Leszek Mroczkowski: Czekaliśmy na III wojnę światową

Leszek Mroczkowski: Czekaliśmy na III wojnę światową

Leszek Mroczkowski
Leszek Mroczkowski / Źródło: Instytut Pamięci Narodowej / IPN
Dodano 1
Robiliśmy to z zaskoczenia, wszystko było skrupulatnie planowane i milicjanci w większości przypadków nie byli w stanie kiwnąć palcem. Wiązaliśmy ich, rekwirowaliśmy to, na czym nam zależało, i znikaliśmy w sinej dali. Raz tylko musieliśmy zabić milicjanta. Gdyby mój dowódca wtedy do niego nie strzelił, ten milicjant na pewno by mnie zabił – już odciągnął nawet pepeszę - mówi ppłk Leszek Mroczkowski.

Piotr Włoczyk: Każdy chyba słyszał o egzekutorach z AK, ale już o egzekutorach z WiN nie każdy wie. Brał pan udział w takich akcjach?

Leszek Mroczkowski: Kilka razy. Raz nawet się bałem, że sam zostanę zlikwidowany. To było w roku 1950 albo 1951. Dostałem rozkaz przygotowania obstawy dla dwóch egzekutorów z WiN. Do likwidacji wyznaczony był partyjniak i komendant ORMO w jednej osobie, mieszkający we wsi Okmiany. Wszystko działo się w nocy. Koledzy poszli pod jego dom, a ja stałem pod drzewem przy drodze prowadzącej do tej chałupy. Naraz słyszę brzęk bitej szyby. Okazało się, że to nasz cel wyskoczył przez okno, wsiadł na rower i zaczął jechać w moim kierunku. Wyjmuję więc pistolet – czeską „zbrojówkę” – i mierzę do niego zza drzewa. Nie widział mnie. Gdy był kilka metrów ode mnie, nacisnąłem spust.

Zginął na miejscu?

Nie. Pojechał dalej. Z lufy nic nie wystrzeliło – nabój okazał się niewypałem. Próbowałem szybko wyciągnąć ten nabój, ale się zablokował. Byłem bezradny. Facet na rowerze uciekł. Następnego dnia zostałem wezwany przez dowódcę okręgu do Jeleniej Góry. Musiałem się wytłumaczyć z tamtej akcji. Istniało podejrzenie, że celowo nie zastrzeliłem tamtego człowieka... Muszę przyznać, że miałem wtedy stracha.

Po dokładnym obejrzeniu mojego pistoletu jeden z oficerów wyjął z szuflady starego sowieckiego nagana. Powiedział: „trzymaj go, ten rewolwer nigdy cię nie zawiedzie”. Strasznie ciężkie było to żelastwo, ale faktycznie nagan nigdy mnie nie zawiódł (śmiech).

Do partyzantki antykomunistycznej poszedł pan w 1948 r., w wieku 17 lat. Nie lepiej było trochę poczekać i najpierw skończyć naukę?

Są rzeczy ważne i ważniejsze. Wierzyłem – tak jak wielu moich kolegów – że już niedługo wybuchnie kolejna wielka wojna. Tym razem między komuną a całym Zachodem. Ta wiara nas napędzała do działania. W przypadku wybuchu III wojny światowej ktoś musiałby mieszać szyki wojsk sowieckich, wspierać nacierające oddziały alianckie. Dlatego byliśmy w ciągłej gotowości bojowej. Nie byliśmy – jak niektórzy próbują nas portretować – rozpuszczonymi bandami leśnymi. Mnie te lata partyzantki kojarzą się przede wszystkim z dyscypliną.

Wiara w wybuch wojny z ZSRS nie opuszczała mnie przez lata. Wierzyłem w to w 1952 r., gdy mnie aresztowano. Nawet gdy siedziałem w celi śmierci, byłem przekonany, że usłyszę odgłosy działań wojennych dochodzących zza muru więziennego. Cała moja działalność opierała się na wierze w nieuchronność konfliktu Wschód–Zachód.

To prawda, że gdy poszedłem do lasu, byłem bardzo młody, ale wtedy były inne czasy. Poza tym nie czułem się dzieckiem. Wstąpiłem do WiN, bo cała moja klasa – 17 chłopców – była już zaprzysiężona! Nie mogłem odstawać od kolegów i w grudniu 1948 r. byłem już po przysiędze. Prawie od razu trafiłem do lasu.

Jest pan warszawiakiem, ale działał pan na Dolnym Śląsku w rejonie Jeleniej Góry. Dlaczego?

Na początku 1948 r. zaczęły się aresztowania w mojej rodzinie – UB zabrał wujków i ciotkę. Mieszkaliśmy na Targówku i moja mama stwierdziła, że najbezpieczniej będzie mnie wysłać do jej siostry do Jeleniej Góry. Mama chciała mnie tak ocalić. Bała się, że tu, w Warszawie, komuna wszystkich nas wyłapie i wsadzi do więzień.

Mój ojciec był podoficerem, legionistą, walczył z czerwoną zarazą w 1920 r. Niemcy pojmali go pod Mławą we wrześniu 1939 r. Zmarł w 1945 r., tuż po powrocie ze stalagu. Mama, a także moi dwaj starsi bracia działali w czasie wojny w podziemiu. Wisiało więc nad nami zagrożenie, że wszystkich nas aresztują jako wrogów nowego systemu.

Wyjazd do Jeleniej Góry miał być dla mnie ratunkiem. Jak jednak wspomniałem, wszyscy koledzy w klasie byli w podziemiu antykomunistycznym i po kilku miesiącach nauki trafiłem do lasu.

Przez pół roku służyłem w oddziale por. „Wilka”. Było nas w nim około 30. Do dziś nie wiem, jak „Wilk” się nazywał.

Jak się pan odnalazł w partyzantce?

Zawsze powtarzam ludziom: „partyzantka to nic pięknego”. To wieczne marsze, czasem trzeba było przejść w nocy 30 km po bezdrożach, w śniegu po kolana, trzeba było spać gdzieś w rowie albo pod drzewem. W tamtym czasie partyzantka to było w zasadzie ciągłe wycofywanie się z zagrożonej pozycji, umykanie obławom KBW.

Ale przecież nie zawsze byliście w defensywie.

Oczywiście. Ja jednak u „Wilka” nie brałem udziału w jakichś spektakularnych działaniach. Byłem tam najmłodszy i inni żołnierze mnie chronili. Do częstych akcji należały wypady na posterunki milicyjne w wioskach. Mieliśmy wieczne problemy z bronią. Do okupacyjnej broni nie było amunicji, trzeba było więc zdobywać nowe karabiny, do których nabojów było w bród.

Te akcje były krwawe?

Bardzo rzadko dochodziło do przelewu krwi. Robiliśmy to z zaskoczenia, wszystko było skrupulatnie planowane i milicjanci w większości przypadków nie byli w stanie kiwnąć palcem. Wiązaliśmy ich, rekwirowaliśmy to, na czym nam zależało, i znikaliśmy w sinej dali. Raz tylko musieliśmy zabić milicjanta. Gdyby mój dowódca wtedy do niego nie strzelił, ten milicjant na pewno by mnie zabił – już odciągnął nawet pepeszę.

Jak wspomina pan kontakty z miejscowymi?

Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby odmówiono nam czegokolwiek – noclegu lub jedzenia. Nie wynikało to ze strachu – ludzie wiedzieli, że nasza partyzantka ma zakaz łupienia Bogu ducha winnej ludności. To było bezwzględnie egzekwowane – każdy żołnierz złapany na wymuszeniu był traktowany jak bandyta. A wiadomo, że kara mogła być za to tylko jedna.

Warto podkreślić, że na terenie Dolnego Śląska partyzantka antykomunistyczna miała ułatwione zadanie. Jak wiadomo, cały ten obszar zasiedlany był przez Polaków zza Buga. Ci ludzie świetnie znali Sowietów i ich metody. Dlatego tak łatwo nam było działać na tamtym terenie.

Wspomniał pan, że u „Wilka” pańska służba trwała tylko pół roku. Co się z panem działo od maja 1949 r.?

Byłem młody, wysportowany i w związku z tym zostałem oddelegowany do Oddziału Specjalnego. Służyłem tam od maja 1949 r. aż do aresztowania w maju 1952 r. Tam moim dowódcą był „Jaguar”. Nazywaliśmy go jednak „Piesek”, bo nikt go nie lubił.

Nazwa „Oddział Specjalny” brzmi ekscytująco. Czym się pan tam zajmował?

W rzeczywistości to była żmudna, ciężka praca. Nasz „towar”, czyli ludzi wyznaczonych do przerzutu, odbieraliśmy przeważnie w Świeradowie-Zdroju albo w Leśnej. Przerzucaliśmy takie dwu-,trzy-, maksymalnie czteroosobowe grupki przez granicę do Czechosłowacji. Przez te trzy lata zrobiliśmy kilkadziesiąt takich kursów. Zostawialiśmy ich w gospodarstwie u młynarza, który był Słowakiem. Wszyscy smaliliśmy cholewki do jego córki, ale ona miała nas gdzieś (śmiech). Mieliśmy z tym Słowakiem umówiony sygnał: jeżeli coś było nie tak, to stawiał on na studni duży czerwony gar, który było widać z daleka. W takim przypadku musieliśmy iść z „towarem” do drugiego punktu, który znajdował się kilkanaście kilometrów dalej w Novym Meście. Mieliśmy zakaz rozmawiania z przerzucanymi ludźmi. Mogliśmy się tylko domyślać, że zmierzali oni na drugą stronę żelaznej kurtyny.

W drodze powrotnej prawie zawsze zabieraliśmy od młynarza plecaki, które ponoć docierały tam z Austrii. Tylko proszę mnie nie pytać, co było w środku. Mieliśmy zakaz zaglądania do środka i ten zakaz egzekwowałem. Kiedyś moich ludzi bardzo korciło, żeby otworzyć taki plecak, ale wybiłem im to z głów.

Często trafialiście na Wojska Ochrony Pogranicza?

Mieliśmy wyznaczoną możliwie najbezpieczniejszą trasę i zwykle nie było z tym problemów. Do strzelanin dochodziło bardzo rzadko. Czasem zdarzało się, że podczas przerzutu byliśmy zauważani przez czechosłowacką milicję. W takich przypadkach Czechosłowacy udawali zazwyczaj, że nas nie widzą. Najzwyczajniej w świecie nie mieli ochoty na strzelaninę z nami. Ten jeden raz było inaczej. Straciłem wtedy człowieka – „Franka”. Wiedziałem o nim tylko tyle, że był z Łodzi i że jego rodziców zamordowali komuniści. Bardzo chciał walczyć.

Tego dnia zostaliśmy zauważeni przez czechosłowackich milicjantów, więc jak zwykle ostrożnie zaczęliśmy odchodzić w bok, licząc na to, że i tym razem skończy się na niczym. Naraz usłyszałem terkot pepeszy. Wszyscy mieliśmy automaty – oprócz mnie i „Franka” byli tam jeszcze „Kryśka” i „Misza”. Padliśmy na ziemię i oddaliśmy strzały. Zlikwidowaliśmy tych milicjantów, ale okazało się, że „Franek” śmiertelnie oberwał. Gdy kucnąłem przy nim, „Franek” jeszcze płytko oddychał, chwyciłem go za rękę, ale po chwili już go nie było wśród nas.

Wzięliśmy jego automat, upewniliśmy się, że nie ma przy sobie żadnych dokumentów, i poszliśmy dalej. Niestety, nie mogliśmy go zabrać na naszą stronę granicy, ponieważ musieliśmy stamtąd jak najszybciej uciekać. Poszliśmy wtedy na przestrzał, przez zieloną granicę. Ten pas ziemi był zabronowany, ale było nam już wszystko jedno.

W WiN działał pan już w okresie, gdy ta organizacja została zinfiltrowana przez UB...

Niestety odczułem to na własnej skórze. Jesienią 1951 r. zarządzono koncentrację oddziałów WiN w rejonie miejscowości Rakowice. Byli tam „Wilk” i „Śmiały” ze swoimi ludźmi. Powiedziano nam, że naszym zadaniem będzie uwolnienie więźniów w Bolesławcu. Szliśmy w tumanach śniegu, gdy tuż pod Rakowicami zaterkotał rkm. Straciłem tam człowieka: „Tośka”, lwowiaka. W kocioł KBW wpadło wtedy około stu żołnierzy WiN. Wyrwałem się z trzema moimi chłopakami rowem melioracyjnym. Byliśmy w bardzo nielicznej grupie żołnierzy, którzy nie dali się pojmać. Większość albo zginęła, albo dostała się do niewoli. Ta koncentracja była operacją przygotowaną przez agentów UB działających w kierownictwie WiN. To już był koniec partyzantki na większą skalę.

Jak pan wpadł?

W maju 1952 r. dostałem się wraz z „Miszą” i „Kryśką” do kotła przygotowanego przez żołnierzy KBW. Trafiliśmy w zasadzkę zupełnie przypadkowo, celem KBW był inny oddział. To była moja ostatnia akcja. „Misza” i „Kryśka” uratowali się wtedy, ale niedługo później też wpadli.

Dostałem dwie kule w kręgosłup i jedną w nogę. Straciłem przytomność. Obudziły mnie kopniaki ubeka, który strasznie przeklinał. Potem były przesłuchania na odwróconym stołku, bicie, wyzywanie od bandytów, faszystów. Na procesie było już nas czterech – cały mój oddział. Jako dowódca dostałem karę śmierci. Koledzy dostali po 10 lat. „Misza”, czyli Michał Bartnicki, który był świadkiem tej sądowej farsy, wciąż zresztą żyje.

Kim był ks. Wrona, którego uwiecznił pan w jednym ze swoich wierszy?

To był bardzo cichy, skromny kapłan, miał około 40 lat. Razem siedzieliśmy w celi śmierci w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Oprócz nas byli jeszcze cichociemny „Stach” i góral Józek, który walczył u „Ognia”. Pewnej nocy budzę się i widzę ks. Wronę na klęczkach. Modlił się do Boga o zmiłowanie dla... naszych oprawców! Po zakończeniu modlitwy poprosił mnie o zbudzenie pozostałych. Ksiądz Wrona pożegnał się z nami i powiedział, rozkładając szeroko ręce: „Błogosławię was, moje dzieci, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen”. Za moment dodał: „Zaraz po mnie przyjdą”. I proszę sobie wyobrazić, że strażnicy rzeczywiście niedługo przyszli po ks. Wronę... Spętali mu ręce z tyłu i wywlekli z celi na śmierć. Klęczeliśmy potem wszyscy razem i jak w transie powtarzaliśmy w kółko: „Ojcze nasz, ojcze nasz”. Modlił się też „Stach”, który twierdził, że jest niewierzący. „Stacha” zabrali na rozwałkę dwa dni później.

Jak to się stało, że zamieniono panu karę śmierci na 12 lat więzienia?

To moja mama dała mi drugie życie. Sprzedała wszystko, co miała, włącznie z mieszkaniem, i dała łapówkę adwokatowi z koneksjami w partii. Ten człowiek nazywał się Maślanko. Nakłonił jednego z żołnierzy, którzy brali udział w obławie, do zmiany zeznań i w ten sposób załatwił mi nowy proces i złagodzenie kary. Nie przesiedziałem jednak całego wyroku – w 1959 r. wyszedłem z więzienia na mocy amnestii.

Jak by pan wytłumaczył redaktorom „Gazety Wyborczej”, dlaczego spędził pan młodość tak, a nie inaczej?

Polacy taki już mają charakter. Jeżeli ktoś napada na twój dom, to łapiesz za karabin i próbujesz go bronić. To żadne bohaterstwo, tylko naturalny odruch. Smutne, że trzeba to komuś tłumaczyć.

Ppłk Leszek Mroczkowski (ur. 1931 r.) był członkiem zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Po schwytaniu w 1952 r. został skazany na karę śmierci, którą następnie zamieniono mu na 12 lat więzienia. W latach 80. ppłk Mroczkowski był działaczem Solidarności. Za swoją działalność niepodległościową został odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari, a także Orderem Odrodzenia Polski. W tym roku ukazało się drugie wydanie wspomnień ppłk. Mroczkowskiego pt. „Ostatni list do matki”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2016
Artykuł został opublikowany w 7/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 1
  • Muf mnie wójó IP
    Śmieszy mnie gdy "szeregowi" partyzanci (powstańcy, bojownicy itp) wypowiadają się o polityce i strategi oraz o nastrojach całej AK, WiN, AL, GL, BCh!!! Oni tylko wiedzieli jak zatłuc wroga (obojętnie kto nim był). Reszta to bicie piany i czcze przechwałki - dodawanie sobie znaczenia. Dzisiaj szeregowy też nie wie co planuje dowódca batalionu - i nie jest to dziwne.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także