Tajna wojna II RP

Tajna wojna II RP

II RP
II RP / Źródło: Krzysztof Wyrzykowski
Dodano
Polski wywiad był spenetrowany bardzo głęboko przez tajne służby obu naszych wielkich sąsiadów. Jednak penetracja niemiecka nie była aż tak poważna jak sowiecka. Skala tej ostatniej była zdumiewająca. Przy pomocy swoich agentów nie tylko nas szpiegowali, ale także stosowali dezinformację - mówi gen. Marian Zacharski.

Zawsze słyszałem, że przedwojenna Polska miała znakomity wywiad. Pan w swojej książce „Operacja »Reichswehra«” stawia zupełnie inną, dla wielu czytelników szokującą tezę.

Ja także byłem wychowany w kulcie „Dwójki”, która rzekomo miała wiedzieć wszystko o naszych wrogach. Potem w miarę odkrywania kolejnych dokumentów wywiadowczych zaczęły się we mnie rodzić poważne wątpliwości. No bo skoro rzeczywiście mieliśmy taki wspaniały wywiad, to dlaczego w 1939 r. Niemcy tak szybko się z nami uporali. Dlaczego w zasadzie tylko się cofaliśmy? Dlaczego nie posunęliśmy się nawet o centymetr do przodu?

Zacznijmy od wywiadu na Wschód.

Nasz wywiad na odcinku sowieckim, mówiąc kolokwialnie, leżał. Na tym kierunku nie udało się naszemu wywiadowi osiągnąć sukcesów.

Jednak w Związku Sowieckim mieszkało 1,5 mln Polaków, mieliśmy w tym kraju konsulaty, Polacy w ogóle dobrze znają Rosję. Było więc na czym budować siatki szpiegowskie.

Niestety, niemal wszystkie polskie operacje wywiadowcze były już w zalążku niszczone przez GPU, a później NKWD. Nasi agenci byli wyłapywani, a wielu z nich zostało przewerbowanych przez sowieckie służby, aby dezinformować Warszawę. W efekcie, wyłączając zgadywanie, Polacy nie mieli pojęcia o rzeczywistych zamierzeniach Stalina. Nie wiedziano o sowieckich planach porozumienia z Niemcami, nie wiedziano o szykowanym rozbiorze Polski. Ba, „Dwójka” nie miała informacji nawet o tym, że we wrześniu 1939 r. jednostki Armii Czerwonej koncentrowały się na granicy! Tego typu, chociaż szczątkowe, informacje spływały jedynie z Korpusu Ochrony Pogranicza. Gdy jednostki Armii Czerwonej wkraczały do Polski, było to dla naszych przywódców gigantycznym zaskoczeniem. Nawet jeżeli była wówczas w Sowietach jakaś agentura, to – jak wynika z dokumentów – nie posiadała stosownego wyposażenia technicznego, by wyprzedzająco przekazać ostrzeżenie.

Dramat.

Całkowity. Można odnieść wrażenie, że robota „Dwójki” na Wschodzie była wykonywana tak, żeby te informacje do Warszawy nie nadchodziły.

Dlaczego?

Były oficer II Oddziału kapitan Władysław Michniewicz opublikował w Chicago książkę „Wielki bluff sowiecki”. Zawarte są w niej szokujące tezy. Według niego jeden z najważniejszych ludzi służb II RP na kierunku wschodnim, słynny kpt. Jerzy Niezbrzycki (pseudonim Ryszard Wraga), pracował dla moskiewskich służb. Werbunek, według Michniewicza, nastąpił w połowie lat 20. w Kijowie, gdzie Niezbrzycki miał prowadzić działalność wywiadowczą. Po powrocie do Polski mianowano go… szefem sowieckiego referatu w Oddziale II. Na stanowisku tym był bardzo długo, cieszył się bowiem osobistą protekcją marszałka Rydza-Śmigłego. Tymczasem, według mojej oceny, był to intrygant, który zajmował się głównie kopaniem dołków pod zdolniejszymi od siebie kolegami i robieniem „wrzutek” do prasy. Miał duszę rozerwaną między chęcią bycia oficerem wywiadu a pracą jako dziennikarz. Szkoda, że nie skupił się jedynie na dziennikarstwie.

Czy rzeczywiście Sowieci zinfiltrowali „Dwójkę”?

Polski wywiad był spenetrowany bardzo głęboko przez tajne służby obu naszych wielkich sąsiadów. Jednak penetracja niemiecka nie była aż tak poważna jak sowiecka. Skala tej ostatniej była zdumiewająca. Przy pomocy swoich agentów nie tylko nas szpiegowali, ale także stosowali dezinformację. Czyli przekazywali fałszywe materiały wskazujące na przykład na to, że są słabi i nie uderzą na Polskę. A już na pewno nie w sojuszu z Niemcami. Nie bez powodu przytoczyłem w swojej książce fragment sprawozdania z rozmowy niemieckiego gen. Wilhelma Adama z Woroszyłowem, odbytej w listopadzie 1931 r. w trakcie pobytu w Moskwie. Powiedział mu on, co następuje: „Nasza działalność wywiadowcza przeciwko Polsce jest wysoce niesatysfakcjonująca. Dziękuję za materiały, które od was otrzymaliśmy, i jednocześnie proszę o współpracę w ich zdobywaniu w przyszłości. Wiemy, że wasz wywiad dostarcza znacznie lepsze informacje niż nasz”.

Galeria:
Największe miasta II RP
Galeria:
Wojna z Niemcami w polskiej prasie

Rzeczywiście, działalność wywiadu niemieckiego była „niesatysfakcjonująca”?

Niestety, Niemcy również byli mocni na naszym terenie. Choćby taki przykład: gen. Stefan Wiktor Pasławski, główny inspektor Straży Celnej, podpisuje w dniu 7 stycznia 1928 r. trzy dokumenty stanowiące instrukcję pracy operacyjnej wywiadu. A już 5 maja 1928 r. ich wierną kopię przesyła do Berlina pracownik niemieckiego Konsulatu Generalnego w Gdańsku. Wypada dodać, że te polskie dokumenty miały gryfy: „Ściśle tajne! Trzymać pod kluczem!”. Takich przykładów było wiele.

Chyba jedną z największych porażek naszych służb była sowiecka operacja „Trust”.

Tak, bolszewicy w latach 20. stworzyli fikcyjną organizację kontrrewolucyjną, aby wciągnąć w pułapkę rosyjskich białych emigrantów i wprowadzić w błąd zachodnie służby wywiadowcze. Chcieli również wprowadzić swoich agentów w ich struktury. „Trust” to była koronkowa operacja, majstersztyk. Nasz wywiad niestety na to się nabrał. Sowieckie służby czerpały pełnymi garściami z doświadczeń ochrany. A to, jak wiadomo, była niezwykle profesjonalna służba.


W książce pisze pan bardzo ostro, że w II Oddziale szerzyła się zdrada.

Niestety, tak było. I nie ma powodu, żeby to dzisiaj zamiatać pod dywan. To bolesna sprawa, ale musimy wreszcie zacząć o niej mówić.

Dlaczego oficerowie Wojska Polskiego przechodzili na stronę wroga?

Pieniądze. To był główny motyw. Ideowych komunistów, ludzi, którzy nagle nawrócili się na czerwoną wiarę, było wśród „dwójkarzy” niewielu. Zdarzały się też przypadki werbunku na podstawie posiadanych przez sowieckie służby kompromitujących materiałów. Czasami przypadki infiltracji są wręcz zdumiewające. Choćby sprawa Piotra Demkowskiego, o której tak pisał w swoich pamiętnikach gen. Kordian Zamorski: „Jak Moskal, który przyszedłszy do 4. Dywizji gen. Żeligowskiego na Kubaniu, słowa po polsku nie umiał, mógł ukończyć szkołę Sztabu Generalnego, uzyskać stopień dyplomowanego majora i być przydzielonym do Sztabu Głównego?”. Rzeczywiście, Demkowski mimo kłopotów z mówieniem po polsku zrobił zawrotną karierę.

Jak to było możliwe?

Ktoś go musiał pchać do góry, musiał mieć potężną protekcję. Jego akurat udało się zdemaskować. Złapany został w trakcie przekazywania materiałów zastępcy sowieckiego attaché w Warszawie mjr. Azyliemu Bogowojowi. Za szpiegostwo na rzecz Sowietów został rozstrzelany. Takich sukcesów na kierunku wschodnim nasz kontrwywiad miał jednak niewiele. Nawiasem mówiąc, Demkowski dał się zapamiętać oficerom defensywy, którzy prowadzili jego obserwację, jako człowiek oddający się „niewybrednej rozkoszy z ostatniego kalibru szurgotami na ławkach publicznych skwerów”.

Przejdźmy na kierunek zachodni. Tutaj także Oddział II, według pana, się nie popisał. Co było tego przyczyną?

Odwieczna polska przywara, o której mówił już marszałek Piłsudski. Gadatliwość. A więc rzecz w świecie tajnych służb niedopuszczalna. Oficerowie „Dwójki” mieli zwyczaj opowiadania sobie o prowadzonych przez siebie sprawach. Niekiedy z najdrobniejszymi szczegółami. Znamy przypadki, gdy głośno, na przykład w knajpach, opowiadali sobie, gdzie który zostanie przeniesiony, jakie są jego zadania. Opowiadali nawet o agentach, wymieniając ich prawdziwe nazwiska! Oczywiście wiele z tego docierało do uszu wroga. Konsekwencje dla agentów były dramatyczne. Właśnie dezynwoltura, z jaką traktowano bezpieczeństwo agentów, musi dziś zdumiewać. Do tego dochodziły rozmaite nadużycia.

Na przykład?

W swojej kolejnej książce przedstawię sprawę oficera policji niemieckiej na Górnym Śląsku o nazwisku Joseph Kopietz. Został on zwerbowany przez nasz wywiad i co miesiąc dostarczał kody tajnej łączności policyjnej. Do współpracy pozyskano go, obiecując mu olbrzymie pieniądze. Facet lubił bowiem dobrze się zabawić, zjeść i wypić. Innymi słowy, miał spore wydatki, na które nie wystarczała mu oficjalna pensja. Najpierw nasz wywiad mu płacił, ale potem nagle przestał. Gdy agent zaczął protestować, „Dwójka” zastosowała metodę szantażu. Grożono mu, że jeżeli wstrzyma współpracę, niemieckie władze dowiedzą się o tym, że zdradził. Trudno oczekiwać, żeby prowadzony w ten sposób agent na dłuższą metę był użyteczny.

Jak skończyła się ta historia?

Polski oficer, który zajmował się sprawą tego agenta, paplał o niej na lewo i prawo swoim kolegom. Pech chciał, że jeden z nich współpracował z Abwehrą. Natychmiast złożył stosowny raport. Sprawa miała dość dramatyczny finał. Kopietz wykorzystywał do przenoszenia przesyłek z kodami swoją żonę, która ze względów rodzinnych często przekraczała granicę polsko-niemiecką. Pewnego dnia została zatrzymana na granicy. Poddano ją drobiazgowej rewizji. Kody znaleziono przylepione do wewnętrznej części kołnierza.

Smutne to.

Niestety jednak prawdziwe. Inny przykład: sprawa polskiego agenta w Tczewie, a potem Szczecinie, Friedricha Wilhelma Bittera. Opisałem ją w swojej książce „Dama z pieskiem”. Był to człowiek, który prowadził kontrolę paszportową pasażerów pociągów tranzytowych operujących między Rzeszą a Wolnym Miastem Gdańskiem. A więc niezwykle cenny agent. Miał między innymi dostęp do kartotek osób poszukiwanych przez policję niemiecką w związku z podejrzeniami o prowadzenie działalności wywiadowczej. Otóż oficer „Dwójki”, Feliks Mrozowski, co trzy miesiące podkradał mu uzgodnione comiesięczne wynagrodzenie.


Jako to?!

Wysyłał agentowi krótki list informujący o tym, że w środku są pieniądze, a po otwarciu koperty przez Bittera okazywało się, że poza listem niczego w środku nie ma. Bitter próbował interweniować, ale w odpowiedzi zderzał się z gwałtowną reakcją: jak on śmie oskarżać polskiego oficera o takie rzeczy! Był bezradny i rozgoryczony. Coraz więcej pił. W głupi sposób się zdekonspirował. Całkowicie pijany próbował na własną rękę, w knajpie, zwerbować do pracy dla Polaków kolegę, oficera policji w Szczecinie Wilhelma Schrödera. Dostał od niego najpierw dwa razy po pysku, a następnego dnia się dowiedział, że Schröder zameldował o tym wydarzeniu szefowi Prezydium Policji w Szczecinie. Kolejny dramat i kolejny zmarnowany agent.

A jak pan ocenia dobór agentury „Dwójki”?

Polski wywiad zbyt często werbował jakichś murarzy, stolarzy, włóczęgów, pijaków, panienki podrzędnej kategorii. Cóż oni mogli przynieść za informacje? Całkowity bezsens. Tych ludzi do współpracy z naszymi służbami pchała przede wszystkim skrajna bieda. Zgodziliby się na wszystko, byle dostać zaliczkę. Dochodziło więc do sytuacji kuriozalnych. Na przykład raz pożyczono parze włóczęgów aparat fotograficzny i kazano zrobić zdjęcia koszar. Obiecano im 200 marek. Tymczasem ledwo ruszyli w drogę, jeden z nich zaczął się zastanawiać, czy nie lepiej po prostu sprzedać ten sprzęt i nigdy nie wracać do Polski. Byli takimi „specjalistami”, że wpadli w trakcie robienia pierwszych zdjęć bunkrów.

Rzeczywiście nie wygląda to na profesjonalną akcję.

Zadania, które stawiano agentom, były niekiedy śmieszne. Przeczytałem tysiące dokumentów tajnych służb z tego okresu i prawie nie spotkałem sprawy, w której nie kazano by agentom działającym w III Rzeszy… szukać nowych modeli masek przeciwgazowych. Gdyby ci wszyscy „bohaterowie” cichego frontu rzeczywiście dostarczyli te maski, to chyba trzeba byłoby zrezygnować z ich produkcji na terenie Polski.

Był jednak przykład diametralnie różny: rotmistrz, a potem mjr Jerzy Sosnowski.

Tak, to był najlepszy oficer w historii polskiego wywiadu. Prawdziwy as. Ten człowiek działał profesjonalnie, z poświęceniem i co najważniejsze – niezwykle skutecznie. Podszywając się pod polskiego arystokratę, zrobił furorę w wyższych sferach Berlina i zwerbował do współpracy wiele ważnych osób. Głównie kobiety. Dzięki nim pozyskał bezcenne informacje o znaczeniu strategicznym.

Mamy więc być z czego dumni.

Tak, z Sosnowskiego możemy być bardzo dumni. Z jego dalszych losów już nie. Na skutek zdrady mjr Sosnowski w 1934 r. wpadł i został skazany przez Niemców na dożywocie. Udało się go wymienić na niemieckich agentów schwytanych w Polsce, ale po powrocie do Warszawy wcale nie okrzyknięto go bohaterem. Został wpakowany do aresztu. Uznano go za zdrajcę, który przeszedł na stronę Niemców. Była to zwykła zawiść i głęboka niechęć do niego, a przede wszystkim do jego sukcesów. Wyrządzono temu człowiekowi, wspaniałemu oficerowi i wielkiemu patriocie, olbrzymią krzywdę. We wrześniu 1939 r. dostał się w ręce sowieckie. Zmarł śmiercią męczeńską na nieludzkiej ziemi. Ponurą rolę w całej tej sprawie odegrał wspomniany już kapitan Niezbrzycki.

Czy to była największa kompromitacja naszego wywiadu?

Bez wątpienia. Można ją tylko porównać do sprawy losu dokumentów II Oddziału. Otóż w 1939 r. dokumentację naszych służb pozostawiono na łasce losu w warszawskim Forcie Legionów. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby te newralgiczne papiery albo wywieźć, albo spalić. A przecież jest to podstawowa rzecz, jaką należy zrobić w takiej sytuacji. ABC tajnych służb. Panowie oficerowie najwyraźniej tak się spieszyli, żeby wywieź swoje prywatne walizki do Rumunii, że zapomnieli o takiej „błahostce”. Krótko potem Niemcy chodzili od półki do półki i systematycznie pakowali ich zawartość. Zbiór ten zabrali do Gdańska-Oliwy, gdzie rozpoczęło się tłumaczenie. Było tam bowiem największe skupisko osób władających językiem niemieckim i polskim. Efektem była gigantyczna tragedia naszej agentury na terenie Rzeszy. Zostali aresztowani, bardzo wielu z nich usłyszało wyroki śmierci. Inni nie przeżyli pobytu w więzieniach. Polska, a raczej jej funkcjonariusze, ich zawiedli.


Ocenia pan bardzo krytycznie polski wywiad działający na kierunku zachodnim. Tymczasem mówi się, że w przededniu wojny udało mu się rozpracować siłę i miejsce stacjonowania większości dywizji niemieckich.

To przecież nie jest jednak aż taka sztuka ustalić, w jakich lasach kryje się jaka dywizja. Cóż z takiej wiedzy? Prawdziwym zadaniem wywiadu jest rozpracowanie planów przeciwnika. Czyli tego, co on ze swoją armią zamierza zrobić. Takie plany dostarczał przez pewien czas Sosnowski, ale go zniszczono. Potem informacji o charakterze strategicznym „Dwójce” nie udało się już zdobyć. Do końca w polskich sferach przywódczych panowała całkowita dezorientacja i niepewność co do zamierzeń Hitlera. Przecież Józef Beck – główny rozgrywający naszej polityki – do końca wierzył, że Niemcy się cofną, że tylko blefują…

Efekty znamy.

Błędy, które popełniło nasze kierownictwo w roku 1939, były poważne. Zadanie polityków polega bowiem na tym, żeby dokonywać na bieżąco uczciwej oceny własnych możliwości w zestawieniu z możliwościami potencjalnych przeciwników. I szukać takich sojuszy, które są korzystne dla narodu, a nie budować zamki z piasku i prowadzić propagandę sukcesu. Należało dokonać oceny mniejszego zła i wybrać realnego sojusznika. Znając antywojenne nastawienie Francji czy Anglii, wybór stał się brutalnie ograniczony. Albo Niemcy, albo Sowiety. Udawanie, że uda nam się pokonać obu naszych sąsiadów w oparciu o iluzoryczne sojusze, było nieodpowiedzialne.

Czytaj także:
Władysław Studnicki przewidział II wojnę światową i klęskę Polski

Niestety, zabrakło trzeźwej oceny sytuacji.

Prawdziwym nieszczęściem Polski był przedwczesny zgon marszałka Piłsudskiego w roku 1935. Cztery lata później zabrakło jego autorytetu i jego charyzmy. On nie wpakowałby nas tak lekkomyślnie w wojnę, którą musieliśmy przegrać. Wiedział bowiem doskonale, że Francuzi nie mają najmniejszej ochoty przelewać krwi za Polskę i liczenie na pomoc Zachodu jest iluzją. Zgubiło nas towarzystwo, które skupiło się wokół Piłsudskiego. Sam zresztą mówił o tym z trwogą: „Ja odejdę, a co po mnie?”. Przecież on do Becka zwracał się zawsze: „Słuchaj, dziecko”. Tak go też traktował, wszystko mu tłumaczył jak gimnazjaliście. Niestety Beck, chociaż był inteligentny, niewiele z tych lekcji pojął.

Jaki sojusz byłby dla Polski optymalny w roku 1939? Niemcy czy Sowiety?

Gdyby żył marszałek Piłsudski, poradziłby sobie z tym wyborem. Uważam, że szukałby możliwości ułożenia się z Niemcami. On cieszył się niebywałym podziwem Hitlera. Był w końcu jedynym przywódcą, który pokonał bolszewików. Marszałek Piłsudski miał także wielki kredyt zaufania u swoich rodaków. Jestem przekonany, że naród stanąłby za jego wyborem. Jakikolwiek by ten wybór był.

Największe błędy Beck popełnił chyba w ocenie naszego wschodniego sąsiada.

Tak, całą swoją grę oparł na trzech absurdalnych przesłankach: Sowieci są przychylni Polsce i bardzo wrogo usposobieni wobec Niemiec. Nie ma mowy o współpracy Związku Sowieckiego z Niemcami, gdyż różnice ustrojowe są zbyt wielkie. Biorąc pod uwagę powyższe, atak Stalina na Polskę jest wykluczony.

Trudno uwierzyć, że los polityki zagranicznej naszego państwa znajdował się w takich rękach…

Tak, to jest na swój sposób przerażające. Niestety w podobnym przekonaniu utwierdzał Becka nasz wywiad. Nie zapominajmy o tym, że Sosnowski dostarczył pełną dokumentację na temat niemiecko-sowieckiej współpracy. Materiały te pokazywały, że niezależnie od panujących w obu krajach ideologii porozumienie między nimi jest zawsze możliwe. Przecież nie takie zwroty miały już miejsce w historii! Tymczasem „dwójkarze” w centrali w Warszawie z uporem pisali w swoich analizach, że to jest niemożliwe. Dla oficera wywiadu pisanie o jakimś scenariuszu, że jest niemożliwy, to kompromitacja. Możliwe jest bowiem wszystko.

Hitler ze Stalinem znakomicie to pokazali.

Można to było jednak przewidzieć. W polityce nie ma bowiem żadnych stałych sojuszy, polityka to sztuka lawirowania, w której celem jest bezwzględna walka o własny interes narodowy. Polacy miewają problemy ze zrozumieniem tego, kierują się bowiem emocjami. Zresztą Beck otrzymywał ostrzeżenia przed możliwością porozumienia niemiecko-sowieckiego od attaché wojskowego w Berlinie Antoniego Szymańskiego, którego informował o tym najbliższy współpracownik Göringa, gen. Bodenschatz. Całkowicie je jednak zignorował. Ostrzeżenia takie uznał za bluff Hitlera…

Zajmowanie się tym okresem historii to dla Polaka niezwykle przykre zajęcie.

I tak, i nie. Jest to bowiem okres fascynujący, ale zgadzam się, że niekiedy można wpaść w depresję. Nasi przywódcy działali lekkomyślnie, jakby nie zdawali sobie sprawy, że grają losem narodu i państwa. A najbardziej upokarzające jest dla mnie to, co zrobili po 17 września. Gdy tylko dowiedzieli się o wkroczeniu bolszewików, natychmiast tłumnie skierowali się do granicy z Rumunią i uciekli z kraju. Szczególnie haniebnie zachował się Rydz-Śmigły, który porzucił swoje wojsko walczące na polach bitew. W swojej książce opisuję scenę, gdy na granicznym moście drogę marszałkowi zastąpił płk Ludwik Bociański. Próbował go powstrzymać przed ucieczką. Argumentował, że hetman nie może porzucić swoich wojsk. Gdy Rydz-Śmigły go nie posłuchał, wyciągnął pistolet i strzelił do siebie. Nie mógł znieść tej hańby. Dla mnie to on jest prawdziwym polskim bohaterem.

Historia już się dokonała. Nie możemy cofnąć czasu. Po co więc o tym wszystkim mówić?

Jeżeli nie zdamy sobie sprawy z własnych błędów, to nie będziemy mieli okazji wyciągnięcia z nich wniosków na przyszłość. Wniosków dotyczących strategicznych wyborów i bezpieczeństwa naszego kraju. Kiedy wchodzi w rachubę interes narodowy, warto się obracać w sferze realiów, a nie w sferze pobożnych życzeń.


Generał Marian Zacharski jest słynnym asem wywiadu PRL. Po 1989 r. pracował w służbach III RP. Gdy dotarł do informacji wskazujących, że Józef Oleksy miał być rosyjskim agentem, zmuszono go do wyjazdu z Polski. Mieszka obecnie w Szwajcarii, zajmuje się badaniem archiwów służb specjalnych III Rzeszy. Wydał książki „Nazywam się Zacharski. Marian Zacharski”, „Rosyjska ruletka”, „Rotmistrz”, „Dama z pieskiem” i „Operacja »Reichswehra«” (Zysk i S-ka). Powyższy wywiad otwiera okres współpracy Mariana Zacharskiego z „Historią Do Rzeczy”. Od kolejnego numeru artykuły generała przedstawiające kulisy działania tajnych służb będą cyklicznie ukazywały się na naszych łamach.


Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2014
Artykuł został opublikowany w 2/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 0

Czytaj także