Beck i Rydz jako sprawcy Smoleńska

Beck i Rydz jako sprawcy Smoleńska

Dodano:   /  Zmieniono: 
Subotnik Ziemkiewicza

Adam Naruszewicz, satyra „Chudy Literat” z roku 1772. Szlachcic zachodzi do sklepiku z książkami. „Są wiersze” – proponuje mu sprzedawca. „To błazeństwo!” „Są też polskie dzieje”. „Bodajbyście wisieli na haku, złodzieje!” – wybucha na to klient – „żeście, w wieczne swój naród podając pośmiechy, powyrzucali z kronik i Wandy, i Lechy!”

Jak z tego widać, oświecanie Polaków w kwestii ich własnej historii groziło przykrościami od zawsze. Nie zdziwiłem się więc, że moja książka „Jakie piękne samobójstwo”, obok generalnie życzliwych opinii historyków, prof. Sławomira Cenckiewicza, dr Marka Gałęzowskiego czy dr Mirosława Szumiło, doczekała się też potężnego „hejtu” – tak się złożyło, że głównie ze strony komentatorów politycznych. Tym, co dziwi, jest że polemizując teoretycznie ze mną, powtarzali oni swe zarzuty wobec Piotra Zychowicza, sugerując czy wręcz twierdząc, że jak w książca zawarta jest m.in. krytyka polityki Becka,  to musi być ona jakimś „remake” „Paktu Ribbentrop – Beck”.

Nic podobnego. W kluczowych kwestiach mamy z Zychowiczem zbieżne poglądy, ale każdy z nas napisał zupełnie o czym innym. Zychowicz przedstawił alternatywny scenariusz dziejów, w którym dzięki sojuszowi z III Rzeszą gromimy ZSSR, a potem odrzucając ten sojusz gromimy wespół z Zachodem III Rzeszę i dziś jesteśmy państwem silnym, bogatym, liczącym się w świecie. Ja zaś żadnych alternatywnych historii nie tworzyłem, tylko opowiedziałem historię taką, jaka była.

Postawiłem też tezę, że przyjęcie w kwietniu 1939 tzw. gwarancji brytyjskich, które nie były niczym innym, niż cynicznym odwróceniem agresji Niemiec od Zachodu i skierowaniem jej na Polskę stanowiło straszliwy, niewybaczalny błąd. O alternatywach wspominam tylko o tyle, że jeśli Polska chciała z III Rzeszą walczyć, należało pozytywnie odpowiedzieć na wezwanie wspólnego z Francją wystąpienia w obronie Czechosłowacji w 1938 – albo, jeśli się postanowiło straszyć Hitlera „dotrzymaniem naszych sojuszniczych zobowiązań” przynajmniej należycie przygotować kraj do wojny.
Ta teza jest częścią konstatacji, iż przywódcy II Rzeczpospolitej, a potem kolejni liderzy emigracji, prowadzili politykę nieodpowiedzialną, bezmyślna i naiwną, wierząc w „jakoś to będzie”, w moc sojuszy i we wdzięczność mocarstw. A gdy skończyło się to tak, jak musiało – całkowitą klęską i zagładą – kolejne pokolenia zbudowały legendę, w której to, co było zwykłą nieudolnością i brakiem wyobraźni, podniesiono do rangi świadomej ofiary, która była słuszna, albowiem nas uszlachetniła.

Obrońcy tej legendy, w swych bardzo emocjonalnych reakcjach, wykazali się pogardą dla elementarnej logiki. Zychowicza zaatakowali bowiem za to, że pisze co by było gdyby – w istocie, „gdyby” nie jest „twardym dowodem” i łatwo „gdybanie” ośmieszać, dyskredytować. Ale mnie, przeciwnie, zaatakowali za to, że co by było gdyby nie piszę. Że twierdząc, iż wedle wszelkich prawideł polityki, rachunku sił własnych, sojuszniczych i wrogich oraz potencjalnych strat powinniśmy byli zgodzić się na włączenie Gdańska do Rzeszy, nie dodaję, iż gdybyśmy się zgodzili, to Hitler wysuwałby dalsze roszczenia aż do całkowitej okupacji, a wojna poszłaby dokładnie tak, jak poszła, tylko znaleźlibyśmy się przegranej stronie (choć to przecież w Teheranie, Jałcie i Poczdamie de facto się po niej właśnie znaleźliśmy).

Co ciekawe, gdy w niedawnej debacie z Piotrem Zarembą wytknąłem mu tę niekonsekwencję, bynajmniej się nie zawstydził, ale obstawał przy niej. Tak jest, argumentem brązowników historii jest właśnie wiedza, którą w jakiś nadprzyrodzony sposób posiedli, że gdyby dzieje poszły inaczej, to i tak poszłyby tak samo, Polska jako sojusznik Hitlera przegrała by wraz z nim wojnę, i za karę okrojona by została do rozmiarów Księstwa Warszawskiego, i jeszcze wszyscy by nam dziś wytykali współudział w holokauście. Pomijając fakt, że właśnie nam się go wytyka, a państwom, które naprawdę w nim brały współudział nie, bo wyszły z wojny na tyle silne, że trzeba je szanować – to nie sądzę by ów scenariusz był w większym stopniu obiektywną wiedzą niż ten przedstawiony przez Zychowicza.

Cóż, w istocie, nie piszę, co byłoby po przyjęciu niemieckich żądań, bo nie wiem. Wiadomo jedno: gdyby Polska pozwoliła Hitlerowi działać według pierwotnego planu, zachowałaby posiadany potencjał, a zyskała czas na dozbrojenie się. Katastrofa września 1939 była tak wielka, ponieważ Beck i Rydz, prowadząc dla zyskania społecznego poklasku politykę buńczuczną, nie zdawali sobie sprawy, iż polityka ta prowadzi do wojny. Z tego powodu rok, który upłynął pomiędzy pojawieniem się żądań III Rzeszy a Wrześniem został zmarnowany. To prawda, że Polska była słabsza i biedniejsza od Niemiec, ale nie była aż o tyle słabsza i biedniejsza – piszę w książce, że do samej wojny polska zbrojeniówka produkowała poniżej połowy mocy i głównie na eksport, piszę, że zginęliśmy z idealnie zrównoważonym budżetem, a dodać mogę, o czym w książce zapomniałem, że we wrześniu 1939 ewakuowano z zasobów NBP i FON złoto warte ponad pół miliarda złp (które potem w większości przepadło). Przy odrobinie inżynierii finansowej postulowane przez Ignacego Matuszewskiego polskie dywizje pancerne były na pewno w zasięgu możliwości.

Jeśli chce ktoś rozważać skutki ewentualnego ustępstwa – niech to robi uczciwie. Niech weźmie też pod uwagę, że w takim wariancie historii Hitler byłby słabszy o całą tę pomoc, jaką otrzymał przed czerwcem 1941 od Stalina, i że na rząd Polski wciąż mającej 40 – 50 dywizji patrzyliby zachodni gracze zupełnie inaczej niż na Sikorskiego czy Mikołajczyka, którzy mogli tylko próbować ich wzruszyć rozmiarami polskiej ofiary. 

Ale ja odżegnuję się od „gdyby”. Ja tylko domagam się, by po 75 latach irracjonalnego kultu, polityka „nie oddamy ani guzika” została wreszcie potępiona.

We wszystkich napaściach „brązownicy” (pomijam tu stanowiące większa część ich pisania demaskacje „komu to służy”, insynuacje braku patriotyzmu, sympatii nazistowskich, etc.) szermują argumentem, że polskie stanowisko w 1939 roku było słuszne. Przyjmując ultimatum zgodzilibyśmy się przecież na ograniczenie naszej suwerenności, a na to się godzić nie wolno!

Czy rzeczywiście? Otóż tu jest istota sporu o Becka. Realizując zasadę „nie oddamy ani guzika” w istocie sprowadził on politykę polską do „albo wszystko, albo nic”. Ci zaś, którzy dziś prawem i lewem, wbrew wszelkim argumentom, bronią jego decyzji, podtrzymują takie widzenie polityki i ugruntowują je w Polakach także w odniesieniu do świata dzisiejszego.

Czy trzeba naprawdę tłumaczyć, że kto mówi „wszystko albo nic” niemal na pewno zostanie z niczym? Polski los w II WŚ nie jest jedynym tego dowodem. Tak, oczywiście, że żądania Hitlera były niesprawiedliwe. Wykorzystanie nas i porzucenie przez Anglię i USA też było niesprawiedliwe, podobnie jak podbój przez ZSSR. Polityka po prostu jest niesprawiedliwa z zasady, a raczej – w ogóle pojęcia sprawiedliwości nie zna, zna tylko siłę i brak siły, korzyść i stratę, nic z dziedziny moralności się jej nie ima.

Trzeba było w 1939 skapitulować przed niesprawiedliwymi żądaniami Hitlera i pozwolić Anglikom i Francuzom wypić piwo, którego nawarzyli, zamiast za nich ginąć, bo tak byłoby rozsądnie. Nie mając dobrego wyjścia, trzeba było ustąpić z części słusznie się nam należących praw, by zachować ile się dało. Jeśli przyjmie się – za całym światem – że polityka to nie czerń i biel, ale wyłącznie różne odcienie szarości, to po prostu oczywiste i, jak stwierdzam we wstępie do „Samobójstwa”, w ogóle nie warto się nad tym zastanawiać; warto zastanawiać się, dlaczego wciąż nie umiemy praw dla wszystkich oczywistych przyjąć do wiadomości.

Niestety, legenda Września i Powstania trzyma wciąż Polaków w przekonaniu, że poza „wszystko albo nic” nie ma żadnego wyboru. Albo tryumf, albo zgon! A ponieważ Polacy są w większości racjonalni i wiedzą, że wszystkiego mieć nie można – po strasznym doświadczeniu historii gremialnie wierzą, że muszą się godzić na nic. Wajcha przeskoczyła w przeciwną niż w 1939 skrajność: czujemy się „brzydką panną bez posagu”, a choćby napluto nam w twarze, podeptano nas i nasze prawa w sposób najbardziej horrendalny, powiemy sobie: wojny przecież im nie wypowiemy!

Tytuł tego tekstu nie jest prowokacją, jest stwierdzeniem faktu. Jakakolwiek była przyczyna upadku tupolewa w Smoleńsku, na reakcjach zarówno polityków w przerażeniu płaszczących się przed Rosjanami i okłamujących Polaków, że wszystko jest rzetelnie, na metr w głąb badane, jak i szerokiej rzeszy wyborców, głosujących na PO ze strachu, by PiS nie drażnił „ruskich” żądaniami śledztwa, zaważyło wciąż żywe w nas doświadczenie II wojny.

Musimy usunąć z polskiej historii bajkę o honorze Becka, tak, jak oświeceniowi dziejopisowie usunęli ­– krzepiące przecież i wielce umoralniające – opowieści Kadłubka o Lechu i Wandzie nie ot tak, dla radości burzenia stereotypów, ale dlatego, że ten stereotyp nam szkodzi. Brązownicy historii piszą wiele głupstw, ale największym z nich jest uparte powtarzanie zaklęcia, że dziedzictwo bezinteresownej – mówiąc delikatnie – ofiary Września i Powstania czyni nas dzielnymi, prawymi, czyni nas patriotami i uczy polskości. Jest dokładnie odwrotnie: to ono właśnie, a raczej mit, jakim obrosło, Polaków od patriotyzmu i Polski odstrasza.


PS. Przykro, gdy chwytów poniżej pasa używa konkurencja, jeszcze bardziej przykro, gdy oczywiste bzdury na swój temat czyta człowiek we własnej gazecie. Tekst Bronisława Wildsteina w ostatnim numerze zawiera na temat mojej książki szereg fałszów i nieuprawnionych generalizacji – autor polemizuje z tezami, z którymi mu polemizować wygodnie, a nie z tymi, które atakowani przezeń z imienia i nazwiska autorzy naprawdę postawili. Wystarczy zajrzeć do mojej książki, by wiedzieć, że np. antyniemiecka histeria międzywojennej endecji, z którą ścigał się Beck, jak również inne niedostatki międzywojennej opozycji są tam mocno skrytykowane, piszę wyraźnie o jej deprawacji, więc zbywanie krytyki Sanacji frazesami o rzekomym idealizowaniu endeków dowodzi, że autor swych kategorycznych sądów nie poprzedził zapoznaniem się z przedmiotem osądu. Inaczej musiałby przecież zauważyć, iż „odnajdowaniu grzechów i błędów” które doprowadziły do upadku II RP poświęcona jest tylko druga połowa jak najbardziej „poszukuje sensu dziejów” wskazując, dzięki czemu i w jaki sposób odnieśli Polacy jeden z największych w swych dziejach sukcesów. Dopiero bowiem porównanie, jak prowadzili przywódcy sprawę Polską w I i II wojnie światowej pozwala zrozumieć, co i w jaki sposób zostało w tej drugiej zaprzepaszczone. A argumenty tego rodzaju, że gdybyśmy przegrali w 1920 „obiektem potępienia rewizjonistów stałby się Piłsudski i jego bohaterszczyzna” czy że krytykowanie popełnionych przez naszych przodków błedów jest „banalne i popłacalne” w ogóle dyskwalifikują kazanie Wildsteina jako polemikę. Banalne i „popłacalne” wciąż jest u nas właśnie mitologizowanie tych błędów frazesami o „moralnych zwycięstwach” i opartymi na niczym zaklęciami w rodzaju „bez Powstania Warszawskiego nie byłoby Solidarności”.

Autor: Rafał A. Ziemkiewicz
 0
Czytaj także