Ponary - ludzka rzeźnia

Ponary - ludzka rzeźnia

Dwie fotografie przedstawiające ludobójstwo w Ponarach, wykonane w 1941 r.
Dwie fotografie przedstawiające ludobójstwo w Ponarach, wykonane w 1941 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 8
Litewscy kolaboranci bestialsko wymordowali pod Wilnem 70 tys. Żydów i Polaków. Zbrodnia ta została skazana na zapomnienie.

„Ach, a ten co robi?!!! Ten tam, obok, o czterdzieści kroków, nie dalej, w czarnym mundurze! Co on chce zro… Rozkraczył nogi koło słupa, stanął ukosem, zamachnął się dwiema rękami… Sekunda jeszcze… Co on ma w ręku?! Co on ma w tych rękach?!!! Na rany Jezusa Chrystusa! Na rany Boga! Coś wielkiego, coś strasznie strasznego!!! Zamachnął się i – bęc głową dziecka o słup telegraficzny!… Aaaa! Aaa! Aaa! – zakrakał ktoś koło mnie, kto taki – nie wiem. A w niebie… nie w niebie, a na tle tylko nieba, zadrgały od uderzenia przewody drutów telegraficznych”.

„Ten oszalały kompletnie policjant chwyta Żydówkę za prawą nogę i usiłuje wlec ją pomiędzy szynami, cały zgięty, z gębą tak przekrzywioną jakby ciętą na ukos szablą, dokąd?! Po co?! Nogi kobiecie się rozstawiają, lewa zaczepia za szynę, spódnica zjeżdża do pasa, odsłaniając szare z brudu majtki, a dziecko łapie włóczące się po kamieniach włosy matki i ciągnie je ku sobie i nie słychać, a widać jak wyje: »Mammme!«… Z ust wleczonej kobiety bucha teraz krew… Gęsta ściana mundurów zasłania na chwilę widok… A później jakiś Łotysz podniósł kolbę nad zwichrzonymi włoskami, uwiązanymi w ciemieniu kawałkiem łachmanka w kokardkę i… zamknąłem oczy”.

To fragmenty tekstu „Ponary-Baza”, opublikowanego w 1945 r. na łamach „Orła Białego”. Zdaniem Czesława Miłosza – i trudno nie zgodzić się z opinią poety – jest to najbardziej wstrząsające, a jednocześnie najbardziej prawdziwe świadectwo Zagłady w całej światowej literaturze.

Jego autorem był Józef Mackiewicz, który w październiku 1943 r. pojechał na Ponary, by odwiedzić znajomego. I przypadkowo stał się świadkiem masakry transportu Żydów, który przyjechał na miejsce kaźni. Na bocznicy kolejowej wybuchła panika, dlatego też oprawcy wymordowali swoje ofiary od razu przy pociągu, na oczach świadków. A nie – jak to mieli w zwyczaju – nad pobliskimi dołami śmierci.

To właśnie Mackiewicz użył jako pierwszy określenia „ludzka rzeźnia”, które tak bardzo pasuje do koszmaru, jaki rozegrał się na podwileńskich Ponarach. Jest to jedna z najbardziej przerażających, a jednocześnie najbardziej zapomnianych zbrodni popełnionych na terenie naszego kraju.

Gdzie?

Wielkie Księstwo Litewskie było państwem wielonarodowym i dlatego każda jego miejscowość miała co najmniej kilka nazw. To, co dla Polaków było Ponarami, dla Litwinów nazywało się Paneriai. W języku jidysz mówiono zaś po prostu Ponar. Dzisiaj jest to dzielnica Wilna, ale przed wojną Ponary były podmiejskim letniskiem. Miejscowość słynęła z tego, że nad ranem krewcy wilniucy załatwiali w niej swoje honorowe spory, urządzając pojedynki pistoletowe.

Według części relacji jako pierwsi zaczęli na Ponarach mordować bolszewicy. Gdy 17 września 1939 r. Armia Czerwona przekroczyła granicę Rzeczypospolitej, z miejsca przystąpiła do mordowania polskich żołnierzy, policjantów i urzędników. Sowieckie zbrodnie wojenne z tego okresu to do dzisiaj właściwie niezbadany temat. Jedno z miejsc straceń miało znajdować się właśnie w podwileńskim letnisku.

Informacje na ten temat potwierdzili Żydzi, którzy pod koniec wojny na rozkaz Niemców palili trupy swoich rodaków. Okazało się, że na dnie dołów śmierci znaleźli ciała w mundurach polskich oficerów. Miało ich być kilkaset.

W 1941 r., gdy Stalin rozpoczął przygotowania do ataku na Europę, bolszewicy przeznaczyli Ponary na bazę, w której zamierzali składować paliwo. W tym celu wykopali olbrzymie okrągłe doły – miały po pięć–sześć metrów głębokości i od ośmiu do 40 metrów średnicy. Ocembrowali je kamieniami, a docelowo zamierzali je wyłożyć blachą i zamknąć od góry. Cały teren otoczyli wysokim płotem zwieńczonym zwojami drutu kolczastego.

Budowę przerwał atak Hitlera. Gdy Niemcy przepędzili bolszewików z Wileńszczyzny, w ślad za prującym do przodu Wehrmachtem przybyły tam oddziały morderców z SS zwane Einsatzgruppen. Ponarska baza szybko zwróciła uwagę ich dowódców. Ze względu na przygotowaną przez Sowietów „infrastrukturę” idealnie nadawały się do miejsca zbiorowych egzekucji.

Zdecydowało również położenie – w pobliżu stacji kolejowej i szosy na Grodno, a jednocześnie nieco na uboczu, w otoczeniu gęstego sosnowego lasu, który tłumił wystrzały. W efekcie już w lipcu 1941 r. doszło do pierwszej akcji eksterminacyjnej, która wkrótce przeistoczyła się w regularną masakrę trwającą do lipca 1944 r. Jej bezpośrednimi sprawcami byli Litwini.

Jak?

Ofiary na Ponary były transportowane na trzy sposoby: ciężarówkami, pieszo lub pociągami. Te ostatnie zatrzymywały się na bocznym torze stacji. W przypadku Żydów niemal do końca służbę porządkową przy transporcie pełniła żydowska policja. Z pociągów pędzono ludzi nad doły. Po dojściu na miejsce kaźni oprawcy stawiali całą grupę na skraju jamy i strzelali do niej z karabinów maszynowych.

Metoda ta okazała się nieefektywna. Nie tylko bowiem „marnowano” dużą ilość amunicji, ale jeszcze sporo skazanych przeżywało egzekucje. Wykopywali się później spod zwału trupów i uciekali. Dlatego wprowadzono nowy system. Jednorazowo przyprowadzano nad doły 10 skazańców, przed którymi stawiano 10 żołnierzy. Każdy z nich miał zastrzelić jedną ofiarę.

Galeria:
Oblężenie Warszawy - wstrząsająca relacja

Jeżeli była nią matka z dzieckiem, osobny kat przypadał na kobietę, a osobny na dziecko. Jedynie w przypadku niemowląt nie zadawano sobie tyle trudu, roztrzaskiwano im czaszki kolbami albo wrzucano je żywcem do dołu. Wiadomo było, że tak małe dziecko się już z niego nie wydostanie. Jeżeli któryś ze skazanych przeżył pierwszy strzał, był dobijany kolejnym przez tego samego żołnierza.

„Postawili mnie nad tym dołem – pisała Ita Staż, której relacja zachowała się w archiwum Yad Vashem. – Pomyślałam sobie: »To już koniec. I co ja w życiu widziałam?«. Miałam wtedy 19 lat. Musieli chyba strzelić. Ale ja tego strzału nie słyszałam. Pewnie ze strachu upadłam natychmiast w rów. A oni pewnie chybili. Zrozumiałam to po chwili, gdy uczułam, że żyję. Leżałam na trupach, sama nieruchoma jak trup. Czułam, że ktoś na mnie upadł i że cieknie po mnie coś ciepłego, co miało zapach krwi. Tego zapachu nigdy nie zapomnę i zapachu tych ciał. Policjanci wciąż strzelali. Potem usłyszałam, że nawołują, żeby już na dziś skończyć, bo się ściemnia. Zanim odeszli, strzelali jeszcze do tych, którzy leżeli w rowie. Wtedy dostałam strzał w rękę. Poczułam ból. Nie zdążyli zasypać rowu piaskiem, bo było coraz ciemniej. Zaczekałam jeszcze trochę, aż zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy podniosłam się i poszłam”.

Po zakończeniu egzekucji kilku pozostawionych w tym celu więźniów przysypywało trupy warstwą piasku i wapna. Następnie również ci ostatni nieszczęśnicy byli mordowani. Kolejnego dnia wszystko zaczynało się od nowa. Przybywał kolejny transport i znowu prowadzono ludzi dziesiątkami na stracenie. W cały proceder wdała się pewna automatyczność, która sprawiła, iż Ponary zaczynały przypominać prawdziwą fabrykę śmierci.


„Pomysłowość” morderców przeraża. Na przykład, gdy okazało się, że stosowana metoda eksterminacji nie gwarantuje równego zapełniania dołów – trupy piętrzyły się przy brzegach – skonstruowano specjalne trampoliny czy też rodzaj mostków rozpiętych ponad jamami. Ofiary musiały na nie wchodzić i strzelano do nich, gdy były na środku. W ten sposób masowe mogiły zapełniały się równomiernie.

Nad ofiarami przed śmiercią się znęcano. Ludzie oczekujący w długich kolejkach na śmierć – czasami trwało to 10 godzin – byli katowani gumowymi pałkami. Ofiary wyszydzano, dręczono i lżono.

Znudzeni rutyną mordów mordercy urządzali polowania na ludzi. „Wśród przywiezionych wagonami była grupa 30 dzieci w wieku 5–7 lat – wspominał świadek Józef Waniewski. – Po wyprowadzeniu z wagonów kazano im biec wzdłuż torów, a gdy dobiegły do pewnego miejsca, szaulisi otworzyli do nich ogień z broni maszynowej. Pomordowane dzieci kazali zbierać dorosłym Żydom, którzy wlekli je przez bramę do dołów na »bazie śmierci«”.

A oto zeznanie Janiny Żygiewicz: „Widziałam, jak konwojent strzelił do małego chłopca w wieku 10–11 lat i przestrzelił mu rękę. Chłopiec upadł, a ten doszedł do niego i dobił go. Litwini wskakiwali na brzuchy ciężarnych kobiet, które uciekając, kładły się na ziemię. Małe dzieci brali za nóżki i rozbijali im głowy o pnie sosen”. Po takich masakrach całe tory były usłane trupami, Litwini mimo to przepuszczali nimi pociągli, co powodowało, iż szyby były całe pokryte krwawą ludzką miazgą.

Czytaj także:
Ludobójstwo na Wołyniu

Mimo to wielu skazanym udało się uciec. „W lasach biegali Żydzi – wspominał Mackiewicz – którzy się wyrwali z kręgu konwoju, przeważnie postrzeleni, zupełnie tak samo, jak biega ranna zwierzyna. Pewien stary Żyd, ze szczęką oderwaną przez kulę, umarł aż w odległości 10 kilometrów od Ponar, zaszyty w rojsty na torfiastej łące. Tropiono ich tak samo jak zwierzynę. Szli więc policjanci-strzelcy, z psami, z nagonką. Kobieta, dziecko, dziewczyna młoda, mężczyzna-Żyd, to nie robiło różnicy. Ranny, czy zdrowy, czy umierający właśnie gdzieś pod krzakiem jałowca, strzelany był po prostu na miejscu i tropiciele szli dalej”.

Kogo?

Na Ponarach w latach 1941–1944 zamordowano około 70 tys. ludzi. W przytłaczającej większości ofiarami byli Żydzi. Pochodzili z getta wileńskiego oraz z innych pobliskich miejscowości: Święcian, Mołodeczna, Smorgoni, Oszmiany, Turgiel. Tych przywożono wagonami bydlęcymi. Zdarzało się jednak, że przybywały również pociągi osobowe. A w środku eleganccy Żydzi z Europy Zachodniej. Towarzyszyły im często służba, opiekunki zajmujące się dziećmi.

W ponarskich dołach śmierci wylądowało również od 1,5 do 2 tys. Polaków. Profesorów Uniwersytetu Stefana Batorego, lekarzy, księży, adwokatów, żołnierzy, harcerzy. Przedstawicieli wileńskich elit. Ludzie, którzy zostali aresztowani jako zakładnicy lub aresztowani za działalność w podziemiu. Wystarczył jeden donos, by znaleźć się na liście śmierci.

Wśród zabitych znajdował się młody żołnierz AK Bronisław Komorowski „Korsarz”. Był to stryj byłego prezydenta Polski, na którego cześć nadano mu zresztą imię. Aresztowany na ulicy przez litewską tajną policję Saugumę został osadzony w więzieniu, gdzie poddano go brutalnemu śledztwu. W styczniu 1944 r. zamordowano go wraz z grupą innych Polaków na Ponarach. Stało się to w dniu jego 18. urodzin.

Mordowanym Polakom krępowano ręce na plecach przy pomocy drutu. Obawiano się bowiem, że członkowie AK będą w ostatniej chwili stawiać opór. „Niemcy i szaulisi puścili psy na nich – opisywał świadek egzekucji grupy polskich skazańców – ludzi męczyli, bo nie mieli czym się obronić, ręce mieli związane do tyłu. Psy rwały ich ciało. A [oprawcy] tak się śmiali jak maszynowe karabiny”.

Jak wynika z relacji świadków, wielu straconych Polaków zachowywało się w obliczu śmierci bohatersko. Krzyczeli: „Niech żyje wolna Polska!” lub złorzeczyli oprawcom. „Strzelano polskich adwokatów i doktorów – zapisał w swoim dzienniku mieszkający w pobliżu Kazimierz Sakowicz. – Strzelano po dwóch naraz, rozebranych. Trzymali się fajnie, nie płakali i nie prosili, tylko żegnali się ze sobą i przeżegnawszy się – szli”.

Kto?

Pierwsze rozstrzeliwania na Ponarach były dziełem Einsatzgruppen. Mordami kierował SS-Obersturmführer Schauschütz. Szybko jednak niemieckich oprawców zastąpili Litwini. A konkretnie Sonderkommando nazywane przez Litwinów Ypatingas Burys, a przez Polaków po prostu „strzelcami ponarskimi”. Jego członkowie nosili charakterystyczne rude koszule i okrągłe czapki z trupią główką.

Dowódcą komanda został litewski oficer Juozas Šidlauskas ps. Diabeł, po pewnym czasie zastąpił go Balys Norwaisza. Rola Niemców ograniczała się do nadzorowania procederu. Robił to oficer SD Martin Weiss. Przeszkolenie było bardzo powierzchowne, przed samym rozstrzelaniem oficerowie pokazywali zabójcom plansze z sylwetką człowieka. Były na niej zaznaczone żywotne organy, w które należało celować.

Aby w mordercach zabić wyrzuty sumienia, Niemcy przywozili na miejsce egzekucji wódkę. Była ona wlewana do kadzi, do której każdy z żołnierzy miał swobodny dostęp. Józef Mackiewicz zapamiętał, że podczas masakry, której był świadkiem, na rozkładanym stoliku oprócz wódki umieszczono zwoje kiełbasy. Przypominało to wiejski festyn. Mordercy z Ponar byli więc po prostu urżnięci. To tłumaczy ich dzikie ryki, czerwone twarze i niebywałą agresję, o których opowiadali świadkowie.

Mimo to Litwini często załamywali się psychicznie, zdarzały się nawet przypadki odmowy wzięcia udziału w eksterminacji. Kara za to była straszna – opornych mordowano razem z ofiarami. Witold Gilwiński, jeden z członków Sonderkommando, który po wojnie był sądzony przez władze komunistyczne w Olsztynie, zeznawał, co następuje:

„Powiedziałem podporucznikowi Norwaiszy, że nie mogę strzelać. Na to on podniósł pistolet, którego lufę skierował w moją stronę, mówiąc: »Stawaj do szeregu, bo znajdziesz się w dole razem z Żydami. To jest mój rozkaz i masz go wykonać«. Zrozumiałem, że za chwilę mnie zastrzeli, więc padłem na kolana i powiedziałem: »Przecież ja nie jestem Żydem«, wówczas Norwaisza powiedział: »Stawaj na miejscu do szeregu i strzelaj«. Podniosłem się więc i stanąłem w szeregu. Następnie zacząłem strzelać”.

Żołnierze twierdzili, że byli sterroryzowani i zastraszeni. W oddziale miało się krzewić donosicielstwo. Skargi na „ciężkie warunki pracy” i „obciążenie psychiczne” niewiele dawały, stąd też część z nich, aby się wydostać z jednostki, posuwała się do samookaleczenia. Jak jednak podkreślił historyk Piotr Niwiński, były to przypadki rzadkie.

W jednostce służono na ogół chętnie, ze względu na profity. „Strzelcy ponarscy” okradali bowiem ofiary. Przed samą egzekucją wyrywali im złote zęby, odbierali gotówkę i biżuterię, lepsze ubrania oraz buty. Następnie zaś sprzedawali wszystko na czarnym rynku. Działo się to wbrew wyraźnym rozkazom Niemców, którzy kazali sobie oddawać wszystkie znalezione przy mordowanych cenne przedmioty.

Przed samym wkroczeniem bolszewików, latem 1944 r., Niemcy przystąpili do usuwania śladów zbrodni. Jeńcom sowieckim i ocalałym Żydom kazali wykopać szczątki zamordowanych i ułożyć je w wielkie stosy. Całość została następnie oblana smołą i spalona. Góry ludzkich ciał płonęły po siedem–osiem dni. Najgrubsze kości, których nie udało się spalić, roztarto między żeliwnymi płytami i zmieszano z piaskiem.

Świat miał się nigdy nie dowiedzieć o koszmarze, który rozegrał się na podwileńskich Ponarach.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 6/2014
Artykuł został opublikowany w 6/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 8
  • Andrzej Rochowicz IP
    Zapomniana zbrodnia. Zapomniany/ (wyklęty ) wielki pisarz - Józef Mackiewicz. Kto go czyta? Przecież miliony Polaków nie ma pojęcia, że taki ktoś w ogóle żył ! Nawet polonistki niektóre nie znają go. To wstyd i hańba III RP. Gdyby był w kanonie lektur od 27 lat, to Polska trochę by inaczej wyglądała.
    Dodaj odpowiedź 23 0
      Odpowiedzi: 0
    • nielubiegazety2 IP
      Straszne rzeczy się dziali na zapleczu, gdy rycerski Wehrmacht pruł do przodu. Czytelnicy być może nie wiedzą, że Reichswehrę malarz krajobrazów zgwałcił zaraz po śmierci Hindenburga. Od tego czasu żołnierze Trzeciej Rzeszy przysiegali wierność Führerowi. Z tego co pamiętam z przysięgi wywiązali się całkiem nieźle.
      Po tym co wyprawiały w Polsce, podporządkowane dowództwu lądowemu Wehrmachtu, Einstatzgruppen będzie ciężko zaprzeczyć związkowi przyczyowemu pomiędzy pruciem i zbrodniami na terenach "wyzwolonych". Tym bardziej, że sami rycerze nie stronili od zbrodni wojennych.

      "Na Wschodzie trzymamy kciuki za Wehrmacht"
      Piotr Zychowicz
      Dodaj odpowiedź 7 0
        Odpowiedzi: 0
      • Szacki IP
        Czy polskie podziemie zareagowało na tę zbrodnię? Jeśli nie, to dlaczego?
        Dodaj odpowiedź 15 11
          Odpowiedzi: 2
        • Tomek IP
          A my płaczemy że masło za drogie
          Dodaj odpowiedź 37 4
            Odpowiedzi: 0

          Czytaj także