Pruski walec na marne

Pruski walec na marne

Atak francuskiej piechoty w 1914 r.
Atak francuskiej piechoty w 1914 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano
Gdyby Francuzi nie odepchnęliby wtedy wroga spod Paryża, to I wojna światowa skończyłaby się po miesiącu triumfem Niemiec.

Według lorda Edgara D’Abernona była to 17. w dziejach bitwa, która zadecydowała o losach świata (za 18. uznał polskie zwycięstwo nad bolszewikami w 1920 r.). Jest to ocena trafna. Francuska klęska nad Marną spowodowałaby rychło nie tylko upadek Paryża, lecz także rozgromienie całej armii francuskiej, kapitulację Francji (a niedługo potem pobicie Rosji) i niepodważalną hegemonię II Rzeszy na kontynencie. Taki Sedan po 44 latach. Wątpliwe, czy Wielka Brytania – nie mówiąc o pogrążonych jeszcze w izolacjonizmie USA – chciałaby wówczas i czy potrafiłaby dokonać takiej inwazji jak 30 lat później w Normandii.

Schlieffen à la Moltke

Oto na początku września 1914 r. niemiecki walec po przetoczeniu się przez napadniętą znienacka Belgię dotarł do północno-wschodniej Francji. Z Pikardii i Szampanii liczące ponad pół miliona żołnierzy armie generałów Alexandra von Klucka (1. prawoskrzydłowa) i Karla von Bülowa (2. sąsiednia) skręciły na południe, ku Île-de-France, zagrażając bezpośrednio francuskiej stolicy, ale głównie zamierzając osiągnąć wielki cel strategiczny – znaleźć się na tyłach kolejnych armii francuskich aż do Lotaryngii i Wogezy. Czyli zwinąć cały front!

Czytaj także:
Bitwa pod Tannenbergiem - odwet za Grunwald?

Było to tym bardziej prawdopodobne, że siły francuskie w centrum i na południu frontu były uwikłane w ciężkie walki z czterema innymi armiami niemieckimi (licząc od północy: z 3., 4., 5. i 6.), które wcześniej chciały rozgromić brawurową ofensywą, ale zostały odparte, wykrwawione i – jak pochopnie oceniali sztabowcy pruscy – pozbawione morale. Natomiast na kierunku potężnego natarcia Klucka i Bülowa spodziewano się sił stanowiących równowartość jednej tylko armii francuskiej oraz Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego, którego udział w dalszych walkach wcale nie był przesądzony.

Rozpoczynając wojnę, szef sztabu generalnego gen. Helmuth von Moltke (młodszy) przyjął i realizował na swój sposób plan opracowany w 1905 r. przez feldmarszałka Alfreda von Schlieffena. Zakładał on, że w wojnie na dwa fronty należy najpierw pokonać Francję, atakując nawet milionem żołnierzy z prawej flanki przez neutralną Belgię. Podobno jeszcze na łożu śmierci w 1913 r. Schlieffen wołał: „Pamiętajcie, niech prawa flanka będzie mocna!”. Następnie armie kajzera miały zostać przerzucone na wschód i rozbić siły zbrojne Rosji wspólnie z Austro-Węgrami.

Moltke – w przeciwieństwie do Schlieffena, jak również swego nieżyjącego stryja Helmutha von Moltkego (starszego) – był jednak pozbawiony śmiałej wyobraźni strategicznej. Przeraził się oporem małej Belgii i przystąpieniem Wielkiej Brytanii do wojny, a przede wszystkim osłabił ów prawoskrzydłowy walec, który miał przejść z góry na dół przez Francję, niszcząc wszystko na swej drodze. Najpierw wzmocnił kosztem prawego skrzydła pozostałe armie, które i tak dałyby odpór sierpniowej ofensywie francuskiej. Następnie – znów niepotrzebnie zaniepokojony ofensywą rosyjską w Prusach Wschodnich – odebrał z walca i wysłał na wschód Hindenburgowi (który wcale o to nie prosił) całe dwa korpusy, których zabrakło w decydujących chwilach nad Marną.

Zimna krew Joffre’a

3 września gen. Charles Lanzerac wraz ze swoją V armią cofa się za rzekę Marnę, spychany wraz z korpusem brytyjskim Johna Frencha przez pruski walec. Niemcy nie zdołali jednak rozgromić ani Brytyjczyków, ani Francuzów, umiejętnie rozgrywających opóźniające boje pod Charleroi, Cateau i Guize. Natchnęło to naczelnego wodza francuskiego – Josepha Joffre’a – nadzieją, że nie wszystko stracone. Ten syn bednarza spod Pirenejów, który rzetelną służbą w wojskach inżynieryjnych doszedł do stanowiska głównodowodzącego, okazał wtedy zimną krew i rozsądek. Oto godzi się na ryzykowną propozycję kontrnatarcia, którą wysunął gen. Joseph Gallieni.

Ten wytrawny wojskowy, którego parę dni wcześniej Joffre uczynił dowódcą obrony zagrożonego Paryża, ujrzał możliwość uderzenia zlekceważonej przez Prusaków VI armii Michela Manoury’ego w nieosłonięte zachodnie skrzydło Klucka, wejścia między obie armie wrogiego walca korpusu brytyjskiego oraz V armii, a także oddzielenia Klucka i Bülowa od armii niemieckich będących dalej na wschód przez utworzoną dopiero dodatkową IX armię Ferdynanda Focha. To Gallieni zorganizował także wysłanie rezerw ze stolicy za pomocą wszystkich dostępnych środków, z taksówkami paryskimi włącznie.

Naczelny wódz przyjmuje propozycje Gallieniego i nie traci czasu. Osobiście udaje się do Frencha i zapewnia udział Brytyjczyków w akcji. Zmęczonego Lanzeraca zastępuje na stanowisku dowódcy V armii kipiącym energią gen. Franchetem d’Esperey. Wraz z dowódcami wszystkich związków operacyjnych ustala termin uderzenia na 6 września. Wieczorem 4 września naczelny wódz pisze rozkaz wzywający żołnierzy do zwycięstwa w bitwie, od której zależy los kraju. „W obecnych okolicznościach żadna słabość nie może być tolerowana” – podkreśla w rozkazie. Już 5 sierpnia dochodzi do pierwszych bojów spotkaniowych.

Poczynania Niemców sprzyjają realizacji planu. Kluck skręca na południowy wschód, aby – zgodnie z rozkazem Moltkego – osłonić prawe skrzydło Bülowa, ale też wyprzedzić go u wrót Paryża. Chęć rywalizacji powoduje odsłonięcie własnego prawego skrzydła, w które – zgodnie z planem – uderza Manoury. Ewentualną pomoc sąsiada niwelują działania Frencha i d’Esperey, a będące jeszcze dalej na wschód 3., 4. i 5. armie niemieckie zaskakuje impet kontruderzenia Focha oraz IV i III armii francuskiej (generałowie Fernand Langle de Cary i Maurice Sarrail). Rozkręca się operacja, której rozmachu nie pojmują na początku pewni siebie Niemcy, a która w ciągu trzech dni zmusza ich do zatrzymania się i odwrotu. Trudno nawet mówić o „załamaniu się planu Schlieffena”. To już był „plan Moltkego” – asekuracyjny, bez wyobraźni i strategicznego rozmachu.


8 września niemiecki głównodowodzący pytał bezradnie: „Gdzie są jeńcy? Gdzie są zdobyte działa?”. Nie orientował się, co się właściwie dzieje z tak pięknie rozwijającą się dotąd ofensywą i dlaczego przybywa coraz więcej poległych oraz rannych żołnierzy niemieckich, a także dlaczego pozostali nie idą do przodu. Nieuchronną decyzję o odwrocie podjął młody sztabowiec ppłk Richard Hentsch, którego z takim upoważnieniem Moltke wysłał do sztabów wszystkich armii. Po zbadaniu sytuacji na miejscu Hentsch nakazał odwrót za rzekę Aisne. W tym mniej więcej miejscu Niemcy utrzymają się do 1918 r. A Moltke nie utrzyma się na stanowisku szefa sztabu generalnego. Odwołał go 14 września kajzer, zastępując Erichem von Falkenhaynem.

Czerwone portki

Podczas I wojny światowej – a przynajmniej do strasznych rzezi w 1917 r. – Francuzi wykazywali ogromną odwagę i wolę walki. Było tak od pierwszych bojów 1914 r. w ataku na zabraną 44 lata wcześniej Lotaryngię, a podczas bitwy nad Marną – kiedy wahały się losy Paryża i całej ojczyzny – zwłaszcza. Ogromne straty, sięgające po obu stronach pół miliona zabitych i rannych żołnierzy, też stanowiły dowód na to, jak zacięcie walczono. Można jednak zauważyć, że francuskie męstwo miało w sobie coś z nieodpowiedzialnej, „koguciej” brawury rycerzy spod Crécy i Azincourt. Dowodem są choćby mundury, niewiele różniące się od tych spod Sedanu. W dobie karabinów maszynowych Francuzi stanowili doskonały cel, idąc do ataku w granatowych płaszczach i czerwonych (!) spodniach.

Cóż, kiedy przed wojną rozgorzały namiętne dyskusje o wprowadzeniu kolorów ochronnych, pewien deputowany zawołał w parlamencie: „Czerwone spodnie to Francja!”, a malarze bataliści protestowali przeciw ubieraniu piechurów „po niemiecku”. Rok przed wojną osiągnięto wprawdzie kompromis, dopuszczając materiały będące splotem trójkolorowych (a jednak!) włókien, ale nowych mundurów nie zdążono dostarczyć. Poza tym odcięcie dostaw niemieckiego barwnika czerwieni (alizaryny) spowodowało w 1915 r. stworzenie „błękitu horyzontu” (bleu horizon), w którym odtąd bili się Francuzi (stąd też nasza Błękitna Armia Hallera). Jeszcze bardziej „rycerscy” od szeregowców byli oczywiście oficerowie niezdejmujący na froncie błyszczących odznak swych szarż. Toteż ginęli jeszcze częściej niż podwładni...

Czytaj także:
Walka do utraty sił

Francuska armia – nazywana przez wroga pogardliwie, acz nie bez racji „armią jedynaków” – w miarę pogłębiających się strat miała coraz większe kłopoty z ich uzupełnieniem. Różnica potencjału demograficznego Rzeszy i Francji wynosiła 65 do 40 milionów. Przedłużenie służby wojskowej u progu wojny z dwóch do trzech lat pozwoliło na wystawienie porównywalnych sił do tych niemieckich (1 mln 865 tys. żołnierzy pod bronią), ale już po zmaganiach pod Verdun w 1916 r. równowagę liczebną w coraz większym stopniu zapewniali sojusznicy.

Portret francuskiego piechura warto uzupełnić informacją, że strzelał z karabinu Lebel wz. 1886. Stosowano do niego kłujący bagnet zwany épée – szpada, którego czwórgranna głownia mierzyła ponad pół metra. Późniejsze zmagania dowiodły, że była za długa, i skrócono ją o kilkanaście centymetrów. Natomiast Niemcy używali do karabinu piechoty Mauser wz. 98 sieczno-kłującego bagnetu S98, który miał głownię o długości aż 530 mm, ale dość łamliwą. W 1916 r. podstawowym niemieckim bagnetem był wzór 98/05 o krótszej (375 mm), ale za to masywnej klindze. Niektóre bagnety miewały piły na grzbiecie głowni, powodujące po wbiciu w ciało straszliwe rany szarpane. Ponieważ do Niemców docierały pogłoski o natychmiastowym rozstrzeliwaniu żołnierzy wziętych do niewoli z takimi bagnetami, w 1917 r. pierwszoliniowe oddziały wyposażano w bagnety bez piły.

Zmieniono także nakrycia głowy. Francuskie kepi, czyli czapkę niestanowiącą żadnej ochrony przed kulami i odłamkami, zastępował od 1915 r. stalowy hełm Adrian z charakterystycznym grzebieniem, zaś niemiecką, skórzaną pikielhaubę – niewiele lepszą od kepi – słynny stahlhelm, wprowadzony w roku 1916.

Cud kalibru 75 mm

Ponad połowę strat na froncie zachodnim wyrządziły działa. W miarę trwania wojny w okopach stosowano armaty i haubice coraz cięższych kalibrów, ale w ciągu pierwszych miesięcy starć, kiedy dominowały manewry, ogromną rolę odegrały lekkie działa polowe. Tu Francuzi mieli przewagę w postaci najlepszej tego typu armaty na świecie – słynnej „75”, zaopatrzonej w prawdziwie efektywny oporopowrotnik olejowo-powietrzny ograniczający odrzut po strzale. Armatę wz. 1895 produkowały zakłady Schneider-Canet. Starcie nad Marną pokazało, że w porównaniu z główną przeciwniczką – niemiecką „77” – ma większy zasięg, większą szybkostrzelność i precyzję strzału, a nawet lepszą amunicję. W 1914 r. Francuzi mieli około 4 tys. armat 75 mm.

O tym, jak skuteczne były te działa, świadczą zapiski por. Roberta Deville’a, uczestnika bitwy nad Marną. 6 września zanotował: „Bardzo wczesny wymarsz. W nocy przyszedł rozkaz dzienny naczelnego wodza. Nareszcie ofensywa! »Raczej zginąć na miejscu, niż się cofnąć«. Dodało to ducha nam wszystkim. Wreszcie kończy się odwrót i pokładam wielką nadzieję w wyniku szykującej się właśnie bitwy. Trzymamy Niemców w szczerym polu, w terenie, którego nie przygotowali – to musi się udać”.

I dalej, 7 września: „Szykuje się silny atak niemiecki. Natychmiast posyłam meldunek generałowi i proszę rowerzystę, by po drodze odwiedził najpierw baterię stojącą koło wioski. Wejdzie ona do akcji natychmiast. Atak niemiecki dochodzi na odległość dwóch kilometrów. Szara horda spada na naszych tyralierów. Jakiś jeździec galopuje w dymie. Znika. Pewnie poległ. Kule biją po dzwonnicy. Kilka z nich rykoszetuje i pada tuż koło mnie, na kamieniu. Niemiłe uczucie. Szczęśliwie nasze armaty szybko biorą się do dzieła. Niemcy muszą strasznie cierpieć. Kilka baterii, które miałem przyjemność powiadomić o ataku, koncentruje na nich swój ogień. Nieprzyjacielska masa zatrzymuje się. Zdaje się skręcać w sobie jak szalona. Wesoło to tam być nie może. Żółty dym z czarnymi pasmami przesłania mi Niemców. Ogień staje się rzadszy. Dym rozwiewa się. Nasi tyralierzy wciąż tam są. Przed nimi nie ma już nikogo”.

Francuzi byli jednak zbyt słabi, zbyt wyczerpani, aby wykorzystać sukces nad Marną i odepchnąć Niemców daleko od swych ziem. Manewry kolejnych dwóch miesięcy polegały na próbach obejścia północnych skrzydeł przeciwników, co sprowadziło się do „wyścigu ku morzu”. Ten skończył się w połowie listopada. Od kanału La Manche do granicy szwajcarskiej powstał nieprzerwany front 700-kilometrowej długości, na którym trwała czteroletnia rzeźnia wojny okopowej, przerywana jeszcze bardziej krwawymi próbami przeprowadzenia ofensyw w wielkim stylu. Żadna nie skończyła się powodzeniem o strategicznym znaczeniu.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 9/2014
Artykuł został opublikowany w 9/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 0

Czytaj także