Mit Hłaski. Boleśnie piękne urojenia pisarza

Mit Hłaski. Boleśnie piękne urojenia pisarza

Marek Hłasko w 1957 r.
Marek Hłasko w 1957 r. / Źródło: PAP
Dodano 6
Autorom mniej i bardziej sensownych tekstów o Marku Hłasce nieraz mylił się prawdziwy życiorys z tym, co napisał on w swoim „łże-pamiętniku”. Władysław Tubielewicz, kompan Hłaski z jego okresu izraelskiego, twierdzi, że „Marek kosił baby jak ułan”.

Jego legenda przyćmiła to, co stworzył, a przecież debiutancka książka Marka Hłaski „Pierwszy krok w chmurach” uznana została – w istocie jednogłośnie – za kamień milowy w rodzimej literaturze otrząsającej się z socrealistycznej zapaści. Nikt jednak wówczas nie zauważył, że sam autor w swoim pisarstwie tym samym socrealizmem się żywił.

Jeśli zaś chodzi o wartość opowiadań, które złożyły się na ów debiut nad debiuty, to po latach człowiek bez złudzeń raczej, a mianowicie Jerzy Pilch, podsumował je miażdżąco: „Jest to, być może, jeden z najbardziej zdumiewających epizodów literatury powojennej […]. Czternaście lichych opowiadań utrafiło bowiem w czas, który z debiutanta uczynił klasyka. […] Przypisanie Hłasce waloru arcydzielności jest kłopotliwym spadkiem po epoce, którą rzekomo pisarz ten przekreślał, a w której tkwił po uszy”.

W czasach stawiających na piedestały literaturę proletariacką nikt inny nie mógł uprawiać jej tak wzorowo jak, oczywiście, proletariusze. Taki też robociarski życiorys zbudował sobie urodzony 14 stycznia 1934 r. prozaik. Tadeusz Konwicki miał stuprocentową rację, pisząc o autorze „Drugiego zabicia psa”, że „udawał szoferaka ten potomek karmazynów, co zasiadali w pierwszych krzesłach dawnej Rzeczypospolitej”. Udawał zresztą zawsze kogoś innego. W ankiecie Związku Literatów Polskich napisał, że jego matka jest praczką, a ojciec był strażakiem. Skądinąd nie mijało się to do końca z prawdą, gdyż dziadek Marka był komendantem Straży Ogniowej miasta Warszawy, a ojciec Maciej – zmarły w 1939 r. radca ministerialny – kontynuował rodzinne zainteresowania pożarnictwem, publikując broszurę „Gore! Jak bronić się przed pożarem”.

Henryk Dasko pisał: „Pytania o nie w pełni zrozumiałą nieśmiertelność Hłaski dawno wykroczyły już poza sferę literatury i dotyczą raczej mechanizmów zbiorowej pamięci. Oficjalna obecność Marka Hłaski w Polsce trwała zaledwie cztery lata – debiutował w 1954 r., a w lutym 1958 wsiadł do paryskiego samolotu, wyruszając w podróż, z której już nie wrócił”. Szeptem się mówiło: „Wybrał wolność”. On sam w „Pięknych dwudziestoletnich” tak opowiadał o tym swoim wyborze:

[…] wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów, miałem dwadzieścia cztery lata, byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy. I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę.

Ci wszyscy, którzy chcieli pogrzebać go za życia, się pomylili. Dane było mu życie niedługie (zmarł 14 czerwca 1969 r. w RFN, w Wiesbaden), ale pisarsko owocne, choć niespełnione. W istocie bowiem żadna z jego powstałych we Francji, w Niemczech, Izraelu i Stanach Zjednoczonych książek nie spełniła oczekiwań – przyznajmy, nadmiernie rozbudzonych. Z dzisiejszego punktu widzenia za najciekawszą z nich uznać należy wydanych w 1966 r. u Jerzego Giedroycia „Pięknych dwudziestoletnich”, wspomnienia niekoniecznie zgodne z faktami, za to pełne czegoś, co sam pisarz nazywał prawdziwym zmyśleniem.

Książka ta, przez cały czas PRL zakazana, zwracała uwagę swoją jasno, bez ogródek stawianą diagnozą polityczną, co było o tyle zaskakujące, że wcześniej Hłasko unikał opowiedzenia się wprost „za” komunizmem lub „przeciw” niemu. Tutaj już napisał tak wyraźnie, że dobitniej nie można: „I cóż można powiedzieć więcej o Polsce poza tym, iż przestała istnieć w dniu, w którym speaker Radia Moskiewskiego powiedział: DZISIAJ, SIEDEMNASTEGO STYCZNIA TYSIĄC DZIEWIĘĆSET CZTERDZIESTEGO PIĄTEGO ROKU NASZE PEŁNE CHWAŁY WOJSKA OSWOBODZIŁY MIASTO WARSZAWĘ. WIECZNA SŁAWA BOHATEROM ARMII CZERWONEJ POLEGŁYM W DZIELE OSWOBODZENIA OJCZYZNY. ŚMIERĆ NIEMIECKIM NAJEŹDŹCOM. STALIN”.

Wobec kobiet był konsekwentny

A poza tym pisał w gruncie rzeczy o jednym – o miłości, nieszczęśliwej, fatalnej, skazanej na klęskę. Ze szczególnym upodobaniem – o nikczemności kobiet. W „Najświętszych słowach naszego życia” (1955) chłopak, ubierając się po nocy spędzonej z dziewczyną „[...] nie śmiał przy tym dotknąć własnego ciała. Czuł ją ciągle przy sobie; aż po czubki włosów wypełniony był owym dziwnym, cięższym od ołowiu, boleśniejszym od męki umieraniem, słodszym od najpiękniejszych wierszy uczuciem, jakie daje noc z kimś, na kogo czekało się przez tysiąc chwil, kogo pragnęło się przez wiele bezsennych nocy, kogo widziało się w każdej na ulicy spotkanej twarzy, kogo oczekiwało się przy każdym pukaniu do własnych drzwi; przez kogo nienawidziło się nieba, ziemi i ludzi; i przez kogo kochało się wszystko”. Niestety, zaraz dowiaduje się od kolegi z pracy, że jego ukochana Baśka to „starsza kurwa jak my złodzieje”. I tyle pozostaje z wielkiego uczucia.

Barbara Stanisławczyk w swoich „Miłosnych grach Marka Hłaski” opowiedziała, po kolei, o kobietach w życiu pisarza. Było ich niemało, a przynajmniej połowa z nich to postaci nietuzinkowe, wybitne – sławna aktorka czy autorka tekstów największych przebojów polskiej muzyki rozrywkowej, tytułowa bohaterka Hłaskowego „Opowiem wam o Esther”.

Zdaniem Zygmunta Hertza Hłasko „nie miał wielkiej skłonności do kobiet, stąd jego powodzenie, przez obojętność. [...] Właściwie nienawidził kobiet: matkę, Sonię, inne, które znam, traktował en canaille. I tak poszło”.


Władysław Tubielewicz, kompan Hłaski z jego okresu izraelskiego, twierdzi, że „Marek kosił baby jak ułan. Byle tylko nie był brutalny, później i to mu wybaczały”. Następnie wylicza: Esther, Luise, Kasia, Awiwa, „nie licząc spraw drobnych”. Luise Schaffer przedstawił się jako polski partyzant, oszukiwał Sonię Ziemann (swoją niemiecką żonę) na zmianę z Esther Steinbach. Jednak jakąś swoją prywatną wojnę przecież toczył. Powiadał: „Dla wszystkich, kurrrwa, okupacja niemiecka się skończyła, a dla mnie nie”.

Stanisław Mroczkowski złożył kiedyś wizytę w Berlinie, w domu, w którym Hłasko mieszkał razem z rodziną Soni: „Sonia się ucieszyła. Usiedli do kolacji, którą podała służba. Potem przeszli do gabinetu na kawę. Po kilku kieliszkach brandy ojciec i brat Soni rozpoczęli odgrywać kampanię wojenną na ziemiach polskich. Brat był majorem, ojciec zaś pułkownikiem: »Herr Major, bitte bringen Sie Landkarte...«. I tak dalej. Markowi wykrzywiła się twarz z wściekłości, rzucił się na nich z pięściami. Sonia w płacz. Następnego dnia rano Mroczkowski chciał odjechać, by uniknąć niezręcznej sytuacji, ale Sonia go zatrzymała. Marek wstał o jedenastej i też mówi: »Nie jedź, chodźmy na piwko«. O siódmej wieczorem znowu wspólna kolacja; ojciec ma zabandażowaną głowę, brat Soni podbite oko, Marek podrapany. Wszyscy się godzą, całują; ojciec z Maruniem, Marunio z bratem. Po kilku kieliszkach następuje powtórka z poprzedniego wieczoru: »Herr Major...«. Marek za żyrandol i buja”....

W stosunku do kobiet był konsekwentny, wszystkie uważał za kurwy. Kiedy Wanda, jego pierwsza „nieodwracalna” miłość, chciała się z nim skontaktować, podpowiadał matce: „Jak będzie chciała rad, to niech Mama jej napisze, żeby poszła pod latarnię”. O rzekomo najukochańszej matce wielokrotnie powtarzał, że „ta kobieta” wcale nie jest jego matką – „ona go tylko urodziła”.

Barbara Stanisławczyk zdążyła jeszcze dotrzeć do niemal wszystkich osób, z którymi powinna i chciała rozmawiać. Do kobiet, ale i do mężczyzn, bo tak się złożyło w życiu twórcy „Pętli”, że – jak pisała autorka „Miłosnych gier”... – „uwielbiały go kobiety i kochali mężczyźni, ale on nie chciał kochać mężczyzn, a kobiet nie potrafił”. Nic dziwnego, że jeden z rozdziałów swej książki Barbara Stanisławczyk zatytułowała „Męskie zaloty” i opowiedziała o uczuciach, jakimi darzyli młodego pisarza Jerzy Andrzejewski i Jarosław Iwaszkiewicz, Wilhelm Mach, Stefan Łoś, Henryk Bereza. Autorka pisała:

Sekretarzem redakcji »Nowej Kultury« był Wilhelm Mach. Redaktorem naczelnym »Przeglądu Kulturalnego« Jerzy Andrzejewski. »Nowiny Literackie« w latach czterdziestych założył Jarosław Iwaszkiewicz, o którym Leopold Tyrmand napisał w »Dzienniku 1954«: »globtroter, pederasta, dyplomata, smakosz, poeta i pionek«.W późniejszym okresie, po »Nowinach«, Iwaszkiewicz wywalczył sobie możność wydawania »Twórczości«. Kierownikiem najważniejszego działu – prozy – był Julian Stryjkowski, który nie robił tajemnicy z faktu, że jest homoseksualistą. Następcą Stryjkowskiego został Henryk Bereza, który przyznał się do swoich »komplikacji uczuciowych«.

Nie było to wesołe

W „Pięknych dwudziestoletnich” z właściwym sobie, nieco szubienicznym poczuciem humoru Marek Hłasko opowiadał, jak to w pałacu Mostowskich zrobiono z niego policyjnego konfidenta. Następnie nachodziły go „łapsy”, namawiając do sporządzania donosów i nie przyjmując do wiadomości oświadczeń początkującego pisarza, że „wszystko, co mogę zrobić, jest napisanie donosu na samego siebie”. W końcu wyczerpany nękaniem przez ubecję opowiedział o wszystkim znajomemu, pracującemu ponoć kiedyś w Informacji Wojskowej. „Uśmiał się serdecznie i obiecał pomóc. Powiedział przy tym: – Nic się nie przejmuj, synu. Powiadają, że młody Adaś Mickiewicz też zajmował się donosami. Daniel Defoe był agentem policji. Tak samo mówią o Kraszewskim; tak samo o Brzozowskim. Idź dalej śmiało tą drogą. Ale jeśli nie chcesz, pomogę ci”.

Jak pisał Hłasko, smutnych panów z Urzędu Bezpieczeństwa już nigdy nie zobaczył. Jednak pozostała specyficzna za nimi tęsknota: „[...] oni przecież dali mi podnietę twórczą i czasami pisząc donosy, ponosiła mnie fantazja, a wtedy cytowałem wymyślone przeze mnie wypowiedzi i wkładałem je w usta swoich ofiar, dbając jednak przy tym, aby każda z postaci mówiła odrębnym stylem i używała odrębnych sformułowań”. Żarty – ktoś powie. No pewnie, ale wnioski, jakie wysnuwa Hłasko ze swej przygody z „łapsami”, są zastanawiające: „Gdyby mój dorobek pisarski – rozważał, nie do końca poważnie – upoważniał mnie do dawania rad młodym, powiedziałbym im: każdy z was powinien przez jakiś czas popracować dla tajnej policji, aby wyrobić sobie styl i jasność myślenia. Książki trzeba pisać tak jak donosy, pamiętając przy tym, że głupio napisany donos może zniszczyć przede wszystkim ciebie”.

W dniu 25 lutego 1958 r. po, zapewne wnikliwych, obserwacjach Hłaski pomieszkującego w Maisons-Laffitte Giedroyc stawia diagnozę w liście do Jerzego Stempowskiego: „Wcale to nie jest alkoholik, po prostu biedny, nieszczęśliwy chłopiec”. W październiku tego samego roku redaktor zmuszony jest jednak dodać: „Patrzę na jego przyszłość z pewnym niepokojem, gdyż to przeszło pół roku, jakie jest na Zachodzie, zostało kompletnie zmarnowane. Prowadzi tryb życia taki jak w Polsce, rzucając ogromne pieniądze i pijąc. Nic nie pisze, niczego się nie uczy. Nie jest to wesołe”.


Sonia Ziemann powinna mieć najwięcej do powiedzenia o nałogu swego, było nie było, męża. „On nie był alkoholikiem. Przecież nie pił stale” – zauważa przytomnie, a następnie relacjonuje zmagania Hłaski z nałogiem: „Walka z alkoholem to doprawdy piękne, a jednocześnie straszne chwile w jego życiu. Walczył i przegrywał. Ale przecież bohaterami są często właśnie ci, co przegrywają”. W konkretach miało to wyglądać tak: „Gdy antabus brał codziennie, wytrzymywał bez alkoholu wiele dni. Trzy tygodnie, czasami miesiąc. Nie pił, cierpiał, wytrzymywał. Na jego prośbę w domu nie było ani kropli alkoholu. Ale kiedy wieczorem przypadkiem znalazł gdzieś butelkę piwa papy lub roztrzęsiony wyszedł z domu i wypił szklankę piwa w najbliższej knajpie – to był koniec. Polen wieder offen – znowu szedł w Polskę”.

„Przed jednym z przedstawień Marek się upił i zrobił mi awanturę. Uderzył mnie w twarz. Bił mnie” – opowiada Sonia Ziemann, ale nie rozwodzi się nad swoimi upokorzeniami. „Ja kochałam także jego wady – deklaruje w innym miejscu – jego kłamstwa i złe humory. Jego wybuchy chamstwa i tatuaż rodem z przedmieścia, ranę po rupturze, bełkot i woń pijaka w łóżku”.

O alkoholowych urojeniach Hłaski pisał Tadeusz Konwicki w „Kalendarzu i klepsydrze”. Starsi dobrze znają tę książkę, fragmentami na pamięć, ale młodszym rocznikom warto przypomnieć taki oto miniesej: „Mieszkaliśmy wtedy w domu literatów w Oborach pod Warszawą – wspominał Tadeusz Konwicki. – Animował nas tam i czarował Mareczek Hłasko, w pełni sił, w sztosie natchnienia, w pierwszym kroku przez chmury. Jednego wieczoru zniknął i nikt nie wiedział, kiedy zniknął i na jak długo zniknął. Znikał zresztą dosyć często i powracał z jakąś niespodzianką. Nazajutrz zjawił się zapłakany, roztrzęsiony, złamany nieszczęściem. Umarła mu w nocy córeczka. Wszystkie panie, wszystkie nasze ówczesne literatki podniosły lament. Zrobił się ogromny ruch w Oborach. Zaczęła się okropna bieganina, trzaskanie drzwiami, spazmatyczne szepty. Ktoś leciał z walerianą, ktoś biegł z setką czystej, ktoś rozpoczął dyżur przy nieszczęśliwcu. […] Później ruszyłem obejrzeć Marka trochę skonfundowany intensywnością obrzędu. Siedział na ganku z opuszczoną głową, zamarły w geście rozpaczy i rezygnacji. Wokół niego psykały panie, nawołując się w ten sposób do stosownej ciszy. Marek podniósł głowę i spojrzał mi w oczy przez grube łzy. I już wiedział, że ja wiem, że on wie, że to nieprawda. I przez te wielkie, niebieskie łzy zobaczyłem w jego oczach żal do mnie, bolesną pretensję, że przez zwykłą małostkowość, przez drobnomieszczańską małoduszność nie stać mnie na podjęcie gry, na śmiałe i pełne ryzyka wstąpienie w zaczarowany krąg boleśnie pięknych urojeń, dramatycznie wzniosłych zwidów”.

Wrażliwy na osobliwe wonie rozsiewane przez Hłaskę okazał się m.in. Zygmunt Hertz, który – choć pospólnie z Zofią Hertz – miał do „chłopca” sentyment i przez pewien czas mu matkował, a poznawszy go lepiej, nie zdzierżył:

Hłasko – nieznośny pasażer robiący samemu sobie na złość, marnujący każdą okazję, jaka mu się nawija – tak go podsumował w liście do Czesława Miłosza. – Patrzę z przerażeniem na to marnotrawstwo, facet jest psychopata-mitoman, hipochondryk, czort wie nie co. Nie do życia. Najdziwniejsze jego powodzenie u kobiet. Tego nie rozumiem: brudas aż śmierdzi, neurastenik, pijak okazyjny, awanturnik też okazyjny. Myślę, że rozwija pawi ogon czarów przez krótki okres, nabierze na litość czy samotność. Co zresztą tutaj można wiedzieć.

Hertz lubił i cenił alkohol, trochę więc dziwi jego uwaga o „pijaku okazyjnym”. Jednak wkrótce nazwie Hłaskę najkrócej, jak to możliwe: „Bydlę wyjechało, nie zostawiło adresu, mniejsza o to”.

Kuzyn Hłaski, Marek Porębowicz, był zdania, że „jego picie było filmowe”. Matka pisarza, oczywiście, o alkoholizmie syna nie chciała słyszeć. Wszystkim zainteresowanym powtarzała: „Pił, ale nie był alkoholikiem”, „Alkoholikiem nie był, a jego »picie« było niejako warsztatowe i wiązało się z ceną, jaką płacił, wchodząc do różnych środowisk”, „Nie był pijakiem. Słowo to jest tak wulgarne, tak niepasujące do Marka. Kochał życie i żył pełnią”.

Istotnie, Hłasko nie był pijakiem. Był alkoholikiem, ale to akurat uchodziło w tamtych latach, w oczach matki, żony i innych członków rodziny pisarza, za coś niesłychanie wstydliwego. Jeszcze gorsze mogłoby być tylko samobójstwo, stąd też od początku zaprzeczano uparcie pojawiającej się wersji o tym, że śmierć autora „Pięknych dwudziestoletnich” w Wiesbaden nie była tylko dziełem nieszczęśliwego przypadku. Swoją drogą, jeśli Zofia Komedowa mówiła prawdę i Hłasko rzeczywiście dopiero w Wiesbaden dowiedział się o śmierci Krzysztofa Komedy, za którego wypadek czuł się odpowiedzialny, może te dwa przedwczesne zgony, rzeczywiście – jak utrzymywała Komedowa – są ze sobą powiązane.

W czerwcu 1969 r. niemiecki „Der Spiegel” podając tragiczną wiadomość o śmierci autora „Pierwszego kroku w chmurach”, napisał: „Marek Hłasko, 35. Żył, pił i pisał. Ten polski pisarz żył w Warszawie, Berlinie, Londynie, w Hollywood, Tel Awiwie; pracował w kibucu, protestował i rozrabiał [...] »Pisanie – powiadał – jest tak samo wspaniałe jak chlanie«. Kierował się tą maksymą”.

Od granicy będziemy nieść trumnę

Dopiero w 1975 r. zwłoki pisarza sprowadzono do ojczyzny. Nagrobek wystawiła matka, miejsce na Powązkach pomógł jej załatwić Jan Himilsbach, mający liczne znajomości w środowisku „cmentarno-kamieniarskim”. Są świadkowie tego, jak kiedyś powiedział: „Trzeba sprowadzić Marka do kraju. Gdzie on tam, w tych Niemczech, będzie leżał? Tam nawet nie ma kumpli. Do granicy przyjedzie pociągiem, a od granicy będziemy nieść trumnę. A za trumną będą szły te wszystkie kurwy”.

Cztery lata trwały zabiegi matki pisarza o sprowadzenie prochów syna do kraju. W dniu 18 listopada 1975 r. trumnę z ciałem Marka Hłaski złożono do grobu na Cmentarzu Powązkowskim. Mogiłę pisarza pokryła potem tablica z napisem: „Żył krótko, a wszyscy byli odwróceni”.

Autorom mniej i bardziej sensownych tekstów o autorze „Pierwszego kroku w chmurach” nieraz mylił się prawdziwy życiorys Hłaski z tym, co napisał on w swoim „łże-pamiętniku”, w „Pięknych dwudziestoletnich”. W kilku artykułach na początku lat 80. zeszłego wieku pojawiły się krótkie fragmenty wręcz żywcem przepisane z tej książki. Pamięć o Hłasce zacierała się, mit olbrzymiał. Próbowano zmierzyć się z tą legendą, ale nie udało się to ani Bogdanowi Rudnickiemu, autorowi wydanej przez PIW monografii „Marek Hłasko”, ani Markowi Nowakowskiemu w opowiadaniu „Nocny gość”, ani Feliksowi Falkowi, reżyserowi filmu „Idol”. Szczęśliwie funkcjonują w czytelniczym obiegu dzieła Hłaski, przypominające twórczość pisarza, zachodzi bowiem obawa, że w zgiełku wokół jego osoby proza ta pójdzie w kompletne zapomnienie. Inna sprawa, że lektura może przynieść rozczarowanie.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 8/2013
Artykuł został opublikowany w 8/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 6
  • Oczywistaoczywistosc IP
    W "Kulturze" Zofia Hertz opowiadala, ze Hlasko raz zszedl z gory, siadl przed nia i przeczytal jej z kajetu 60 stron nowej powiesci. Potem okazalo sie, ze zeszyt byl pusty, a pisarz mowil z pamieci. Bylozby to prawdziwe zmyslenie o technice pisarskiej Marka Hlaski?
    Dodaj odpowiedź 3 1
      Odpowiedzi: 0
    • Rodak IP
      Wszystkie utwory Hłaski przeczytałem dość dawno temu, lepiej się czytało niż prozę Pilcha, który to nazwał opowiadania Hłaski lichymi, polecam mu obejrzeć Bazę ludzi umarłych wg Hłaski , żaden film oparty na prozie Pilcha nie dorównuje temu filmowi Petelskich, którzy notabene później zaczęli kręcić socrealistyczne knoty
      Dodaj odpowiedź 17 2
        Odpowiedzi: 0
      • matzek@op.pl IP
        Nawet gdyby pominąć kwestie oceny rzekomego talentu obydwu panów, to nie można pominąć wrażenia, że statystycznie, to Hłasko okazał się konsekwentnie prawdziwy a Pilch ugrzązł gdzieś z z utrwalonym uśmiechem między pośladkami mocodawców.
        Dodaj odpowiedź 33 2
          Odpowiedzi: 1
        • Politolog188 IP
          UE = lewactwo a lewactwo = pedaIstwo!
          Dodaj odpowiedź 23 9
            Odpowiedzi: 1

          Czytaj także