Lisicki: Zakładnicy Smoleńska

Lisicki: Zakładnicy Smoleńska

Dodano

Wiem, że cytowanie siebie do dobrego tonu nie należy. Staram się tego unikać, jak tylko się da. A jednak nie potrafię pisać teraz o trzeciej rocznicy tragedii smoleńskiej i nie przywołać słów kończących mój komentarz sprzed roku, który opublikowałem jeszcze w „Uważam Rze”. Pisałem tam, że „mimo upływu dwóch lat rana po śmierci prezydenta i 95 osób jeszcze się nie zabliźniła. Czas nie przyniósł ukojenia. Rachunki nie zostały zamknięte. Wieka trumien się nie domknęły. I to nie z powodu jakiejś niezdrowej chęci zemsty czy niemożności stawienia czoła

faktom. Tu chodzi o elementarną powinność wobec tragicznie zmarłych”. Całość kończyła się wezwaniem, może nawet nadzieją, że coś się zmieni: „Oby w trzecią rocznicę tej śmierci można było napisać coś innego”.

Niestety, niczego nowego napisać się nie da. Gorzej nawet. Rany nie tylko się nie zabliźniły, ale przez ostatnie 12 miesięcy wielu sypało w nie sól. W tym czasie wyszło na jaw, że polscy specjaliści nie potrafią zmierzyć kikuta drzewa, w które miał uderzyć samolot. Okazało się, że kilka razy co najmniej pomylono zwłoki ofiar, czego skutkiem była konieczność ponownych pochówków. Stało się też jasne, że prokuratura nie przeprowadziła szeregu podstawowych czynności, których wymaga tego typu śledztwo. I rzecz najbardziej poruszająca: kiedy wreszcie polscy śledczy pobrali próbki z wraku samolotu i odkryli na nich najprawdopodobniej ślady trotylu, prokuratura najpierw tchórzliwie wszystkiemu zaprzeczyła, by kilka tygodni później potwierdzić doniesienia Cezarego Gmyza na ten temat.

Trudno się przeto dziwić, że polska polityka, polskie życie publiczne pozostają zakładnikiem katastrofy smoleńskiej. I nie chodzi tu tylko o psychologiczną niemożność poradzenia sobie z klęską, tragedią, ze śmiercią – wszystko to dawno już mielibyśmy za sobą, gdyby nie fatalny sposób prowadzenia śledztwa, gdyby nie uniki, zaniedbania, gra pozorów, fałszywy oficjalny optymizm. Gdyby nie odmowa wskazania winnych i podtrzymywanie przez premiera oraz prezydenta złudnej, lukrowanej wizji państwa, które jakoby zdało egzamin, z którego Polacy mają rzekomo prawo być dumni. Czy powodem do dumy ma być to, że odpowiedzialni politycznie za katastrofę zachowują stanowiska i przywileje? Że przebieg katastrofy badają ci urzędnicy, w których interesie musiało leżeć ukrywanie niewygodnych faktów? Smutnym symbolem nonszalancji i lekceważenia wymogów sprawiedliwości było wysłanie na placówkę do Madrytu Tomasza Arabskiego, osoby wybitnie zasłużonej w upokarzaniu śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Nie mam wątpliwości, że Polska jako państwo lekcji smoleńskiej nie odrobiła i nie odrabia. Jedyne, co pociesza, to odwaga i upór tych ludzi, którzy nie chcą przystać na oficjalną wersję wydarzeń. Którzy stawiają niewygodne pytania, odsłaniając niekompetencję i chaos. Którzy po prostu szukają prawdy. Może ich wysiłek sprawi, że za rok będę mógł wreszcie napisać inny komentarz.

Czytaj także

 0

Czytaj także