Unijne bajki o solidarności

Unijne bajki o solidarności

Dodano: 23
Uroczyste oddanie do użytku Gazociągu Północnego z udziałem Rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, kanclerz Niemiec Angelą Merkel, premierami Francji Francois Fillonem i Holandii Markiem Rutte oraz szefami Gazpromu.
Uroczyste oddanie do użytku Gazociągu Północnego z udziałem Rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, kanclerz Niemiec Angelą Merkel, premierami Francji Francois Fillonem i Holandii Markiem Rutte oraz szefami Gazpromu. / Źródło: PAP/EPA / fot. DMITRY ASTAKHOV/RIA NOVOSTI/KREMLIN POOL
Bardzo lubię słuchać serwowanych nam przez niemieckich polityków bajek o „europejskiej solidarności”. Bajdurzą o niej chętnie – to fakt, nie oni jedni, bo przecież również wielu polityków francuskich oraz holenderskich, a i ich nominat Donald Tusk takoż – gdy chcą się podzielić swymi kłopotami, często zresztą sprowadzonymi na własne głowy przez samych siebie.

Ot, choćby gdy napominają wszystkich wokół, w tym od pewnego czasu ze szczególnym upodobaniem Bogu ducha winnych Polaków, że powinni oni – wyłącznie z racji owej „europejskiej solidarności”, rzecz oczywista – wziąć do siebie, a więc pod swój dach i na swe utrzymanie, tysiące ściągniętych przez nich do Europy imigrantów, którzy w dodatku za żadne skarby świata nie chcą jechać do Polski, bo przecież przyjechali do Europy nie po to, by zamieszkać nad Wisłą, lecz żeby urządzić się w Niemczech, we Francji, w Belgii albo którymś z państw Skandynawii.

Niemieccy (i inni) eurospece od eurosolidarności chętnie wywijają poręczną maczugą, jaką w ich rękach staje się „europejska solidarność”, także w innych sprawach. Wywijają, kiedy tylko jest to dla nich wygodne. Czyli często. Wywijają, gdy w biedniejszych krajach UE trzeba czym prędzej zlikwidować elektrownie na węgiel kamienny oraz brunatny i w ich miejscach zbudować wiatrowe lub atomowe, czego trudno dokonać bez kupienia wytwarzanych w ich krajach wiatraków i części do elektrowni jądrowych. Wywijają, gdy chcą zmusić innych do ratowania przed bankructwem te państwa UE, które wpadły w tarapaty z powodu wprowadzenia eurowaluty w krajach o zbyt zróżnicowanym poziomie rozwoju gospodarczego. Wywijają zawsze, gdy chcą pogonić kota nowym członkom Unii.

Natomiast gdy w kontekście tej samej „europejskiej solidarności” polscy politycy chcą porozmawiać z niemieckimi, francuskimi, holenderskimi czy austriackimi m.in. o Nord Stream (albo o dyskryminacji naszych firm transportowych), okazuje się, że akurat to z eurosolidarnością nie ma nic, ale to nic wspólnego. Albowiem Nord Stream (i – ma się rozumieć – także dyskryminacja naszych firm transportowych) to czysty biznes, w dodatku prowadzony przez całkowicie niezależne od rządów niemieckiego, francuskiego, holenderskiego i austriackiego koncerny.

A może – moi kochani eurosolidarni Niemcy, Francuzi, Holendrzy itd. – w ramach tak ukochanej przez Was „europejskiej solidarności” my weźmiemy od was trochę imigrantów, których bezmyślnie ściągnęliście do siebie, a Wy – w zamian – zamkniecie z rozmysłem przez Was zbudowany – wbrew naszym żywotnym interesom – Nord Stream? Oraz skończycie z dyskryminowaniem naszych firm i pracowników delegowanych? Czyli za jednym zamachem uporamy się z kilkoma sprowadzonymi przez Was na Europę nieszczęściami. Co Wy na to?

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Autor: Piotr Gabryel
Źródło: DoRzeczy.pl
 23
Czytaj także