Dlaczego zwalczam i będę zwalczał rewizjonistów polskiej historii

Dlaczego zwalczam i będę zwalczał rewizjonistów polskiej historii

Dodano
Rewizjonizm historyczny to kostium pod którym kryją się szkodliwe idee polityczne. Rewizjoniści „dekonstruując” narodową historię tworzą podwaliny pod nowy ruch polityczny. Nie są pionierami, więc już teraz wiadomo, co z tego może się urodzić

Jest moim błędem, że tak późno zauważyłem zło wynikające z rewidowania narodowej historii. W rewizji nie było nic złego w czasie, gdy była to debata o błędach i zaniechaniach polskiej przeszłości. Gdy toczyła się z poszanowaniem reguł, które na uczestników sporu nakładała historia - a jest to według mnie nauka niemalże ścisła. Gdy nie było w niej publicystycznego besserwisserstwa kieszonkowych Napoleonów, którzy co wieczór wygrywają Kampanię Wrześniową, albo ogrywają w negocjacjach Hitlera (nie to co ten nieudacznik Beck).

Zabawa w wygrywanie II wojny światowej śmieszyła mnie lub drażniła, gdy zauważałem ignorancję lub zwykłą głupotę uczestników. Ale z czymś takim da się żyć, dopóki nie jest to szersze zjawisko społeczne. W pewnym momencie rewizjonizm wpisał się w cechę naszych czasów – upadek kultury humanistycznej, pogardę wobec nauki, wreszcie w to, że połowa Polaków w ogóle nie czyta książek, ale nie przeszkadza im to w głoszeniu autorytarnych sądów. Sam dla siebie nazwałem to recydywą czasów saskich. Będę upierał się, że widać analogie, czego przykładem jest choćby popularność XXI-wiecznych odpowiedników „Akademii wszelkiej sciencyi pełnych”.

Tu zaczął się problem. Straumatyzowane II wojną światową społeczeństwo zadaje sobie pytanie, czy nie dało się uniknąć klęsk tamtego okresu. Dwie dekady pedagogiki wstydu zasiały zwątpienie w szlachetność wzorców z niedawnej narodowej przeszłości. Kilka lat kontrofensywy zwanej „polityką historyczną” powstrzymało głosicieli pedagogiki wstydu, ale wszystkich strat zapewne nie dało się odrobić. Do tego doszedł naturalny proces odchodzenia ludzi pamiętających wojnę, lub tych, którzy kształtowali się w latach tuż powojennych, więc też w naturalny sposób rozumiejących ówczesne realia. W ten świat niepewnych tożsamości weszli akwizytorzy narodowego cudu, sprzedawcy patentu na gwarantowane zwycięstwo, chroniącego jednocześnie przed wszystkimi klęskami. Żerowanie na zabobonie jest jeszcze jednym znakiem recydywy czasów saskich. Do czego to porównać? Do sytuacji osoby chorej na raka, która trafia do wybitnego i uczciwego onkologa. Co pacjent wtedy usłyszy? Że kuracja będzie trudna, a rokowania nie są jednoznaczne. Zdarza się, że zniechęcony pacjent idzie do słynnego uzdrowiciela, którego maść z gęsiego gówna i pokrzywy słynie z cudownych skutków. Bo przecież znajomego teścia kuzyna żona ponoć została uratowana, choć lekarze krzyżyk na niej postawili. I tak jest, gdy czytamy o tym, że Hitlera można było ograć, Wielopolski owijał cara wokół palca, a z Powstaniem Warszawskim było tak, że trzeba było schować się i poczekać do 1989 r. Bo przecież wiadomo, że komunizm i tak upadnie. Profesjonalny historyk jest tu w pozycji onkologa, a rewizjonista znachora. Warto tu wspomnieć, że świat akademicki z wielkim zażenowaniem komentuje kolejne „dzieła” z gatunku rewizjonizmu historycznego.
Mówienie o cudownych receptach jest wielkim grzechem rewizjonizmu. Rewizjoniści nauczają, że polityka to tylko ciągi sprytnych tricków. Że wszystko da się przewidzieć, sąsiedzi i partnerzy są od nas głupsi i dadzą się ograć jak w każdym dowcipie o Polaku, Rusku i Niemcu. A my przegrywamy, bo jesteśmy naiwni i nie stosujemy tricków.

To grzech wielki, ale nie największy. Jakiś czas temu rewizjonizm stał się językiem mówienia o współczesnej polityce. Gdy Radek Sikorski, jeszcze jako szef MSZ, tweetował o bezsensie Powstania Warszawskiego, to nie była to ekspresja jego nadpobudliwej osobowości, lecz ważna deklaracja polityczna. Deklaracja, której bardziej wyrafinowaną formę dał w swoim osławionym wystąpieniu berlińskim. A prostszą w podsłuchu, z którego wynikało, że nie chce robić „łaski” Ameryce, bo woli ją robić Niemcom i Rosji. Rewizjonizm stał się ważnym elementem ideologii politycznego pasywizmu. Kwestionowanie polskiego oporu wobec hitlerowskich Niemiec jest figurą, która ma przekonać Polaków, że kapitulanctwo jest czymś dobrym. Kwestionowanie tradycji insurekcyjnej jest negowaniem podmiotowości obywatelskiej szerokich mas, bo tak się składa, że wszystkie polskie powstania – te wygrane i przegrane – nosiły wybitnie demokratyczny charakter. Wpojenie w świadomość przekonania, że powstania były złe byłoby równoznaczne ze swoistą „rusyfikacją” polskiego społeczeństwa. W tym sensie „rusyfikacją”, że przeciętny Polak zacząłby uważać – tak jak przeciętny Rosjanin – że władza wie wszystko lepiej, i że nie należy się samoorganizować, sprzeciwiać niesprawiedliwości, i w ogóle walczyć o swoje. Tylko siedzieć w domu – zgodnie z doktryną Ewy Kopacz.

Ukraina - Majdan i wojna tamże - stała się katalizatorem, w którym rewizjonizm przeszedł w fazę czysto polityczną. To przyspieszenie pozwala sobie wyobrazić, jakby wyglądała partia, dla której inspiracją jest rewizjonizm historyczny. Nawet łatwo sobie wyobrazić tych, którzy by pierwsi do niej przybieżeli. Byłaby to partia różnych Radków, Romków, Misiów i Kaziów. Żadnych młodych idealistów z Ruchu Narodowego, czy starszych ideologów rozpisujących się o zaletach real-polityki. Romki-Misie-Kazie ograliby ich w try miga, bo znają się na robieniu polityki, a fantasmagorie potrzebne im są tylko jako ściema dla naiwnych wyborców. Byłaby to partia, która co dzień ogłuszałaby nas frazesem o ojczyźnie, głośno, acz bez większych rezultatów, walczyłaby z Litwinami gnębiącymi Polaków Wileńszczyzny, czasem huknęłaby na banderowców spode Lwowa, tak mocno, że aż „Russia Today” zrobiłaby o tym reportaż. A z Rosją by dealowała, z Niemcami też dealowała. W ogóle dużo by dealowała, bo gdzież najlepiej robi się deale, jak nie tam, gdzie głośno krzyczy się o interesie narodowym. Który, jak wiadomo, nie kłóci się z osobistym.
 
Rewizjonistom-realistom dekonstrukcja idzie dobrze. Nie jest bowiem trudno opowiadać, że ta czy inna postać z naszej historii to tchórz, łajdak, agent albo złodziej. Odpowiedni dobór cytatów, wyeksponowanie jednych opinii, przemilczenie innych faktów pozwala nawet z anioła zrobić diabła. Nieco trudniej rewizjonistom-realistom idzie konstrukcja. Czyli stworzenie takiej wizji przeszłości, która byłaby strawna dla wyznawców. Trzeba w niej dokonać wielu amputacji. Np. odciąć się od postaci takiej jak Józef Piłsudski. Bo on np. był chwalcą czynu powstańczego z 1863 r. Może wytłumaczyć to tym, że był austriackim agentem? Albo co zrobić z kardynałem Wyszyńskim czy Janem Pawłem II? Obaj konsekwentnie podkreślali znaczenie i sens Powstania Warszawskiego. Skądinąd warto zauważyć kompletny brak nawiązań rewizjonistów-realistów do tej części polskiej tradycji i świadomości, która wiąże się z wyznawaną przez większość Polaków religią. To charakterystyczne i warte dalszych rozważań.

Dłużej można wymieniać sprzeczności, które muszą pokonać rewizjoniści-realiści. Jak połączyć cześć dla margrabiego Wielopolskiego z potępieniem Wojciecha Jaruzelskiego? Pytani twierdzą, że to nieporównywalne. Ale przecież są już realiści – np. autorzy tygodnika „Przegląd” – którzy doszli do przekonania, że nie należy przeciwstawiać sobie obu „wielkich Polaków”. Powstanie Styczniowe było poprzedzone wielkim ruchem społeczno-politycznym, który cywilnymi metodami walczył o swobody narodowe i obywatelskie. Trwało to kilka lat, zanim carat i jego polscy poplecznicy polityką knuta i strzelania do bezbronnych demonstracji zradykalizowali ten ruch. Skoro ktoś chwali Wielopolskiego to powinien potępić „Solidarność”, też robotników Poznania, Wybrzeża, Radomia, za to, że „nierozumnie” wychodzili na ulice. Bo przecież nie mieli szans na zwycięstwo. Większość rewizjonistów-realistów jeszcze nie dorosła do tego etapu, ale są już tacy – jak np. pp. Łagowski i Mażewski – którzy przeszli przez etap zmagania się z tą sprzecznością. Albo dlaczego Żołnierze Wyklęci są przykładem realistycznej postawy, a Powstanie Warszawskie nie? Kto miał większe szanse na wygraną: Bór-Komorowski vs. Rohr, czy „Laluś” vs. Chruszczow? Przy czym ja – nie będąc rewizjonistą-realistą – nie nazwę nigdy bohaterskiego, zaszczutego sierżanta Franczaka nieodpowiedzialnym szaleńcem. Jak zachwalać nieudane próby kolaboracji z III Rzeszą, a potępiać „udaną” kolaborację z komunistami? Przecież jedni i drudzy uczestnicy owych działań zapewniali, że chodzi im o ratowanie narodowej substancji. Frazes o tym, że nazizm zabijał „tylko” ciało, a komunizm „aż” duszę, jest zbyt trudny do racjonalnego zweryfikowania. Zresztą może kiedyś dojdziemy do etapu, że jedno i drugiego ratowanie substancji zostanie zrównane. Zawsze można napisać coś dobrego o realizmie Bolesława Piaseckiego czy Macieja Giertycha.

Nie ma co spodziewać się spójnych odpowiedzi na pytania o te sprzeczności. Bo w ogóle nie o to tu chodzi. Wygląda na to, że jeszcze raz musimy to przeżyć. Rodzi się zapotrzebowanie na prawicę a la Henryk Goryszewski. Hałaśliwą na zewnątrz, ale gotową na wszelkie polityczne i niepolityczne deale. Ta real-prawica potrzebuje zestawu zgrabnych sloganów, a rewizjoniści-realiści właśnie je pracowicie wykuwają. Tak więc trzeba to przypominać: mądrym dla memoryału, idiotom dla nauki, a politykom dla praktyki.

/ atr

Czytaj także

 0

Czytaj także