Wkręceni w fotoradary

Wkręceni w fotoradary

Dodano

Patrzę, jak rozpędzają się fotoradary. Jak każdy dodaje swój element, bo każdy się przecież zna. Każdy ma opinię. Każdy ma swoje zdanie, każdy wie.

Patrzę, jak rozpędza się modelowa wrzutka fokusująca uwagę opinii publicznej. Sprawiająca, że jest o czym mówić, jest temat wokół którego można się socjalizować -  trochę tak, jak pierwotne ludy ogrzewały się dobrymi opowieściami przy ogniskach.

Patrzę, jak rozpędzają się fotoradary, jak skutecznie świat polityki zarządza światem mediów. Jak inne sprawy schodzą na plan dalszy. Jak żar dyskusji rozpala, jak chwytany jest „temat” do wieczornych wiadomości, do popołudniowych serwisów, do porannych programów. Temat prosty, z ekspertami do wydzwonienia: dwie grubsze panny i znana warszawska restauratorka, która wypowie się, co sądzi na temat. I jeszcze piosenkarka ze stajni stacji telewizyjnej, którą sfotografował fotoradar. Albo przynajmniej mógł sfotografować.

Nie ma nikogo kto by się nie wkręcił lub nie został wkręcony. Tylko ten temat żyje w przestrzeni publicznej. Nic innego ludzi tu mieszkających nie pochłania. I nic innego ich nie dzieli. W sumie naprawdę nie ważne, czy „za” czy „przeciw”. Ważne, że jedni przeciw drugim, że jedni inaczej niż „tamci”.

Zapewne więc – nie sprawdzałem, nie mam już na nich siły – po obu stronach w serwisie społecznościowym uzbroiły się dwie armie: z jednej strony Samuel Pereira i Łukasz Warzecha, z drugiej  Waldemar Kuczyński i bloger Azrael. Zapewne okładają się tak mocno, że wióry lecą. Jak zwykle, za wszystko. Za fotoradary. Choć fotoradary – niczym „zupa za słona” – są tylko pretekstem.

Dla mnie klasyką wykorzystywania tego mechanizmu w marketingu politycznym wciąż będzie dyskusja wywołana w 2007 r. przez ekipę Sarkozy’ego, na pół roku przed wyborami prezydenckimi. Dyskusja-majstersztyk o paleniu tytoniu w miejscach publicznych. Socjaliści z Segolene Royal rzecz jasna bronili prawa do wolności i zakazywali zakazywania. Było dla nich jasne, że musieli wypowiadać się inaczej niż politycy prawicy. Nicolas Sarkozy pokazał się zaś jako szeryf, silna ręka, który nie będzie szedł na smyczy badań opinii publicznej, jeśli tyle osób umiera w wyniku biernego palenia tytoniu w miejscach publicznych. Debata pokazująca, uwypuklająca wówczas najlepsze cechy Sarkozy’ego, przykuwająca uwagę opinii publicznej. Cechy, na które w polityce było wówczas szczególne zapotrzebowanie. Tak jak było zapotrzebowanie na lidera, który uderza mocno w stół.

Ważne, aby linia sporu przebiegała w miarę po środku, a zrozumiały dla wszystkich temat niósł łatwe do podkręcenia emocje. Aby dzielił. Zapełniał przestrzeń.

Jedni więc chcą, aby wreszcie piraci drogowi przestali nieść śmierć. Drudzy, że jakaż to śmierć, jeśli po mieście nie sposób dziś już szybciej jeździć a i poza miastami nie sposób jeździć zgodnie z przepisami; że to jedynie sposób na łatanie budżetu przez Jacka Rostowskiego. I jedni i drudzy wcześniej czy później skończą dyskusję w tym miejscu, w którym zwykle kończą. A więc na nazwiskach: Donald Tusk, Jarosław Kaczyński.

Wielka jest siła narracji i kto mechanizmy marketingu narracyjnego opanuje lepiej - wygrywa. Ale – jeśli nie ma nic innego i liczy się już tylko to, co zostało dobrze opowiedziane; jeśli to tak proste – to może i lewica mogłaby coś opowiedzieć? Może Leszek Miller zaproponowałby jakąś historię, zrozumiałą dla wszystkich, angażującą wszystkich, dzielącą publikę w miarę po równo? Może SLD też mogłaby wejść na matę, zainteresować sobą, przypomnieć o swoim istnieniu?

Tak, mogłaby. Fotoradary albo Rok Edwarda Gierka.

Jaki pierwszy dzień roku, taki i cały rok. Szczęśliwego 2013!

Czytaj także

 0

Czytaj także