asad użyje broni chemicznej, to przekroczy „czerwoną linię”.

Ktoś mógłby się spodziewać, że gdy przywódca największego mocarstwa wyznacza „czerwoną linię”, jej przekroczenie może spowodować natychmiastową reakcję, po której żaden nieszczęśnik nie będzie więcej próbował popełniać tego błędu. W przypadku Baracka Obamy ta logika jednak najwyraźniej nie obowiązuje. Nic więc dziwnego, że najwięcej gorzkich słów zachodni recenzenci dyplomatycznej gry kierowali pod adresem obecnego gospodarza Białego Domu. (...)

Gospodarz Białego Domu od kilku tygodni sprawia wrażenie, jakby po omacku próbował wydostać się z pułapek, które sam na siebie zastawił. W przeciwieństwie do Władimira Putina, który konsekwentnie i stanowczo opowiadał się przeciwko atakowi na pozycje wojsk Baszara al-Asada, Obama w sprawie Syrii lawirował podobnie jak w ciągu ostatnich dwóch lat trwania syryjskiej wojny domowej. Przed dwoma tygodniami przestrzegał świat i Amerykanów przed konsekwencjami braku reakcji na użycie broni chemicznej i bardzo wyraźnie dawał do zrozumienia, że atak jest już tylko kwestią czasu.

Jednak gdy zgromadzeni przed telewizorami widzowie oczekiwali już rychłego oświadczenia, w którym amerykański prezydent z poważną miną tłumaczyłby swoim wyborcom i całemu światu, dlaczego musiał wydać rozkaz rozpoczęcia bombardowań, on zrobił polityczny piruet i poprosił Kongres o autoryzację operacji militarnej. (...)

Według raportu francuskiego wywiadu – odtajnionego 3 września tego roku – reżim w Damaszku zgromadził ponad tysiąc ton śmiercionośnej broni chemicznej, w tym setki ton sarinu, setki ton gazu musztardowego oraz gazu VX. Do kraju, w którym od marca 2011 r. toczy się wyjątkowo krwawa wojna domowa (zginęło w niej już ponad 110 tys. osób), trzeba będzie dostarczyć specjalne instalacje do niszczenia broni chemicznej. Zniszczenie całego arsenału syryjskiej broni chemicznej będzie koszmarnie drogie i niezwykle czasochłonne. Nie wiadomo, kto miałby za to zapłacić ani czy do zniszczenia przeznaczone byłyby tylko zapasy broni chemicznej przechowywanej w specjalnych beczkach czy również chemiczne ładunki bojowe, które są już w głowicach pocisków rakietowych.

Okazji do międzynarodowych sporów, które dadzą sojusznikowi Rosjan czas na ostateczne rozwiązanie kwestii rebeliantów, będzie więc wiele. Zwłaszcza że Moskwa już zapowiada, że nie zgodzi się, aby w rezolucji ONZ jasno zapisać zgodę na użycie siły, gdyby syryjski dyktator próbował zwlekać i oszukiwać wspólnotę międzynarodową.

Sam Al-Asad poczuł się zaś na tyle pewnie, że w wyemitowanym w wywiadzie dla rosyjskiej telewizji Rossija24 zaczął już stawiać warunki i zażądał, aby Amerykanie „zaprzestali wspierania terrorystów” (antyreżimowych rebeliantów dozbrajają między innymi agenci CIA). (...)

Przegrana Ameryki

Jest oczywiste, że decyzja o interwencji w Syrii – biorąc pod uwagę wyjątkowo skomplikowaną sytuację w tym kraju – nie należała do łatwych. Argumentów przemawiających za użyciem siły było porównywalnie tyle, ile tych, które kazały się wstrzymać z interwencją. Wrogami Al-Asada są przecież bojownicy Al-Kaidy, więc ewentualne amerykańskie naloty na pozycje rządowe mogłyby wzmocnić islamistów, a przy okazji skazać na straszną śmierć mieszkających w Syrii chrześcijan. Jednak przecież właśnie rozwiązywania najtrudniejszych problemów od przywódcy Stanów Zjednoczonych – dysponującego armią doradców i jednymi z najlepszych danych wywiadowczych – oczekują zarówno sami Amerykanie, jak i światowa opinia publiczna.

W przypadku Syrii Obama nie zachował się jednak jak przywódca świata. Zamiast przewodzić, biernie reagował i prosił Kongres o czas na zapoznanie się ze szczegółami rosyjskiego planu. Amerykański prezydent pałeczkę lidera wolnego świata wolał przekazać Putinowi, który bodaj pierwszy raz miał okazję prężyć się przed kamerami nie tylko jako pogromca syberyjskich tygrysów, ale także jako wielki miłośnik pokoju na świecie.

Cały artykuł Jacka Przybylskiego w najnowszym wydaniu Do Rzeczy.

Czytaj także

 0

Czytaj także