Zwierciadło maleńkiej republiki

Zwierciadło maleńkiej republiki

Armia Litewska w 1939 r.
Armia Litewska w 1939 r. / Źródło: NAC
Dodano 1
Liczne postacie kojarzące się nam z Litwą – od Jagiełły po Mickiewicza – w patriotycznej grafice litewskiego międzywojnia nie występują.

Zupełnie przypadkiem w jednym z warszawskich antykwariatów wpadł mi w ręce efektowny album „Lietuvos grafika 1918–1940”. Książek znad Niemna i Wilii w naszych sklepach jak na lekarstwo, więc bez mrugnięcia okiem kupiłem rzadki rarytas.

Oko historyka najdłużej zatrzymywało się na plakatach, książkach i grafice użytkowej, która miała budować tożsamość zbiorową nowego, ale niewielkiego państwa. W jedynym litewskim spisie powszechnym z 1923 r. ustalono, że ludność państwa to jedynie 2 mln 28 tys. ludzi. Odliczając Polaków, Żydów, Rosjan, Karaimów, Tatarów, Niemców i Białorusinów, wychodziło ok. 1,5 mln rdzennych Litwinów.

A jednak, co często się zdarza – na przekór tej skromnej populacji – 22 lata niepodległości to w grafice litewskiej okres eksplozji energii i entuzjazmu z niepodległości. Nasi dziadowie patrzyli na samodzielną „Litwę kowieńską” jak na dziwaczny eksperyment, który nie może długo potrwać. A jednak w ciągu tych dwóch dekad wykreowano na tyle silną litewskość, że przetrwała ona sowietyzm aż do upadku ZSRS.

Początek lat 20. to dość staroświecki (my nazwalibyśmy go młodopolskim) styl. Tworzono w nim plakaty, na które Polakowi przykro patrzeć. Litewska Pogoń rąbie szablą Orła Białego. Wielki polski szlachcic pociąga za sznurki jakichś małych ludzików w rogatywkach z karabinami – to chyba ostrzeżenie przez Polską Organizacją Wojskową na Kowieńszczyźnie. Bariera językowa nie pozwala na dokładne zrozumienie afiszy. W galerii litewskich bohaterów narodowych wybija się tylko jedna postać – „Vytautas Didysis” czyli Witold Wielki. U nas nikt tak go nie nazywa ani też nie uważa za króla Litwy. Jednak przed wojną Witold ozdabiał jeden z najwyższych litewskich orderów, monety i znaczki. Co ciekawe, poza nim i księciem Giedyminem w państwowym panteonie od XV do XIX w. nie było nikogo. Kolejne czczone persony to dopiero ojciec odrodzenia języka litewskiego Jonas Basanavičius (1857–1927) i malarz symbolista Mikalojus Čiurlionis (1875–1911). Cała galeria postaci kojarzących się nam z Litwą – od Jagiełły po Mickiewicza – w patriotycznej grafice litewskiego międzywojnia nie występuje. Aż roi się zaś od symboli Wilna, uważanego przez Litwinów za okupowaną przez Polaków stolicę.

Tak jak i u nas w międzywojniu rzuca się w oczy obsesyjny kult własnej armii. Liczne plakaty upominają, by żołnierz litewski był otaczany największym szacunkiem jako gwarant własnej państwowości. Kolejny – bardzo znajomy motyw – to duma z własnego lotnictwa: samoloty z litewskim dwójkrzyżem były symbolem odrodzonego państwa. Do kultu tego przyczyniła się ofiara życia dwóch lotników – amerykańskich Litwinów – Steponasa Dariusa i Stasysa Girėnasa, którzy w 1933 r., lecąc z Nowego Jorku do Kowna, przebyli Atlantyk, ale rozbili się koło wsi Pszczelnik pod Szczecinem. Ich imieniem nazywano stadiony, gimnazja i parki w całej Litwie.

Lata 30 to okres stylu art déco i czasy nowego gatunku – plakatu turystycznego.

Kusi białymi plażami Połąga, na litewskiej wsi wysypują się wierni ze starych drewnianych kościółków, a myśliwym z zagranicy aż śmieją się oczy do polowań na grubego zwierza w litewskich puszczach. Na plakatach politycznych zmienia się wróg – perfidnych Polaków zastępują niemieccy szowiniści z rewizjonistycznego ruchu Vaterland, którzy chcą oderwać od Litwy Kłajpedę.

Zgodnie z duchem lat 30. nową obsesją zbiorową staje się sport. Zlot skautów z całego świata w Kownie i skautek w Pożajściu w 1938 r. oraz regaty kajakowe po Niemnie mienią się krzykliwymi kolorami. Z plakatów można dowiedzieć się o normalizacji relacji z Warszawą. "Uprzejmie zapraszamy na trzecie mistrzostwa Europy w koszykówce" – głosi plakat z maja 1939 r. Jednak już nazwa miasta rozgrywek to „Kaunas”, a nie żadne Kowno. Ostatni plakat z czerwca 1940 r. wygląda jak testament na przyszłość. To druk z okazji dni kultury w Wilnie w czerwcu 1940 r. Greckie rzeźby i klasycystyczne kolumny wileńskiej katedry są jak memento dla Litwinów, że należą do kultury łacińskiej. Za chwilę nad Wilię przyjadą sowieckie tanki.

Przez kolejne 50 lat o istnieniu niepodległej Litwy świadczyć będą tylko rzadkie znaczki w klaserach filatelistów.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2016
Artykuł został opublikowany w 2/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 1
  • Grzegorz R IP
    Dziwne pomięszanie pojęć. Litwa właściwa, brzeg Bałtyku (bez żalu oddany Krzyżakom, o co do 40 lat XXw upominają się Niemcy, a może i teraz) oraz dziecinna megalomania (wszak mianowali metropolitę Kijowskiego) i wiara, że są wieczni, wystarczy tylko walczyć ze wszystkimi zawierając w chwili grozy egzotyczny sojusz, to istota tego państwa od  Gedymina. Kiedyś uwierzyli, że żyje się tylko z łupiestwa i tak im zostało. Kiedy się przebudzą, nie wiadomo. Tkwią w swojej skorupie i im dobrze, może nawet lepiej niż innym, skoro trzeba jakoś te absurdy w postaci UE przeczekać.
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także