Syndrom Janickiej albo zgubne skutki przejedzenia trawą

Syndrom Janickiej albo zgubne skutki przejedzenia trawą

Syndrom Janickiej albo zgubne skutki przejedzenia trawą
Syndrom Janickiej albo zgubne skutki przejedzenia trawą
Dodano

Mariola Dopartowa

Od czasu, gdy schyłkowy modernizm, zamiast umrzeć pod piórem czołowych jego krytyków, odrodził się w samej tej krytyce jako postmodernizm, przedrostek „post” kusi mefistofeliczną obietnicą. Aż się prosi, by używać go jako eliksiru młodości lub nawet źródła wiecznego życia. Niekoniecznie chodzi o słowo, chodzi o zasadę odradzania przez krytykę. To właśnie ta zasada sprawia, że od paru dobrych lat konikiem pani Elżbiety Janickiej stała się posthistoria. Nie należy mylić konika ze słowem „hobby”. To drugie oznacza pasję czy choćby bzika na punkcie czegoś. Konik częściej bywa tanim i bardzo starym środkiem transportu. Nie tak wytrzymały jak wielbłąd, ale – odpowiednio pielęgnowany – może daleko podwieźć. Nie musi nawet jeść: zdarzyło się przecież, że Znaną Artystkę podwiózł konik wypchany. W postświecie wszystko jest możliwe. Dlatego grób dwudziestowiecznej awangardy uznano za kamień węgielny postnowoczesności, podczas gdy ta w istocie odgrzewa najbardziej niestrawne, jałowe i nietwórcze pomysły dawnych „burzycieli starego porządku”.

 

Kto sieje wiatr

Romans pani Janickiej z burzycielską posthistorią niemal równolegle obejmował działania artystyczne i polonistyczną dysertację. U podstaw fotograficznej wystawy autorki Miejsce nieparzyste i pisanej monografii Andrzeja Trzebińskiego znalazła się podobna metoda. Ośmielona zrecenzowaniem własnych fotografii powietrza nad obozem koncentracyjnym jako nowatorsko pokazujących brak języka dla wyrażenia istoty Holokaustu, przeniosła ona ten sam pomysł na inne formy aktywności. Nowatorstwo? Doprawdy trudno zapomnieć tezy Adorna ze słynnego eseju o poezji po Auschwitz, wizję Szymborskiej z Obozu głodowego pod Jasłem czy poetyckie strategie Różewicza z licznych tomów. Nowe jest tylko to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie redukuje istoty tego, co w II wojnie najgroźniejsze, do zagłady narodu żydowskiego. Holokaust jest skutkiem tego, co musi być rozpoznane i opisane, by utrudnić jego odrodzenie.

W eseju Hortus Judeorum Janicka stawia rzecz na głowie i, komentując własny cykl, stwierdza, że powietrzna przestrzeń została „przesycona niewidzialnym antysemityzmem, nienawiścią wchłanianą tak łatwo, jakby się nią oddychało. Pozorna pustka białych wnętrz kolejnych ogniw cyklu jest więc w rzeczywistości wypełniona sprzecznymi treściami: niemożnością zasymilowania krańcowej przemocy, jaką była Zagłada, a jednocześnie obecnością przemocy pozostającej w stanie potencjalnym. W rozmowie z Krzysztofem Cichoniem dopatruje się antysemityzmu w fakcie, iż obok przydrożnego znaku informacyjnego o Treblince postawiono żółty znak drogowy z krową.

Pani Janicka uznała modernistyczne rojenia o tym, że artysta powinien być zarazem twórcą, krytykiem i teoretykiem swojego dzieła, za nadal obowiązujące. Punkt dla wszystkich, którzy uznają postmodernizm za schyłkową fazę modernizmu. Tak czy inaczej posługiwanie się argumentacją jednego z dwóch wiodących medialnych dyskursów w posthistorycznej walce o prawdę przypomina długotrwałe pranie wszystkiego w „uniwersalnym” proszku do prania. Po jakimś czasie każda biel staje się żółta, a każdy kolor – szaroróżowy. Taki obraz nie przyciąga wzroku, a nawet prowokuje odwracanie uwagi. A chyba nie o to chodzi autorce posthistorycznych paszkwili?

Od pamiętnej wystawy autorka na rozmaite sposoby miele, przesiewa i pompuje czyste powietrze. Ponieważ sianie sztucznego wiatru przyniosło jej prawdziwą medialną burzę, nastąpiła eksplozja tfffu-rczych pomysłów – to, broń Boże, nie obraźliwa kpina, tylko metafora odpowiednio wyczuwanego wiatru w nauce i sztuce. W 2006 roku eksperymentowanie z powietrzem stało się nie tyle tematem, co metodą naukową pisarskiej monografii Trzebińskiego. Oto reprezentatywna próbka stylu postnaukowej argumentacji, na której opierają się kluczowe części wywodu autorstwa pani Janickiej w książce Sztuka czy naród:

„Pod wrażeniem obcowania z Leonem Schillerem Trzebiński zanotował w dzienniku: Myśląc o odrodzeniu kultury polskiej trzeba pamiętać o wszystkim. Nawet o komunizmie i materializmie dziejowym. Tymczasem kultura uznająca wyłączność katolicyzmu nie przewidywała miejsca dla materializmu dziejowego. Miejsca nie znajdowała także dla unitów, husytów, mariawitów, kalwinów, luteranów, prawosławnych, gnostyków, mahometan, karaimów i ateistów – krótko mówiąc, dla Słowian-niekatolików, gdyż tacy też (a nawet, globalnie rzecz biorąc, w większości) zamieszkiwać mieli Katolickie Państwo Narodu Polskiego. Na tym niewesołym tle los nie-Słowian, nie-katolików prezentował się w najczarniejszych barwach.”

„Globalnie rzecz biorąc”, wybrałam ten właśnie fragment z licznych możliwych, bo koresponduje z „dekonstrukcją historii”, którą pani Janicka podjęła m.in. w artykule o Szarych Szeregach. Dopiero teraz wyjaśnię, dlaczego piszę „pani”, skoro przytaczane nazwiska naukowców, artystów, postaci kultury nie wymagają tej formy. Otóż wiele „osób prywatnych” dzieli się swoimi przemyśleniami na Internetowych forach i w innych medialnych przekazach, niekiedy bardzo ekspansywnie, wielu zamieszcza tam, a nawet wystawia, lepsze lub gorsze fotki. Galopowanie na koniku drogami przetartymi przez postnowoczesny zamęt nie buduje statusu artysty czy postaci kultury.

Naukowiec, z lepszym lub gorszym skutkiem, szuka prawdy, bada ją za pomocą wiarygodnych metodologii i jest oryginalny w swej wizji. Jako autorka pracy o Trzebińskim pani Janicka zachowuje się raczej jak rasowy posthistoryczny reportażysta, jakkolwiek już pierwsi filmowcy zrozumieli, że prawda jest niefotogeniczna i nawet wybitni dokumentaliści często wykorzystywali inscenizowany materiał.

Dlatego też w tym wypadku nie jest możliwa polemika: polemizuje się z autorem, a nie reproduktorem czy może postreproduktorem cudzych myśli. Poglądy danego naukowca mogą nam bardzo nie odpowiadać, ale szanujemy go także i za to, że je ma. Wypracowane i własne. Pani Janicka kopniakiem otwiera pozbawione zamka drzwi (nauka jest otwarta dla wszystkich…), uzbrojona w dmuchawę i powielacz. Sukces bywa ojcem klęski, klęska jest największa wtedy, gdy własny kompletny upadek ktoś uważa za sukces.

 

By moc wzmóc

Oryginalność wywodu pani Janickiej prezentuje się zaiste „w najczarniejszych barwach”. Kogo reprodukuje czy postreprodukuje pani Janicka? Ano samą Marię Janion, której poglądy jedynie uplastycznia – jak na postartystkę przystało. Seryjna produkcja niewypałów do ataku na MPW, jego ideę oraz dydaktyczno-wychowawcze aspekty ochrony pamięci i dziedzictwa narodowego wciąż potrzebuje nowych manufaktur i chyba tylko dlatego profesor Janion nie skarciła uczennicy za mielizny postrozprawy. Sama Janion twierdzi: „Romantyczny mit wojenny, heroiczny i martyrologiczny, trwa dalej w najlepsze, bez żadnego opamiętania. Zresztą to Muzeum Powstania Warszawskiego i jego imprezy walnie się przyczyniają do podtrzymywania mitotwórczej potęgi wojny. Ale to jest też kwestia dominanty kulturowej. Naszą jest mit bohaterski, podstawowy mit polski. Trudno się z niego wyzwolić. Żadne książki nic tu nie pomagają, żadna wiedza historyczna.”[…] Zaraz po wojnie było inaczej, ale z upływem lat w naszym myśleniu o wojnie wzięły górę romantyczne, mesjanistyczne i heroiczne klisze. Teraz polityka historyczna zmierza do ustanowienia narodowej tożsamości jako tożsamości kombatanckiej właściwie. Co gorsza, to ma oddziaływać i podobno oddziałuje również na młodzież” (M. Janion, Klęska jest klęską).

Strach zapytać, jakie konkretnie „zaraz po wojnie” miała na myśli M. Janion, bo jest to nie tylko pierwsza wersja tytułu literackiego Popiołu i diamentu (jeszcze ideologicznie „nieuczesanego”), która rzeczywiście opowiada o maju 1945 roku. Mamy też „zaraz po wojnie”, które obejmuje tom korespondencji Miłosza z lat 1945-1950 pod takim właśnie tytułem i tak szerokie rozumienie wnosi już inną interpretację cytowanej wypowiedzi.

Jeśli pani Janicka uznała za swój cel nie tylko reprodukcję myśli w książce, ale także – pogratulować rozmachu! – szerzej rozumianego „zaraz po wojnie” w rzeczywistości społecznej, to mamy odpowiedź na wiele trudnych pytań. W tym kontekście wizerunek Trzebińskiego jako faszysty i Ruchu Kulturowego jako bandy drobnomieszczańskich, zacofanych głupców, nie dziwi. Pani Janicka jawi się wówczas jako duchowa i umysłowa wnuczka Kuźniczan. Hmm… Członkowie Kuźnicy to postacie kultury i postkuźniczanka kultywująca ich tradycje chyba musi zostać nazwana Elżbietą Janicką, postacią kultury. Zwracam honor Elżbiecie Janickiej, o ile jest czym zwrócić, przepraszam za błąd, miało być: co zwracać.

Dekonstrukcja posthistorii wymaga postmodernistycznego kolażu różnych porządków. Między innymi dlatego Janicka wcale nie udaje, że nie widzi pewnego pomieszania pojęć w takich wypowiedziach profesor Janion, jak przytoczona powyżej. Autorka Gorączki romantycznej nie oddziela prawdy o pokoleniu wojennym, rekonstruowanej za pomocą historycznych, historycznoliterackich i socjologicznych metod, zarówno od społecznych wyobrażeń pokolenia wojennego, jak również od ich filmowego fatalistyczno-melodramatycznego falsyfikatu z lat Odwilży.

Nie od dziś wiadomo, że walka o prawdę obrazu pokolenia wojennego nie skończyła się ani wraz ze stalinizmem ani wraz z PRL-em. Teraz jednak weszła w fazę prawdziwie niebezpieczną dla wspólnotowej polskiej tożsamości, choć nie ma już stricte politycznego charakteru. Żadną miarą nie należy podtrzymywać sztucznie wygenerowanego „sporu” o pokolenie, bo odwraca to uwagę od fundamentalnego problemu. Jest nim brak odpowiedniej ochrony spuścizny pokolenia wojennego jako dorobku narodowego, mimo zaistnienia wymarzonych warunków do takich zabezpieczeń. Wszak weszła już w życie znowelizowana ustawa o ochronie niematerialnego dziedzictwa kulturowego w krajach Unii Europejskiej i można w tej sprawie składać ministerialne wnioski. Formy wojennego ruchu oporu ponad podziałami i strategie ratowania oraz organizowania zniewolonej kultury są narodowym dziedzictwem. Prawna ochrona z pewnością uwzględni wkład nie tylko „unitów, husytów, mariawitów, kalwinów, luteranów, prawosławnych, gnostyków, mahometan, karaimów i ateistów” w to dziedzictwo.

Żyjemy w wolnym kraju i nie przeszkadza mi to, że ktoś upodobał sobie twarde stanie na ziemi na obu rękach, choć często dziwi mnie cel tego kuriozum. Aby pochylić się nad Zagładą i uczcić pamięć jej ofiar, nie trzeba, a nawet nie powinno się, biegać do góry nogami dookoła Treblinki. Wszelkie miejsca, na których przelano krew niewinnych i gdzie heroicznie walczono są święte nawet wtedy, gdy krowa skubie nieopodal trawę, ale zostają sprofanowane, gdy pasie się tam jeden czy drugi pieczeniarz. Są święte, gdy w niesuwerennym kraju gigantyczne wysypisko śmieci legnie na szczątkach ludzi i koni zabitych w zwycięskiej bitwie pod Wólką Węglową. Profanacja zaczyna się wtedy, gdy nie robi się z tym porządku w wolnym kraju. Popioły Warszawy i prochy założycieli oraz działaczy Ruchu Kulturowego i żołnierzy Szarych Szeregów nie podlegają innym prawom.

O gustach, fiołach i postkonformizmie się nie dyskutuje. Wkurza dopiero fakt, że Elżbieta Janicka, Ewa Wójciak i miłośnicy wspomnianej inwersji łączą się w kolektywne stada, które agresywnie wmawiają innym, że d…. jest głową, a ch… papieżem. W waszym świecie może tak być, ale nie próbujcie z tej perspektywy opisywać naszego, co pozwala wam odkrywać dwie Ameryki dziennie. Nawet w tym jesteście wtórni, bo ten patent na odkrywczość Gombrowicz obśmiał 80 lat temu.

 

Mariola Dopartowa (ur. 1962) - kulturoznawca, historyk filmu i literatury, wydawca, nauczyciel akademicki (UJ, Akademia Ignatianum). Otrzymała I Nagrodę im. Klemensa Szaniawskiego za pracę doktorską. Autorka monografii i książek poświęconych m.in. Agnieszce Holland, Romanowi Polańskiemu, recepcji “Pasji” Mela Gibsona, wielu broszur o filmie (PISF, Best Film) oraz licznych artykułów w “Kinie”, “Kwartalniku Filmowym”, “Tygodniku Solidarność”, “Studiach Filmoznawczych”, “Arcanach”, "Nowym Państwie", Magazynie Filmowym "Konkurs". Pisze książki dla dzieci i odnawia dawne polskie meble. Współpracuje przy scenariuszach animacji ze Sławomirem Zalewskim. Wolontariusz w krakowskim Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym i Małopolskim Hospicjum dla Dzieci

Zakład Opiekuńczo-Leczniczy 

 0

Czytaj także