Życie po linczu

Życie po linczu

Dodano:   /  Zmieniono: 
POLITYKA | Grzegorz Schetyna nie ma wyboru. Aby dalej istnieć w polityce, musi zniszczyć, a przynajmniej zdradzić Donalda Tuska

Nie wiadomo jeszcze, czy ma dość sił na zemstę. Nie wiadomo, czy jej chce. Donald Tusk nie dał mu jednak innego wyboru. To, co oglądaliśmy na Radzie Krajowej PO 14 grudnia, nie było spektaklem typowym dla euroatlantyckiej kultury politycznej. To widowisko łączące sceny intryg z pałacu orientalnego despoty, który każe zamordować ambitnego wezyra, z zachowaniami typowymi dla zjazdów partii bolszewickiej, gdzie klakierzy Stalina wyklinali skazanych na upadek konkurentów. Jakiegoś Zinowjewa czy Bucharina. Nowością było to, że tym razem Donald Tusk niczego nie udawał. Nie twierdził – tak jak we wcześniejszych przypadkach usuwania konkurentów do władzy w PO – że on nie ma z tym nic wspólnego. Ani że nie jest to wynik walki o władzę, lecz zupełnie przypadkowe zdarzenie. Teraz Tusk pokazał partii oraz opinii publicznej, jak sam osobiście przeprowadza „mord” swojego byłego współpracownika. Co więcej, otwarcie uzasadniał konieczność takiego czynu potrzebą wprowadzenia jednowładztwa w partii.

KOLEJNY BÓJ

Czas świąt zamrozi na kilka tygodni dalsze ruchy wewnątrz PO. Schetyna, korzystając z tego, że jest szefem sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, czmychnął z oficjalną delegacją na Tajwan. Dzięki temu uniknął upokarzającego kontaktu z mediami i kłopotliwych pytań. Zyskał też kilka dni na podjęcie decyzji.

Gdy w styczniu wróci do Sejmu, może go czekać kolejny bój. Tym razem w obronie przyjaciela Rafała Grupińskiego, który szefuje Klubowi Parlamentarnemu PO. To ostatnia ważna reduta schetynowców. W tej kadencji opanowali oni prezydium klubu, co budziło wielkie niezadowolenie tej części PO, która nazywana jest „spółdzielnią”. „Spółdzielcy” uznali prymat marszałek Ewy Kopacz i razem z nią zwalczali Schetynę oraz jego ludzi. Współpraca na linii marszałek Sejmu – szef klubu PO najczęściej układała się źle, choć obie strony starannie skrywały to przed zewnętrznymi obserwatorami. Otoczenie Grupińskiego skarży się na przykład na to, że Kopacz informuje ich w ostatniej chwili o wielu ważnych decyzjach. Antypatia była tak silna, że Grupiński nie chciał nawet chodzić na posiedzenia konwentu seniorów. Wysyłał tam wiceprzewodniczącą klubu Małgorzatę Kidawę- -Błońską. Jej losy pokazują, jak skomplikowane bywają relacje w PO. Najpierw była blisko związana z Tuskiem, potem zraziła się do niego, bo ją lekceważył i faworyzował jej dwie rywalki z Mazowsza – Kopacz i Hannę Gronkiewicz-Waltz. Z tego powodu „przytuliła się” do Schetyny i Grupińskiego. Jednak gdy zaczęła bywać u Kopacz jako wysłanniczka swojej grupy, na nowo nawiązała z nią dobre relacje. Popsuły się więc jej stosunki z Grupińskim oraz ze Schetyną, i to do tego stopnia, że niektórzy posłowie Platformy zaczęli widzieć ją w roli nowej szefowej klubu.

Podziękowania Schetyny dla klubu wygłoszone w czasie Rady Krajowej PO nie były przypadkiem. Użył on argumentu, że wszystkie ważne dla rządu głosowania do tej pory przebiegały bez zakłóceń. Nie musiał niczego dopowiadać – wszyscy na sali zrozumieli, że jest to zasługa Grupińskiego. Oraz zawoalowana groźba – odwołanie Grupińskiego spowoduje, że koalicja zacznie przegrywać ważne głosowania. Schetyna może liczyć na co najmniej kilkunastu posłów mu wiernych lub takich, którzy wiedzą, że nie mają niczego do stracenia, popierając go, bo i tak nie zostaną ponownie wpisani na listy wyborcze. To grupa wystarczająca do odebrania koalicji większości w Sejmie. Grupiński też chętnie przywołuje sprawne głosowania, z niedopowiedzeniem, że to on jest gwarantem ich przeprowadzenia.

Tusk pokazał Schetynie, że uległość nie popłaca. Błędem była rezygnacja ze startu w wyborach szefa partii. Dzisiaj przyznają to ludzie z otoczenia byłego marszałka Sejmu. Tusk uznał to za przejaw słabości. Momentem decydującym była przegrana na Dolnym Śląsku – gdyby nie ona, Schetyna i tak byłby w Zarządzie Krajowym PO, więc zahamowany zostałby proces jego marginalizacji. Przemówienie skierowane do członków rady, które wygłosił Schetyna, zostało odebrane jako płaczliwe. Nawet ci, którzy na niego głosowali, uważali, że takie zachowanie nie przystoi komuś, kto ma być liderem. Utrzymanie morale własnej grupy będzie wymagało powrotu do bezwzględności. W PO od dawna krążą pogłoski, że Tusk zaproponuje Schetynie start do Parlamentu Europejskiego. Miejsce na Dolnym Śląsku się zwolni, bo w kraju zostanie Jacek Protasiewicz. Zesłanie do Brukseli to coś w rodzaju złotej klatki. Z pewnością Schetyna pamięta los Pawła Piskorskiego – osoby, którą skądinąd to on wyciął z Platformy. Teraz Schetyna znalazł się w niemal identycznej sytuacji. Przyjęcie propozycji startu będzie można uznać za akt kapitulacji. Straci też swoje środowisko, bo nie będzie mógł nikomu przewodzić z Brukseli. Podczas Rady Krajowej PO schetynowcy próbowali się bronić. Ustalili między sobą, że będą skreślać kandydatów do zarządu zgłoszonych przez Tuska. To z jednej strony manifestacja, z drugiej zaś próba zwiększenia szans Schetyny – dziś wiemy, że nieudana.

Co więcej, stronnicy Schetyny mogli się policzyć. Charakterystyczne, że spośród kandydatów zgłoszonych do funkcji wiceprzewodniczącego najmniej głosów dostała Ewa Kopacz, która zajęła miejsce dotychczasowego pierwszego wiceprzewodniczącego, czyli Grzegorza Schetyny.

Padło na nią 249 głosów, o 55 mniej niż na Bogdana Borusewicza, który spośród wiceprzewodniczących uzyskał największe poparcie. 59 głosów to różnica między najlepszym a najgorszym wynikiem spośród zgłoszonych przez Tuska członków zarządu (Urszula Augustyn vs. Danuta Pietraszewska). Uwzględniając indywidualne motywy głosowania, uczestnicy rady oceniają, że około 70 delegatów to twardzi zwolennicy Schetyny. I teraz najciekawsza będzie odpowiedź na pytanie: Kim są ci ludzie? Zwolennicy byłego marszałka twierdzą, że w tej grupie jest dużo posłów i senatorów, bo Schetyna kontaktując się z nimi, potrafił ich przekonać do swojej kandydatury. Jeśli tak jest, to Schetyna może straszyć Tuska sabotażem głosowań. Także wyprowadzeniem swoich stronników z klubu – zwłaszcza że takie propozycje padały już wcześniej w jego środowisku. Przeszkodą jest to, że Schetyna nie ma dokąd pójść. Jako polityk, którego poglądy są zagadką, nie ma szans – tak jak np. Jarosław Gowin – na stworzenie własnej partii. Jednakże w PO może być grupa desperatów, która wie, że nie znajdzie się dla niej miejsca na listach wyborczych PO, zatem nie ma nic do stracenia.

Przeciwnicy Schetyny lekceważą ten scenariusz, bo nie uważają, że ma on aż tylu zwolenników w Sejmie i Senacie. Według nich ludzie skreślający konkurentów Schetyny to tylko delegaci przywiezieni z trzech województw rządzonych przez przyjaciół byłego marszałka – Wielkopolski, Mazowsza i Podlasia. To rzeczywiście nie jest żadna siła.

Jeśli ktoś wewnątrz Platformy uważał, że jego partia jest pod względem etycznym ugrupowaniem lepszym niż inne, to w czasie Rady Krajowej PO musiał wyzbyć się tego przekonania. Był to festiwal złych emocji i wzajemnych niechęci.

LIZUS NA MÓWNICY

Przeciwnicy Schetyny mówią, że odetchnęli, bo obawiali się, że w ostatnim momencie Tusk jednak „przytuli” Schetynę. Skoro tak uważają, widać, że ich pragnieniem jest całkowita anihilacja konkurencyjnego środowiska. Jednocześnie sami delegaci uznali za wyjątkowo żenujące dwa wystąpienia. Pierwsze Stefana Niesiołowskiego, który znany jest w PO z lizusostwa wobec Tuska, ale o którym też wiadomo, że brakuje mu odwagi, aby sam z siebie atakował kolegów partyjnych. Wielu delegatów jest święcie przekonanych, że Niesiołowski został wysłany na mównicę przez otoczenie Tuska. Jego wystąpienie było znakiem, że członkowie partii będą rozliczani z prawomyślności. Jeszcze gorsze wrażenie wywarło wystąpienie śląskiego barona Tomasza Tomczykiewicza. Jego przemówienie ze słowami, że między Tuskiem a Schetyną nie było zaufania, nie można i nie będzie można porównać do wiernopoddańczej laudacji: „Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i stać będziemy”. Tomczykiewicz przez całe lata robił karierę dzięki wsparciu Schetyny. Bez niego nie byłby szefem klubu parlamentarnego w poprzedniej kadencji. Zdrada jest oczywista i spektakularnie obwieszczona, co nawet dla przeciwników Schetyny było dobitnym znakiem, że wewnątrz partii będą teraz stosowane najbardziej nieuczciwe zagrania. To, że wszystko odbyło się na oczach dziennikarzy, zostało odebrane jako publiczny lincz na Schetynie. Zwolennicy marszałka mówią, że o obecności mediów zdecydował najbliższy współpracownik Tuska – Paweł Graś. To nieprawda, bo kamery były też w czasie poprzednich Rad Krajowych PO, ale dzięki temu widać, że zaufanie zwalczających się środowisk do siebie nawzajem spadło do zera.

Jest jeszcze jedna okoliczność dotycząca dalszych losów Grzegorza Schetyny. To infoafera związana z kierowanym przez niego w latach 2007–2009 Ministerstwem Spraw Wewnętrznych. Niektórzy podejrzewają, że Schetyna boi się efektów śledztwa i z tego powodu nie wystąpi przeciw Tuskowi. Jednak to – jeśli jest prawdą – nie jest historią o normalnej polityce, lecz opowieścią o hakach i szantażu.

Autor: Piotr Gursztyn
 0
Czytaj także