Polacy pod czarną banderą. Historie naszych kaprów, korsarzy i piratów

Polacy pod czarną banderą. Historie naszych kaprów, korsarzy i piratów

Bitwa na morzu w pierwszych latach XIX wieku na obrazie Nicholasa Pococka
Bitwa na morzu w pierwszych latach XIX wieku na obrazie Nicholasa Pococka / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Józef Olszewski zajmował się szmuglowaniem niewolników z Afryki. Nielegalny interes szedł mu nieźle. „Salamandra” kursowała między afrykańskim a amerykańskim wybrzeżem, a „Yousyu”, czyli „Józiu”, bo tak ochrzcili Olszewskiego koledzy, przepuszczał zarobione pieniądze w portach. Zgromadzony przez niego skarb być może nadal jest pod Veracruz.

W pierwszej połowie XIX w. w pobliżu afrykańskich wybrzeży trwała prawdziwa wojna morska. Dywizjon Prewencyjny brytyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej toczył w tym rejonie krwawe boje z handlarzami niewolników, którzy wbrew obowiązującym już wówczas zakazom przewozili niewolników na brazylijskie uprawy kawy i trzciny cukrowej lub na amerykańskie plantacje bawełny. Od 1807 do 1860 r. Brytyjczycy zatrzymali około 1,6 tys. okrętów handlarzy żywym towarem. Niewolnicy odzyskiwali wolność, a dla załogi wyrok był tylko jeden: kara śmierci, często wykonywana na miejscu przez powieszenie na rejach. Dlatego handlarze żywym towarem, jeśli napotkali na swojej drodze Brytyjczyków, bili się z nimi do upadłego.

Olszewski rusza w rejs

Około roku 1850, gdy handlarzy było już niewielu, a co za tym idzie – zyski ze sprzedaży niewolników znacznie wzrosły, jeden z okrętów Dywizjonu Prewencyjnego ruszył w pościg za odbijającym od wybrzeży zachodniej Afryki do Nowego Orleanu statkiem „Salamandra”. Podejrzenia angielskiego kapitana okazały się słuszne – „Salamandra” przewoziła niewolników. Jej załoga próbowała uciec, a gdy okazało się, że statek jest zbyt wolny, rozpoczęła walkę. W starciu z wyszkolonymi marynarzami handlarze nie mieli jednak szans. „Salamandra” rażona ogniem dział okrętowych poszła na dno wraz z załogą i niewolnikami. Na szalupie ratunkowej zdołały ujść tylko dwie osoby: kapitan „Salamandry” i członek załogi, Józef Olszewski, ostatni polski pirat.

Olszewski urodził się na Mazowszu, niedaleko Płocka. Podobnie jak ośmioro jego braci i sióstr, nie widząc perspektyw utrzymania się z małego skrawka ziemi rodziców, wyruszył w świat za chlebem. Znalazł pracę u flisaków, z którymi popłynął do Gdańska, gdzie zatrudnił się przy ładowaniu zboża na statki, a wkrótce dołączył do załogi jednego z nich: holenderskiego „Najade”, z którym ostatecznie dopłynął aż do Hawany. Karaibski port tak zauroczył Olszewskiego, że nie zdążył wrócić na statek na umówioną godzinę. Holendrzy odpłynęli, a pozostawiony sam sobie Polak po kilkudniowej włóczędze dołączył do czarnoskórej załogi pirackiego szkunera.

Olszewski razem ze swoimi nowymi towarzyszami wyprawiał się z okolic Hawany na łupieżcze rajdy po Morzu Karaibskim. Piraci atakowali statki handlowe i rabowali przewożony towar albo wymuszali okup od kapitana. Proceder po kilku miesiącach przerwali handlarze niewolników z „Salamandry”. Po abordażu i krótkiej walce wręcz na pokładzie, czarnoskórzy towarzysze Olszewskiego zostali zakuci w kajdany i sprzedani w najbliższym porcie, ich statek zatopiono, a sam Olszewski po prostu przeszedł do nowej załogi i z pirata zamienił się w handlarza niewolników. Przez kilka lat szmugiel żywego towaru szedł nieźle. „Salamandra” kursowała między afrykańskim a amerykańskim wybrzeżem, a „Yousyu”, czyli „Józiu”, bo tak ochrzcili Olszewskiego koledzy, przepuszczał zarobione pieniądze w portach. Kres działalności „Salamandry” położył dopiero angielski statek wojenny.

Skarb rodaka

Olszewski przeniósł na szalupę rannego kapitana „Salamandry”, który z wdzięczności miał mu zapisać zgromadzony przez lata majątek. Po śmierci kapitana Olszewski stał się bogaczem, osiadł w Waszyngtonie i żył z odsetek. Niedługo trwało ustabilizowane życie. Polak zamordował panią o nazwisku Klotylda MacGregor, która odrzuciła jego zaloty i musiał uciekać do Meksyku. Tam, nie mogąc znieść spokojnego życia, kupił statek parowy i zwerbował załogę spośród różnych włóczykijów i awanturników. Wrócił do piractwa oraz handlu niewolnikami i przez kilka lat siał postrach wśród handlarzy pływających między Bahamami a Małymi Antylami. Nie ufając bankom zrujnowanego i pogrążonego w chaosie po wojnie z USA Meksyku, ogromny majątek ukrył w jednej z jaskiń nieopodal Veracruz, gdzie może on spoczywać do dziś, bo Olszewski najprawdopodobniej zginął na morzu, gdy jego parowiec poszedł na dno ostrzelany przez angielski szkuner patrolowy u wybrzeży Gujany Holenderskiej.

Wszystkich, którzy chcieliby zorganizować wyprawę po skarb Olszewskiego, należy jednak przestrzec. Informacje na temat złota schowanego w niedostępnej jaskini pod koniec XIX w. opublikował warszawski tygodnik „Wędrowiec”. List do redakcji napisał wówczas niejaki pan J.Ż. (pełne nazwisko znał prawdopodobnie autor artykułu w „Wędrowcu”), siostrzeniec Olszewskiego, który porządkując strych, miał znaleźć listy od pirata do rodziny. Wśród nich znajdować się miała „epistoła zawierająca najdokładniejszy i szczegółowy opis kryjówki mieszczącej skarb”, którą Olszewski „wysłał umyślnie w tym celu, aby w razie swojej śmierci zostawić rodzinie wiadomość o pieniądzach, do których miałaby prawo na mocy artykułów kodeksu cywilnego o sukcesyi”. W artykule znajdujemy również informację, że dokument ten „dał panu J.Ż. impuls do porozumiewania się z rodziną w celu wyjazdu do Meksyku dla poczynienia stosownych poszukiwań”.

Czy autor listu do redakcji wyjechał do Meksyku? Czy odnalazł skarb? A może cała historia o okupionym krwią i nieszczęściami złocie w jaskini jest jedynie wytworem wyobraźni pana J.Ż. lub któregoś z redaktorów poważnego skądinąd i stroniącego od taniej sensacji „Wędrowca”? Pytań jest wiele, o odpowiedzi trudno. Brakuje źródeł, na podstawie których można by zweryfikować historię o skarbie polskiego pirata.

Odpłynęli z Rzeczypospolitej

W I Rzeczypospolitej poszukiwacze przygód rzadko trafiali na morze. W przeciwieństwie do awanturników angielskich czy holenderskich, mieli wiele możliwości: mogli zaciągnąć się do lisowczyków czy uciec na Dzikie Pola. Historyk Janusz Tazbir twierdzi, że polscy szlachcice i mieszczanie byli bardzo negatywnie nastawieni do żeglarstwa, uważali je bowiem za zawód niegodny porządnego człowieka i niesłychanie niebezpieczny. Nawet mieszkańcy Wybrzeża niechętnie patrzyli na służbę na morzu, a tym bardziej na piractwo czy kaperstwo. Żeglarstwo pozostawiano więc głównie najmowanym cudzoziemcom. Zawsze znajdowali się jednak tacy, którzy próbowali szczęścia na morzu.

W kwietniu 1473 r. w czasie wojny Hanzy z Anglią i Francją gdański kaper Paweł Beneke ograbił na Morzu Północnym statek burgundzki, który przewoził między innymi obraz Memlinga „Sąd Ostateczny”. Właściciele dowodzonego przez Benekego statku przekazali zdobyczne dzieło gdańskiej bazylice Najświętszej Marii Panny i tym sposobem obraz został w Gdańsku do dziś. W przypadku Benekego problematyczna jest oczywiście kwestia przynależności narodowej, którą w XV w. nikt sobie nie zaprzątał głowy. Z jednej strony kaper najprawdopodobniej mówił po niemiecku, a jego statek nosił nazwę „Peter von Danczk”, z drugiej Gdańsk był znów od kilku lat w granicach Królestwa Polskiego.

Na pojedyncze, typowo polskie nazwiska natomiast można się natknąć w XVII-wiecznych spisach załóg statków hiszpańskich i portugalskich. Znana jest też historia szlachcica Krzysztofa Arciszewskiego, który wygnany z Polski za morderstwo, zaciągnął się do służby dla holenderskiej Kompanii Zachodnioindyjskiej i przewodził wyprawie kaperskiej przeciwko Hiszpanom i Portugalczykom w Brazylii. Również w XVII w. we flocie holenderskiego u herszta piratów grasujących u amerykańskich wybrzeży pływali ludzie o kaszubskich nazwiskach Budzisz, Myślisz czy Ceynowa. Ogółem w tamtym stuleciu polskich piratów było jednak bardzo niewielu.

Legioniści piratami

Prawdziwy wysyp piratów nastąpił na początku XIX w., gdy Napoleon wysłał polskich legionistów, by tłumili bunt czarnoskórych powstańców na Haiti. Pierwszym polskim piratem z Karaibów był kpt. Ignacy Blumer. W 1803 r. razem z dziesiątkami innych zarażonych żółtą febrą Polaków wracał na francuskim okręcie do Europy. Statek nie dopłynął jednak do celu. Jeszcze u wybrzeży Haiti zatrzymał go angielski bryg. Anglicy wzięli do niewoli francuską część załogi, a chorych i osłabionych Polaków zostawili na okręcie i odpłynęli. Blumer objął dowództwo, zorganizował piracką bazę na Florydzie, gdzie nawiązał przyjazne stosunki z miejscowymi Indianami, i na czele polskich rekonwalescentów rozpoczął korsarskie rajdy po Karaibach. Po kilku latach wzbogacona na pirackim procederze załoga zaczęła namawiać Blumera do założenia na Florydzie polskiej osady. Kapitan jednak odmówił i w 1807 r. wrócił do Europy, by wstąpić do wojska Księstwa Warszawskiego. Do końca walczył u boku Napoleona. Zginął w noc listopadową 1830 r., gdy w warszawskim Arsenale próbował z bronią w ręku powstrzymać inicjatorów powstania.

Ponieważ po francuskiej klęsce na Haiti Morze Karaibskie zostało opanowane przez Anglików, akcje Blumera i jemu podobnych wymierzone były przede wszystkim w angielskie statki, a co za tym idzie – cieszyły się wsparciem Francuzów i do pewnego momentu Hiszpanów. Z hiszpańskiej pomocy korzystał na Florydzie Blumer. Z Francuzami z kolei współpracował inny polski weteran walk na Haiti Wincenty Kobylański, który działał z jeszcze większym rozmachem niż Blumer.

„Oprócz eskapad lądowych organizował także wyprawy morskie, których celem była z reguły Jamajka i jej kolonialni zarządcy Anglicy. Zbyt słabe siły uniemożliwiały mu jednak atak na Kingston i Spanish Town, gdzie w zbutwiałych wrakach starych żaglowców wegetowali polscy jeńcy” – pisze w książce „Piraci z Karaibów” o historii piractwa znany pisarz i badacz marynistyki Henryk Mąka. Kobylański w listach do przyjaciela narzekał na swoich francuskich kamratów, których uważał za „łajdaków bez honoru”. Sam jednak skończył niczym typowy rzezimieszek: otruł go francuski wspólnik, któremu Kobylański sam wcześniej chciał podać truciznę.

Ze wszystkich polskich piratów najbardziej wsławił się „Sinior Isidoro”, czyli Izydor Borowski, który najpierw przeszedł na stronę rebeliantów, a potem, nie chcąc walczyć z rodakami, popłynął na Tortugę, która była wówczas najsłynniejszym na Karaibach gniazdem piratów. Wstąpił na służbę do jednego z pirackich hersztów kpt. Philipsa i przypuszczając odważne ataki na angielskie statki, szybko zyskał sławę świetnego dowódcy. Borowski, mimo że parał się morskim rozbójnictwem, pozostał ideowcem. Nawiązał kontakt z Simonem Bolivarem, któremu dostarczał broń i amunicję, a później osobiście wziął u jego boku udział w walkach o wyzwolenie Kolumbii i Wenezueli.

Z kolei Kazimierz Lux, który najpóźniej ze wszystkich Polaków rozpoczął swoją piracką działalność, pałał wielką nienawiścią do Anglików, którzy – jak pisze Henryk Mąka – „przez dwadzieścia miesięcy więzili go w gnijących dokach Kingston na starym żaglowcu, razem ze szczurami i wszelkiego rodzaju robactwem”. Gdy w końcu udało mu się zbiec, od razu wystarał się u jednego z francuskich generałów o list kaperski i na swoim statku „Mosquito” rozpoczął polowanie na angielskie okręty handlowe, wojenne, rybackie i wszystkie inne, które spotkał na swojej drodze. W myśl umowy z Francuzami część łupów wydawał na przebywających w niewoli francuskich żołnierzy. Całkiem dobrowolnie przeznaczał też duże kwoty na polskich inwalidów wojennych.

Polski epizod w historii karaibskiego piractwa był krótki, ale bardzo intensywny. O ile wcześniej na pirackie okręty trafiali pojedynczy i przypadkowi Polacy, o tyle na początku XIX w. po Morzu Karaibskim pływało wiele okrętów nie tylko dowodzonych przez naszych rodaków, ale także z polską załogą. Czy Polacy czymś się wyróżniali spośród swoich kolegów po fachu? – Polscy piraci na Karaibach na początku XIX w. byli ludźmi zupełnie innego pokroju niż ci, z którymi przyszło im tam dzielić profesję – mówi Henryk Mąka. – To byli ludzie dobrze wykształceni i obyci, świetni oficerowie, ideowcy, którzy chcieli u boku Napoleona bić się za Polskę. Tylko przypadek sprawił, że akurat w tym miejscu i w tym czasie zostali na lodzie, a piractwo stało się dla nich jedynym wyborem. Niektórzy, tak jak Kobylański, nieco pobłądzili albo – być może – nieco zatracili się w chęci odwetu na Anglikach za nieludzkie traktowanie, ale większość swoją postawą udowodniła, że w życiu nie chodziło im o bogacenie się cudzym kosztem.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2013
Artykuł został opublikowany w 6/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 1
  • Edward Thatch IP
    Dywizjon Prewencyjny brytyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej toczył w tym rejonie krwawe boje z handlarzami niewolników, którzy wbrew obowiązującym już wówczas zakazom przewozili niewolników na brazylijskie uprawy kawy i trzciny cukrowej lub na amerykańskie plantacje bawełny. Anglicy to mają PR. Wychodzi na to, że walczyli o wolność dla czrnoskórych niewolników. Nie! Bili się o utrzymanie kanałów dystrubucji, o monopol handlu. Z tego boagactwo londyńskiego City.
    Dodaj odpowiedź 6 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także