Stanisław Żółkiewski, hetman prawdziwie wielki

Stanisław Żółkiewski, hetman prawdziwie wielki

"Śmierć Stanisława Żółkiewskiego", obraz Walerego Eljasza-Radzikowskiego / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 2
Pod Kłuszynem Stanisław Żółkiewski zwyciężył po mistrzowsku mimo podeszłego wieku i pięciogodzinnego starcia z kilkakrotnie liczniejszym przeciwnikiem.

Trudno powiedzieć, co w legendzie Stanisława Żółkiewskiego miało większe znaczenie. Zwycięstwo pod Kłuszynem czy też śmierć podczas odwrotu spod Cecory? Tak czy inaczej dzień 4 lipca 1610 r. i noc z 6 na 7 października 1620 r. przysłoniły resztę życia i niebanalną osobowość hetmana.

U boku Jana Zamoyskiego

Jego ród wywodził się z Żółkwi (dziś w powiecie krasnostawskim), ale Stanisław Żółkiewski urodził się w 1547 r. w Turynce, na ziemi lwowskiej, niedaleko przyszłego, założonego przez siebie miasta Żółkiew.

Mentorem i promotorem wojskowej kariery Stanisława Żółkiewskiego był krewny, hetman i kanclerz Jan Zamoyski. Wraz z nim wziął udział w wyprawie Stefana Batorego na Gdańsk i na Inflanty. Podczas oblężenia Pskowa pokazał Żółkiewski szlachetny rys charakteru, a jednocześnie o mało co nie zginął. Obleganemu Iwanowi Szujskiemu zakomunikował bowiem, że nie będzie czynił przeszkód, jeśli chce zabrać z przedpola zwłoki zabitych. Gdy podjechał pod mury miasta, dostał się wraz z towarzyszami pod grad kul.

Dwa lata później aresztował na polecenie Jana Zamoyskiego banitę Samuela Zborowskiego, który został następnie stracony. Stronnictwo Zborowskich nienawidziło za to Żółkiewskiego. Pewnego razu, gdy opuszczał zamek krakowski, o mało nie został trafiony czekanem.

„– A na mnież to? – miał spytać zdziwiony chyba bardziej niż przestraszony Żółkiewski. – Na ciebie z kurwy synu” – padła odpowiedź.

Jerzy Besala, biograf hetmana, który przytacza ten dialog, pisze:

W chwili zajścia Stanisław Żółkiewski miał czterdzieści lat, moc cierpkich doświadczeń za sobą, twardą służbę u Zamoyskiego i umiejętność panowania nad emocjami. [...] A wystarczyłoby przecież jedno skinienie, aby rusznice jego ludzi plunęły ogniem w stronę zborowszczyków; ale też musiał zdawać sobie sprawę, że byłby to wręcz początek wojny domowej. Nie uczynił więc żadnego gestu i spokojnie odjechał do gospody.

Umiar i umiejętność niestawiania sprawy na ostrzu noża wykaże Żółkiewski jeszcze nieraz.

W 1588 r. Stanisław Żółkiewski wziął udział w bitwie pod Byczyną, w której Jan Zamoyski rozgromił wojska wybranego w podwójnej elekcji arcyksięcia Maksymiliana. Przyszły hetman wsławił się zdobyciem jego żółtej flagi z czarnym orłem. Otrzymał ciężki postrzał w kolano. Do końca życia utykał.

Już jako hetman polny koronny stłumił w 1596 r. kozacki bunt Semena Nalewajki. Doszło wówczas do tragedii. W zdobytym taborze kozackim polscy żołnierze dokonali rzezi Kozaków, ich żon i dzieci. Nie ma powodu wątpić, że Żółkiewski tego nie chciał. Nawet próbował przeciwstawić się rozszalałym żołnierzom. Schwytany przywódca buntu został stracony w Warszawie. Stało się tak, mimo że hetman obiecywał mu życie.

Kiedy w 1605 r. zmarł drący koty z Zygmuntem III kanclerz i hetman wielki Jan Zamoyski, wydawało się, że Stanisław Żółkiewski może stać się jedną z głównych postaci wzbierającego rokoszu przeciw królowi. Także dlatego, że był spokrewniony z jego przywódcą Mikołajem Zebrzydowskim.

Tak się nie stało. Żółkiewski wybrał wspieranie nie tyle Zygmunta III, ile autorytetu monarchy. Usiłował jednać zwaśnione strony. Nie był bezkrytyczny wobec króla. Na sejmie w 1605 r. mówił: „W innych narodach pany swe kozikami kolą (była to pewnie aluzja do zasztyletowania Henryka Walezego – przyp. T.S.), a u nas z łaski bożej nigdy nic takowego przeciwko panu nie było zamyślono. Ale z wolności praw i swobód napominać pana, w czymby im się dosyć działo, zawsze było i jest wolno”.

Wziął udział, jako jeden z dowódców, w bitwie pod Guzowem, w której rokoszanie ponieśli klęskę. Bez entuzjazmu, bo była to przecież walka bratobójcza. Bitwa nie była zresztą bardzo krwawa. Część walczących miała się płazować szablami, nie ciąć. Żółkiewski zabronił pogoni za uchodzącymi z pola bitwy rokoszanami. Powiedział, że krwi bratniej należy oszczędzać, przeciwników króla należy zaś ujmować dobrocią i łagodnością.

Ostrzegał też, już po Guzowie, tych, którzy nadal chcieli wspierać rebeliantów, że wystąpi przeciwko „turbatorom wewnętrznego pokoju pospolitego”.

Mistrzostwo pod Kłuszynem

Do interwencji w Rosji Żółkiewski nie miał entuzjazmu i usiłował się wykręcić od udziału w niej. W „Początku i progresie wojny moskiewskiej” pisał o sobie: „Posłał do króla jegomości pana Tarnowskiego, ekskuzując się i laty, i spracowanym zdrowiem”. Nie był młody – miał już 63 lata – a zdrowie miał nie najlepsze. „Wymówek pana hetmanowych nie słuchając, król jegomość i nie chcąc onych przyjąć, koniecznie pretendował, żeby pan hetman służył na tą ekspedycyą”.

Czytaj także:
Polacy na Kremlu. O krok od imperium

Zwyciężyło poczucie obowiązku. „Jako sługa i urzędnik wojenny nie chce zrażać z tego chwalebnego przedsięwzięcia króla jegomości i wojsko sposobiąc wszystkimi siłami ile możność jego zniesie, tego rad chce dopomagać”.

Szczerze pisał Żółkiewski, że obawiał się zarzutów, iż przez swoją absencję (a wtedy „żołnierz niełacno by się zaciągał i ta ekspedycja wszystka ledwie by nie była zaniechana”) przeszkodzi Zygmuntowi III w rozszerzeniu granic Rzeczypospolitej.

Batalię pod Kłuszynem rozegrał Żółkiewski po mistrzowsku. Z konsekwencją realizował przyjęty plan operacji, biorąc pod uwagę jego wiek (63 lata), zły stan zdrowia i czas trwania starcia (około 5 godzin), dowodzenie jego należy ocenić bardzo wysoko. Nie tylko bowiem narzucił przeciwnikowi miejsce i czas walki, ale umiejętnie wprowadzając oddziały do boju, bez przerwy kontrolował sytuację. Zwycięstwo jego nad czterokrotnie silniejszym przeciwnikiem wyraźnie kontrastowało z niepowodzeniami armii królewskiej pod Smoleńskiem, dlatego starano się je pomniejszyć, a olbrzymi sukces wojskowy jak i polityczny tej operacji docenili dopiero historycy” – pisał prof. Mirosław Nagielski w książce „Hetmani Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Hetman zanotował w swoich wspomnieniach ciekawy epizod z bitwy pod Kłuszynem. Uciekający kniaziowie Dymitr i Galiczyn pozostawili na widoku najkosztowniejsze rzeczy: kubki ze złota, srebrne czary, szaty, sobole. „Rzucili się nasi w pogoń, ale mało ich goniło. Padli w obozie na łupie onym, bo też Moskwa to uczyniła, żeby naszych od gonienia zbawili”.


Wielu rannych umierało. „Żałosno panu hetmanowi było” – wspomina Żółkiewski. Nie ukrywał ciemnych stron wojny. Pisał o Polakach, którzy byli w wojsku szalbierza – tak nazywał zarówno pierwszego, jak i drugiego Samozwańca: „Wpadli nasi w monastyr. Kniazia Wołkońskiego, który tam był od Szujskiego wojewodą, w cerkwi zabili, czerńce i wszystek ów gmin wysiekli, monastyr i cerkiew splądrowali”.

Zawarte uszy króla

Żółkiewski walczył nie tylko bronią, lecz także propagandą: „Przesyłał pan hetman siła listów tajemnych do Moskwy uniwersały do ohydzenia Szujskiego ukazując jako w carstwie Moskiewskim za panowania jego wszystko źle się dzieje, jako przezeń i dla niego krew chrześcijańska ustawicznie się rozlewa. To miotano po ulicach te uniwersały. Przez listy zaś prywatne czynił do niektórych obietnice, nadzieje wielkie”.

Hetman doprowadził do przysięgi bojarów na wierność królewiczowi Władysławowi jako carowi Rosji. Wkrótce jednak znalazł się w kłopotliwym położeniu. Zygmunt III, niespodziewanie, wbrew pierwszym deklaracjom co do swojego syna, sam zapragnął zostać carem, wbrew politycznym realiom Rosji. Żółkiewski musiał ten fakt ukrywać przed bojarami.

Pan hetman miał dostatecznie exploratis voluntates [wybadanie pragnienia], ludzi narodu moskiewskiego, że żadnym sposobem nie mieli na to przypaść”. Bojarzy twierdzili, że „jeśli na królewicza Władysława chce król jegomość państwa tego dostawać, że to przyjdzie nie z wielką trudnością; jeśli na się samego, że to nie może być bez wielkiej krwie. I gdyby się ta intencja króla jegomości odkryła, wiedział pan hetman, że miało przyjść do wielkiego zamieszania.

Niestety Żółkiewski, przyjechawszy do Zygmunta III pod Smoleńsk, nie zdołał przekonać króla, by zrezygnował z władania Rosją na rzecz syna. Radził, by „za inklinacją tego narodu iść, gdyż i teraz z pakt pod Moskwą uczynionych siła pożytku ku dobremu Rzeczypospolitej mogło się zawiązać, wojnie koniec uczynić. […] Lecz zawarte były uszy króla jegomości pana hetmanowym perswazjom”.

Zygmunt III zgotował Żółkiewskiemu po zakończeniu kampanii w Rosji wspaniałe przyjęcie. Nie mógł nie uważać Żółkiewskiego za zdolnego, wiernego współpracownika, jednak nie mógł mu też zapewne zapomnieć tego, że hetman miał swoje zdanie. Zarówno podczas rokoszu, jak i wojny z Moskwą. Dlatego też buławę wielką koronną dostał Żółkiewski dopiero w 1618 r. Jednak wtedy rozwiała się już sława zwycięzcy spod Kłuszyna.

Żółkiewski był krytykowany, a mianowanie go hetmanem wielkim wielu przyjęło z oburzeniem.

Starzejący się hetman nie radził sobie bowiem, jak pisał Ryszard Majewski w znakomitej książce „Cecora. Rok 1620”, z napadami tatarskimi. Jego przeciwdziałanie, „najoględniej mówiąc”, było nieskuteczne.

„Bezsilność hetmana w specjalnie drastyczny sposób ujawniła się pod Oryninem, gdy powracające z łupieżczej wyprawy hordy Dwelet-Gireja, przechodząc obok obozu polskiego, przepędzały tłumy nieszczęsnego jasyru, a »nasi nie jako rycerscy ludzie, ale baby, albo raczej kurwy, z obozu żaden nie śmiał wystąpić do nich« – zapisał w swym pamiętniku naoczny świadek – Samuel Maskiewicz” („Cecora. Rok 1620”).

Tragiczny odwrót

W 1620 r. za zgodą króla Żółkiewski wkroczył do Mołdawii, by pomóc utrzymać się na tronie hospodarowi Grazzianiemu, który oddawał się pod polską protekcję. Przegrana bitwa z Turkami 19 września pod Cecorą załamała morale wojska. Sam zaś Grazziani, namówiwszy część Polaków, uciekł. Wśród żołnierzy celowo rozpuszczono plotkę, że hetmani Żółkiewski i Koniecpolski chcą się wymknąć i uciekać do Polski, co spowodowało dalszą falę dezercji, a także grabieże wewnątrz obozu w nocy z 20 na 21 września. Nie oszczędzano nawet namiotów Żółkiewskiego. Hetmani byli bezradni. Ostatecznie jednak udało się sformować obronny tabor, który odpierając tureckie ataki, posuwał się ku polskiej granicy.

„Katastrofa, do której doszło u progu Rzeczypospolitej, była przede wszystkim wynikiem istniejącego w armii Żółkiewskiego i nieprzezwyciężonego po wypadkach nocy 20/21 września (wobec nieukarania winnych) kryzysu dyscypliny i karności wojskowej. Rozwydrzenie i demoralizacja (wzięte w karby, a także samoistnie tłumione w trudnych chwilach przebijania się na północ) zaczęły się nasilać wobec bliskości Dniestru i malejącej aktywności przeciwnika” – pisze Ryszard Majewski, dodając, że dyscyplina rozprzęgła się całkowicie.

Może odwrót udałby się mimo to, gdyby nie ujawniona w taborze decyzja Żółkiewskiego, podjęta pod naciskiem obrabowanych oficerów i żołnierzy, że gdy tylko znajdą się w Polsce, zarządzi rewizję i ukaranie winnych. Złodzieje nie chcieli na to czekać. Zaczęli uciekać, niektórzy jeszcze w ostatniej chwili nadal rabowali. Na znajdujący się pod Mohylewem Podolskim, pogrążony w chaosie polski tabor uderzyli z 6 na 7 października Tatarzy.

Czytaj także:
Lisowczycy - polscy jeźdźcy apokalipsy

Żółkiewski miał przebić szablą konia na znak, że nie chce uciekać. Ostatecznie jednak wsadzono go na innego wierzchowca. Najwierniejsi próbowali ratować hetmana. „W momencie, gdy po przezwyciężeniu największego niebezpieczeństwa nastąpiła katastrofa, Żółkiewski nie znalazł w sobie więcej sił, a może i chęci, by walczyć o osobiste ocalenie. Jak jednak wskazują rany na głowie i piersi oraz odcięta ręka, nie oddał życia za darmo” – pisze Ryszard Majewski.

Odmowa ucieczki z pola bitwy była jednak konsekwencją wyrażonego już wiele lat temu, w testamencie z 1605 r., życzenia „położenia żywota dla wiary świętej chrześcijańskiej”. A także postawy wyrażonej w dziełku „Pobudka do cnoty”, w której hetman wysławia postawę Spartan pod wodzą Leonidasa. „Niesłuszna i nieprzystojna się zda rzecz, żeby od niezbrojnych nóg uzbrojone ręce miały ratunku szukać” – mówi jeden z bohaterów dialogu. Inny dodaje: „Gdy tak dla ojczyzny mężnemi śmierciami pomrzemy, potomni przez groby nasze przysięgać będą”.

Śmierć Żółkiewskiego stworzyła legendę i wzór walki żołnierza, wodza, aż do końca. Dwieście lat później tak zginie książę Józef Poniatowski. Ten wybór stał także przed marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym. Ktoś powiedział o nim: „Gdyby umarł, to by żył”.

Hetman Żółkiewski został pochowany w Żółkwi, w ufundowanym przez siebie kościele św. Wawrzyńca. Na płycie nagrobnej wyryto zaczerpnięty z „Eneidy” napis: „Powstanie kiedyś z kości naszych mściciel”. Przy grobie pradziadka modlił się Jan Sobieski. Wyruszając pod Wiedeń, podobno zabrał jego szablę.

Kościół w Żółkwi miał być według zamiarów Żółkiewskiego panteonem chwały rycerstwa polskiego. Świątynię otoczył batalistyczny fryz, we wnętrzu zaś zawisło wielkie płótno „Bitwa pod Kłuszynem”. Jan III Sobieski dodał później obrazy przedstawiające bitwy pod Chocimiem, Wiedniem i Parkanami. Wszystkie znajdują się w zbiorach Lwowskiej Galerii Sztuki. Jak dotąd, niestety, nie wróciły do miejsca, dla którego zostały stworzone.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2014
Artykuł został opublikowany w 3/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 2
  • aras39@tlen.pl IP
    Jak pisze autor - hetman posiadał umiejętność, niestawiania problemu na ostrzu noża....
    Umiejętność cenna dziś jak nigdy, gdyż jej brak w pierwszym szeregu polityków różnej maści czy opcji - jak zwał, tak zwał...
    Dodaj odpowiedź 15 0
      Odpowiedzi: 0
    • Kaligula IP
      ......wiele postaci.....wiele osobistości......jest po prostu niedocenianych......opamiętanie przychodzi wtedy, gdy wreszcie rozum pozwoli dostrzec analogię.......wszystko już było.......geniusz i umiejętności nie zależą od epoki......bez komputera .....Hetman i dziś zaplanował by niezłą akcję.....więcej pokory i szacunku dla tych co Polskę wielka uczynili......co Polsce skrzydeł dodawali......i więcej pogardy dla tych co ją do błota ciągną.....
      Dodaj odpowiedź 23 1
        Odpowiedzi: 0

      Czytaj także