Pisarze donosów

Pisarze donosów

Kazimierz Koźniewski
Kazimierz Koźniewski / Źródło: PAP / Longin Wawrynkiewicz
Dodano 8
Służba Bezpieczeństwa zbierała „haki” na interesujące ją postaci, zdarzali się też ochotnicy, którzy o współpracę z bezpieką sami prosili. Zdarzali się pisarze zachwyceni pomocą uzyskiwaną via Rakowiecka, ale byli i tacy, którzy po pierwszych przykrych doświadczeniach chcieli wyrwać się z żelaznego uścisku MSW. Jednak nie było to łatwe.

Marek Hłasko w „Pięknych dwudziestoletnich” z właściwym sobie, nieco szubienicznym poczuciem humoru opowiadał, jak to w Pałacu Mostowskich zrobiono z niego policyjnego konfidenta. Następnie nachodziły go łapsy, namawiając do sporządzania donosów i nie przyjmując do wiadomości oświadczeń początkującego pisarza, że „wszystko, co mogę zrobić, to napisanie donosu na samego siebie”. W końcu wyczerpany nękaniem przez UB opowiedział o wszystkim znajomemu pracującemu ponoć kiedyś w Informacji Wojskowej. „Uśmiał się serdecznie i obiecał pomóc. Powiedział przy tym: – Nic się nie przejmuj, synu. Powiadają, że młody Adaś Mickiewicz też zajmował się donosami. Daniel Defoe był agentem policji. Tak samo mówią o Kraszewskim; tak samo o Brzozowskim. Idź dalej śmiało tą drogą. Ale jeśli nie chcesz, pomogę ci”.

Czytaj także:
Mit Hłaski. Boleśnie piękne urojenia pisarza

Jak pisał Hłasko, smutnych panów z Urzędu Bezpieczeństwa już nigdy nie zobaczył. Jednak pozostała specyficzna za nimi tęsknota: „… oni przecież dali mi podnietę twórczą i czasami pisząc donosy, dawałem się ponosić fantazji, a wtedy cytowałem wymyślone przeze mnie wypowiedzi i wkładałem je w usta swoich ofiar, dbając jednak przy tym, aby każda z postaci mówiła odrębnym stylem i używała odrębnych sformułowań”. Powie ktoś: żarty, ale wnioski, jakie wysnuł Hłasko ze swej „przygody” z bezpieką, są zastanawiające. „Gdyby mój dorobek pisarski – rozważał pół żartem, pół serio – upoważniał mnie do dawania rad młodym, powiedziałbym im: każdy z was powinien przez jakiś czas popracować dla tajnej policji, aby wyrobić sobie styl i jasność myślenia. Książki trzeba pisać tak jak donosy, pamiętając przy tym, że głupio napisany donos może zniszczyć przede wszystkim ciebie”.

Oto pięć krótkich opowieści o tych ludziach pióra, którzy z najrozmaitszych powodów szlifowali swój styl, uprawiając jeden z najstarszych zawodów świata: delatorstwo.

Andrzej Szczypiorski (1928–2000)

Utalentowany publicysta i propagandysta, w końcu życia uznany został – najpierw w Niemczech, a zaraz potem w Polsce, bo taka hierarchia i kolejność obowiązuje w naszym dumnym kraju – za wybitnego prozaika. Stało się tak za sprawą jego powieści „Początek”, wydanej w Niemczech jako „Piękna pani Seidenman”. Niemcy pokochali tę książkę i jej autora, gdyż zdejmował z nich przynajmniej część winy za Holokaust, przerzucając ją na Kościół i Polaków, o których pisał m.in.: „Cechy charakterystyczne społeczeństwa polskiego to: alkoholizm, nieuczciwość, brak tolerancji względem inaczej myślących, nieposzanowanie pracy, zarówno cudzej, jak i własnej. Wypadałoby zapytać, czy takiemu społeczeństwu przysługuje miano chrześcijańskiego”.

Z innych książek Andrzeja Szczypiorskiego karierę zrobiła „Msza za miasto Arras”. Monodram oparty na tym właśnie utworze Andrzeja Szczypiorskiego, znanego również jako TW „Mirek”, a wsławionego donoszeniem na własnego ojca, przedstawił na antenie TVP Kultura Janusz Gajos. Dla uczczenia, jak się dowiedzieliśmy, 250-lecia teatru publicznego w Polsce. To doprawdy rozbrajające, że – niezależnie od wartości „Mszy…” – na Woronicza nie doszukano się sztuki, która mogłaby lepiej uświetnić ten jubileusz.

Jako współpracownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego już w latach 50. wyjechał na placówkę dyplomatyczną do Danii. Po Październiku ’56 ściśle współdziałając z SB, ściągnął do kraju swojego przebywającego na emigracji ojca, działacza przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej.

Ciekawe, że donoszenie było specjalnością rodziny Szczypiorskich. W sumie dla bezpieki pracowało siedmiu członków tej familii, w tym bracia i siostry sławnego moralisty oraz miłośnika zwierząt. Na przykład w milicji pracowała po wojnie jego stryjenka, w czasie okupacji łączniczka i sekretarka Pawła Findera i Marcelego Nowotki. Sam Andrzej Szczypiorski zasilił wtedy szeregi Armii Ludowej, walczył w powstaniu warszawskim, po którym został aresztowany i wywieziony do obozu w Sachsenhausen. Komunistycznej władzy służył gorliwie do lat 70., gdy stopniowo coraz wyraźniej dystansował się od niej. Po tym, jak wyrzucony został z redakcji „Polityki”, powszechnie uznano go za opozycjonistę – co potwierdziło jego internowanie po 13 grudnia 1981 r. – i wybrano w 1989 r. na senatora. Zanim to się stało, na wzmożone zainteresowanie jego osobą ze strony Służby Bezpieczeństwa odpowiadał z kolei syn pisarza zarejestrowany jako tajny współpracownik o kryptonimie Gaweł. Rodzinna tradycja została tym samym kontynuowana.

Kazimierz Koźniewski (1919–2005)

Konfident szkodliwy i wytrwały, donoszący na wszystkich wokół, na członków swojego pisarskiego związku, kolegów redakcyjnych, towarzyszy z tej samej co on organizacji partyjnej. „Tak naprawdę – pisała Joanna Siedlecka – na wszystko, co się rusza i na co dostał obstalunek – pogrzeb Jasienicy czy Stawara, emigranta Aleksandra Forda oraz każde ważniejsze zebranie w Związku Literatów. Zawsze znalazł materiał na donos”.

Tajnym współpracownikiem był do roku 1955, potem – po wstąpieniu do PZPR – miał status kontaktu obywatelskiego i konsultanta, co niczego nie zmieniało w jego kontaktach z SB. Wciąż jako „33” brał pieniądze od swoich mocodawców, choć chyba nie względy materialne decydowały o tej, ukrytej przed czytelnikami, twórczości autora „Piątki z ulicy Barskiej”. Zdaniem Leopolda Tyrmanda „niezmiernie oddany regime’owi jest za to hojnie nagradzany, aż do nagrody państwowej włącznie. Ale nie robi tego dla pieniędzy, raczej dla sławy, nazwiska, popularności, osiągnięć i błyszczenia”.

Mimo tego, że podejrzewany był o współpracę z bezpieką, udawało mu się zachowywać przyjaźń ludzi dużego nawet formatu, na przykład Kisiela. Zręcznie udawał przed nimi państwowca, wiecznego harcerzyka (na instruktorów ZHP, a szczególnie na kadrę Szarych Szeregów, donosił oczywiście równie gorliwie jak na innych, co nie przeszkadzało mu w kręgu kwatery głównej związku uchodzić za obrońcę tradycyjnych harcerskich wartości), ideowca o lewicowych poglądach społecznych. Z biegiem lat coraz trudniej było mu utrzymać się w ramach takiego wizerunku. Po tym, jak zachował się na procesie Melchiora Wańkowicza, na którym pogrążył zeznaniami swojego rzekomego przyjaciela, a nawet niedoszłego teścia, autor „Bitwy o Monte Cassino” w rozsyłanej znajomym charakterystyce Koźniewskiego nazwał go, zgodnie z prawdą, „kapusiem, agentem, kanalią, kameleonem i kundlem”.

Odtąd pogrążał się coraz bardziej. Po 13 grudnia 1981 r. stał się jednym z najgorliwszych chwalców stanu wojennego, za co nagrodzono go redakcją tygodnika „Tu i Teraz”, który pod jego światłym kierownictwem stał się czołową reżimową szmatą. Gdy w 1985 r. odebrano mu pismo, potraktował to jako osobistą zniewagę, afront, który spotkał go za… liberalizm i polityczną otwartość.

Przez dłuższy czas dziwiono się, że ktoś mający taką jak on piękną kartę okupacyjną (współtworzył PLAN, jedną z pierwszych konspiracyjnych organizacji, był w polskim wojsku we Francji, wysłany został jako kurier do Polski, ale aresztowano go w Budapeszcie i więziono przez półtora roku, następnie działał w Departamencie Informacji Delegatury Rządu i dowództwie Szarych Szeregów), przeszedł aż taką duchową przemianę. W istocie okazało się, że sypał już na Węgrzech i prawdopodobnie tam właśnie został „przeorientowany”. W PRL sam zgłosił się do towarzyszki Brystygierowej, wyjawił swoje konspiracyjne grzechy, zaoferował współpracę, został więc już oficjalnie zwerbowany przez ubecję. Jego pierwszy raport pochodził z roku 1947.

Andrzej Kuśniewicz (1904–1993)

Opiewał nieistniejącą, wielokulturową Galicję, w siermiężnym PRL olśniewając smakiem i kunsztem literackim, zawstydzając wręcz nas – maluczkich swoją europejskością. Bodaj tylko Marian Brandys poznał się na nim. „Coraz większe obrzydzenie czuję do pana K. Stara pieszczotka. Książątko Ponińskie. Wiewiórka z tym swoim łebkiem i łapkami. Musi się w tym ciałku kryć niezłe piekło” – pisał w swoim „Dzienniku”. No i było to inferno: już od 1953 r. był Kuśniewicz wykorzystywany przez ubecję do rozpracowywania środowisk emigracyjnych, a siedem lat później został zarejestrowany jako kontakt poufny SB (był członkiem PZPR, i to od zawsze) o kryptonimie Andrzej.


Popisywał się swoim arystokratycznym rzekomo pochodzeniem, rodzinnymi koneksjami, pracą w dyplomacji, a w czasie wojny udziałem we francuskim ruchu oporu. Naprawdę pochodził z zamożnej, owszem, familii galicyjskich nafciarzy, po skandalach natury obyczajowej otarł się o Legię Cudzoziemską, a we Francji brał udział w konspiracji, tyle że komunistycznej, co starał się przemilczeć. A do dyplomacji trafił już w PRL, zostając konsulem w Tuluzie, Lille i Strasburgu. W 1950 r. jego pięknie zapowiadająca się kariera uległa załamaniu, gdy chciał zwerbować go wywiad francuski, a on, na swoje nieszczęście, zameldował o tym. Zamiast spodziewanej nagrody za lojalność dostał dymisję, wrzucono go z partii, odesłano do kraju i skierowano na podrzędne stanowisko w Cepelii. Nie poddał się jednak, odzyskał wpływy gdzie trzeba, wykazał się gorliwym donosicielstwem, odzyskał więc legitymację PZPR, dostał pracę w Polskim Radiu, na poważnie zajął się też literaturą, choć jego pierwsza proza – „Korupcja” – wydana została dopiero w roku 1961.

O jego literackim sukcesie zadecydowały jednak nie powieści, lecz pisane na zamówienie SB charakterystyki interesujących bezpiekę pisarzy, m.in. Jerzego Andrzejewskiego i Ireny Jurgielewiczowej, donosił też skwapliwie na kolegów literatów, wskazując ich słabostki i informując o podejmowanych przez nich działaniach o charakterze opozycyjnym. Wyjątkową aktywność wykazał w roku 1968, denuncjując te osoby ze środowiska pisarskiego i dziennikarskiego, które zamierzały emigrować.

Razem z żoną „roztoczył” opiekę nad jej kuzynem, nestorem Komitetu Obrony Robotników, profesorem Edwardem Lipińskim. Gdy ten nie kwapił się z ujawnianiem im zamierzonej działalności KOR, doradzał SB, by przycisnęła go mocniej, na przykład odbierając prawo do korzystania z kliniki rządowej. Jak relacjonował Marian Brandys, Lipiński dobrze się na nim poznał i tak go oceniał: „On wszystko wie, wszystko rozumie, ale to wielka świnia”.

Ze współpracy z SB wycofał się dopiero w roku 1981, wystąpił również wtedy z PZPR. Lech Wałęsa uhonorował go pośmiertnie Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Próby wznawiania jego książek – bez bezpieczniackiego wsparcia – kończyły się jednak klęską i chyba tylko Jerzy Pilch wciąż uważa go za model z Sèvres polskiego pisarza.

Wacław Sadkowski (ur. 1933 r.)

Krytyk literacki, wieloletni redaktor naczelny „Literatury na Świecie”, przez sławnego pułkownika MSW Krzysztofa Majchrowskiego scharakteryzowany jako „aktywny uczestnik frontu kulturalnego partii”. Przez 16 lat pracował dla SB jako konsultant o pseudonimie Olcha. Rozpracowywał m.in. Marka Nowakowskiego, Pawła Hertza, Jarosława Marka Rymkiewicza. Pisał też sążniste relacje z kongresów Pen Clubów, na które wyjeżdżał w latach 80., kiedy polski Pen Club został przez centralę tej międzynarodowej pisarskiej organizacji „zamrożony”. Formalnie był gościem tych imprez, naprawdę agentem mającym do wykonania zadania specjalne. Głównie chodziło o pozyskanie tych pisarzy, którzy nie tyle sympatyzowali z reżimem Jaruzelskiego, bo takich nie było, ile przynajmniej nie uważali go za bandytę. Korzystał też, popierany przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, z zagranicznych stypendiów – do Francji i Stanów Zjednoczonych.

Na potrzeby SB rozszyfrowywał pseudonimy pisarzy publikujących w podziemiu, denuncjował też niepoprawnych politycznie współpracowników „Literatury na Świecie”, m.in. aresztowanego w stanie wojennym tłumacza Tomasza Mirkowicza i jego żonę Julittę Wroniak. Później, już w wolnej Polsce, wydał serię o wdzięcznej nazwie „Edukacja europejska”, a w niej – wśród innych głośnych tytułów – klasykę literatury antykomunistycznej: „Nadzieję w beznadziejności” Nadieżdy Mandelsztam. I utrzymywał, że pięć tomów teczek zawierających dowody jego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, zostało spreparowanych. Jasne, SB nic innego nie robiła w naszym pięknym kraju, tylko cały czas preparowała i preparowała.

Henryk Worcell (1909–1982)

Autor „Zaklętych rewirów”, pisarz samouk, współpracownik UB i SB.

Jako 16-latek ze wsi spod Tarnowa został pomywaczem w krakowskim Grand Hotelu. Zwrócił na niego uwagę Michał Choromański, wprowadzając Tadzia Kurtykę (takie było prawdziwe nazwisko Worcella) na literackie salony. Po wydanych w 1936 r. „Zaklętych rewirach” stał się pisarską gwiazdą. W 1949 r. zastraszony przez bezpiekę podpisał zobowiązanie o współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa i przyjął pseudonim Konar. Inwigilował środowisko wiejskie. Krótko, w latach 1955–1956, był w PZPR. W latach 1968–1971 prezesował wrocławskiemu oddziałowi ZLP. Cztery lata wcześniej wznowił kontakty z następczynią UB, Służbą Bezpieczeństwa, którą tym razem Worcell zainteresował jako pisarz.

Jemu z kolei współpraca z esbecją dawała profity finansowe, ważne w jego trudnej (czworo dzieci) sytuacji materialnej. Wiele wskazuje też na to, że powodowała nim często środowiskowa zawiść, odczuwał lekceważenie ze strony części pisarzy, zazdrościł im wyjazdów zagranicznych i przyznawanych stypendiów. Ubolewał nad tym, że nie wystawiono jego kandydatury do Nagrody Państwowej ZSRS, każąc zadowolić się pomniejszym wyróżnieniem. W swoich ocenach bywał prymitywny, a tych twórców, których nie rozumiał, niszczył, choć na szczęście możliwości miał ograniczone. Niemniej jednak o Rafale Wojaczku w marcu 1971 r. pisał w donosie:

„Jest jakimś nieporozumieniem, że Wojaczkowi często przyznaje się stypendia, bo natychmiast po otrzymaniu pieniędzy zapija się i kaleczy ludzi […] zadziwiająca jest bezsilność władz wobec tego chuligana. Władze często go aresztują, ale i natychmiast puszczają go na wolność, bo ma tzw. papiery wariackie, jakieś orzeczenie lekarskie z pobytu w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Kraszewskiego. Dokąd więc ten niebezpieczny wariat będzie rozrabiał i kaleczył ludzi? Dopóki kogoś nie zabije? Władze powinny wreszcie znaleźć sposób ukrócenia samowoli tego niebezpiecznego faceta”.

Problem rozwiązał sam Wojaczek, popełniając dwa miesiące później samobójstwo.

Delatorską karierę Henryka Worcella ukróciła Służba Bezpieczeństwa, rezygnując ze współpracy z „Konarem” z uwagi na jego narastające problemy osobiste i nadużywanie alkoholu. Bezpieka chętnie obdarowywała swoich konfidentów markowymi trunkami, pijaństw swoich TW nie tolerowała jednak. Jeszcze by powiedzieli: za dużo i to nie tam, gdzie trzeba…

O kim powinienem jeszcze napisać? O Marku Wawrzkiewiczu i Krzysztofie Gąsiorowskim, Andrzeju Zaniewskim i Aleksandrze Nawrockim, na pewno o mężu Wisławy Szymborskiej – Adamie Włodku, o Jacku Kajtochu i Leszku Żulińskim, Grzegorzu Wiśniewskim i Tadeuszu Strumffie, o Danielu Passencie i Krzysztofie Teodorze Toeplitzu, o Andrzeju Brychcie, Henryku Gaworskim i Aleksandrze Minkowskim, o Jerzym Lovellu i Lechu Isakiewiczu, o Andrzeju Drawiczu, Janie Marii Gisgesie i Eugeniuszu Kabatcu, Jerzym Wittlinie i Marianie Reniaku, Olgierdzie Terleckim i Andrzeju Micewskim. Nazwiska małe, duże i ogromne, bo gdzieś na tej liście zaznaczyli swoją obecność również Włodzimierz Odojewski i Stanisław Cat-Mackiewicz, opozycyjni wobec komunizmu, nie zawsze jednak i nie wszędzie. Specjalnie „uhonorowany” powinien zostać Jerzy Zawieyski, katolicki dramaturg i homoseksualista, w czasach Gomułki bardzo ważna persona, członek Rady Państwa i poseł na Sejm PRL. W swojej najnowszej książce pt. „Biografie odtajnione” Joanna Siedlecka przedstawia jego iście przerażający i porażający portret. A obok opisy innych współpracowników komunistycznej policji politycznej – Służby Bezpieczeństwa: Marty Tomaszewskiej, Krystyny Siesickiej, Zbigniewa Nienackiego.

Tę listę jednak należy przerwać, bo ona nie ma końca. Tak jak i ten tekst niech zostanie bez puenty.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2016
Artykuł został opublikowany w 2/2016 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
 8
  • antygazetnik antywyborczy IP
    poprzedni wpis był jedynie próba . Rzeczą niesamowita i niebywale jest przedstawienie tutaj wybitnego bydlaka ,łobuza ,bandyty i typa spod ciemnej gwiazdy w jednej osobie , najlepszej kolegi krwawej brygidy ( wszelkie przezwiska zgrai spod znaku sierpa i mołota ,jak również wymyślone pseudonimy wszelkich czerwonych bydlaków piszę na znak szacunku-z małej litery; ponadto - w tym szczególnym przypadku słowo "kolega" uznaję za rodzaj żeński ,bo s kur wil się ten typ calkowicie) , niejaki kazimierz koźniewski. "Kawaler "-postanowieniem "prezydenta RP" Aleksandra Kwaśniewskiego z 4 marca 2002 został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski Na usprawiedliwienie zauważmy ,kto odznaczał tę wybitną gnidę,komu się przysłużył ten wybitny "literat" harcerski. Jest podobno wyjaśnienie przyznania tego odznaczenia :nadający był zaatakowany przez chorobę filipińską.Ponieważ chichot historii musiał się dopełnić, tę wybitnie zasłużoną czerwonym bydlakom gnidę , oczywiście już zdechłą,żegnała warszawska drużyna harcerzy im. Zawiszy Czarnego .Przecież to jakaś komedia!! Przeczytajcie tekst powyżej ,o tym czerwonym bandycie, ilu ludziom zaszkodził ,ilu zniszczył.Przecież takie coś nie powinno w ogóle być w Polsce, to jest wybitny antypolak!! Zobaczcie, do czego doprowadził lechbolesław ,ta "legęda" -ten konfident ub,sb i prawdopodobnie nkvd ,był czczony nawet po upadku tego systemu zastraszania i zarzynania ludzi!!!.Nie do wiary!!!
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • antygazetnik antywyborczy IP
      ależ ciekawe
      Dodaj odpowiedź 0 0
        Odpowiedzi: 0
      • NIECH PAN KONTYNUUJE, DLA DOBRA POLSKI IP
        Dziękujemy za ten esej. Pana Masłonia uważamy za najlepszego żyjącego krytyka literackiego w Polsce.
        Jednak zła to puenta jego eseju, że wiadomą listę należy przerwać.
        Taka tradycyjna polska. Przywodząca na myśl Polskę Szlachecka i postacie takie jak Radziejowski.
        Zgodna z zasadą: "Myśmy wszystko zapomnieli".
        To właśnie nastawienie jest jednym z głównych powodów, że jest u nas źle.
        To ono jest powodem, że nieukarani i nienapiętnowani łajdacy udają u nas porządniaków, i dalej szkodzą.
        ...Tę listę należy kontynuować, do ostatniego nazwiska.
        Niech pan Masłoń to robi. Niech nie leni się i nie boi.
        Dodaj odpowiedź 2 0
          Odpowiedzi: 0
        • Weronika IP
          Może wystarczy już tego typu artykułów? Nie wnoszą niczego nowego, pan Masłoń jest jedyny bez winy i chętnie rzuca kamieniami. Nudne się to robi.
          Dodaj odpowiedź 4 20
            Odpowiedzi: 4

          Czytaj także