Bóg umiera

Bóg umiera

Dodano
Finansiści i ekonomiści nic już w sprawie kryzysu finansowego nie wymyślą. Najwyższy czas, żeby zajęli się nim teologowie.

W światowym systemie nie ma dziś innego pieniądza niż pieniądz fiducjarny. Czyli – ujmując to w ślad za podręcznikami ekonomii mniej mądrze, ale niezbyt ściśle − pieniądz oparty

na zaufaniu. Dawniej pieniądz miał wartość sam z siebie, potem istniał parytet złota

albo jakichś innych walorów, aż po przekroczeniu historycznego Rubikonu przez rząd USA w roku 1971 doszliśmy do stanu dzisiejszego. Pieniądz – który nie istnieje już fizycznie, bo jest tylko zapisem w komputerach – ma wartość, bo ci, którzy się nim posługują, wierzą, że ma on wartość.

Polskie tłumaczenie uczonego terminu, jako się rzekło, nie jest ścisłe – źródłosłów określenia „pieniądz fiducjarny” wskazuje wszak wyraźnie, że istotą sprawy nie jest zaufanie, ale wiara. Nasza cywilizacja wierzy w wartość naszych pieniędzy dokładnie tak, jak kiedyś wierzyła i przestała wierzyć w Boga Jedynego. Jeśli sobie to uświadomić, wyświechtany frazes, że pieniądz stał się w dzisiejszym świecie bogiem, nabiera nieoczekiwanie treści. A z bogami było tak, że istnieli dopóty, dopóki w nich wierzono. Gdy Rzym czy Grecja wiarę tę straciły, ich bogowie zniknęli. Rzym i Grecja również. Może się komuś wydawać, że zamieszkiwanie na Olimpie całej gromady dziwacznych istot zawsze było bardziej wątpliwe niż to, że dolar ma wartość, i w ogóle nie można tych spraw porównywać. Może. Ale obserwując, jak „trojka” szefów EBC, MFW i KE rozpaczliwie szuka jakiegoś wyjścia z megazadłużenia, nie byłbym taki pewien. Fakt, że z brutalnością przypominającą „negocjacje” Hitlera z prezydentem Háchą w Monachium wymogli oni na rządzie Cypru operację bardzo podobną do tej, za którą kilka lat wcześniej nie zostawiali suchej nitki na rządzie Islandii, dowodzi, że bezwzględność i pewność siebie przywódców światowej finansjery skrywa ich kompletną dezorientację oraz bezradność. Przypominają przestraszone dziecko we mgle, uzbrojone w pancerzownicę z dobrze naoliwionym mechanizmem spustowym. Albo saperów rozbrajających bombę atomową metodą prób i błędów.

Co będzie, jeśli ludzie przestaną wierzyć, że zapisane na kontach biliardy kiedykolwiek będzie można wymienić na pożądane dobra i usługi? Nastanie jeden z tych światów, które dawne science fiction wielokrotnie już opisało. Oczywiście nikt go nigdy nie traktował poważnie (no, może tylko gdy straszyła nuklearną zagładą). Ale porządek świata, nazwany na wyrost liberalną demokracją, wydawał się wszystkim równie ostateczny i nienaruszalny, jak poddanym królowej Wiktorii wydawało się nienaruszalne brytyjskie imperium. Byli o tym przekonani zarówno ci, których los rzucił w tę gorszą część świata, którą – tak sobie krótko definiuję ten zasadniczy dziś podział globu – z kryzysu wyciąga się planem Jeffreya Sachsa, jak i ci, którzy wylądowali w części lepszej – tam, gdzie reakcją na identyczny kryzys jest plan Hanka Paulsona. No i co? W przeciwieństwie do Boga bogowie są śmiertelni. Kres wiary w pieniądz i stworzony przezeń świat wydaje się przesądzony. Co nie znaczy, że zmiana wiary dokona się z dnia na dzień. A już na pewno nie będzie ona łatwa i bezbolesna, bo nigdy jeszcze się nie zdarzyło, żeby taka była.

 0

Czytaj także