Palikot między materacem a szczękami

Palikot między materacem a szczękami

Dodano

Ten przegląd prasy zacznę od porady dla osób planujących swoją karierę. Jeśli zależy komuś na rozgłosie, jeśli chce, aby stale pisały o nim „Gazeta Wyborcza” i media afiliowane, to powinien dążyć do osiągnięcia statusu „publicysty prawicowego”. Dzięki temu jego czyny, życie i słowa będą bardzo często opisywane – i to zupełnie gratis – przez media agoroidalne. Wprawdzie fakty będą przekręcone przez „GW”, ale nazwisk w zasadzie nie przekręcają.

Tak jest i w dzisiejszym numerze „GW”. Nie będziemy robić większej reklamy kolejnemu tekstowi poświęconemu „publicystom prawicowym”, ale zawsze miło odnotować, że dla kogoś jesteśmy bardzo ważni. Nawet jeśli są to tylko pracownicy koncernu z ulicy Czerskiej. I nawet jeżeli wartość informacyjna tegoż kolejnego elaboratu jest równa zeru.

Bardziej konkretnie: „GW” poświęciła całą trzecią stronę – furda z kryzysem – na wielki tekst o relacjach między różnymi środowiskami wydającymi media konserwatywne. No, że toczą bratobójczą wojnę o przetrwanie. To nie pierwszy już tekst w „GW” i okolicach o tej, jakże okrutnej, walce. Dziwne jednak, że mimo opisywanej bezwzględności brak doniesień o ofiarach czy choćby kontuzjach. Ot, chyba mamy do czynienia z „drole de guerre” (nie będę tu wyjaśniał znaczenia zwrotu, bo w odróżnieniu od „GW” nie czytają nas idioci. Tam panuje zwyczaj tłumaczenia, kim np. był ronin, gdy „Wyborcza” pisała o Klubie Ronina). A tak serio: nie ma biznesu bez konkurencji. Na tym polega manipulacja „GW”. Opisuje ona konkurencję jako coś nadzwyczajnego. Szkoda, że nie poświęca tyle miejsca rywalizacji między „Polityką” a „Newsweekiem” czy TVN a Polsatem. Albo swojej wojnie z ITI. Sama też mogłaby opisać spory wewnątrz własnego koncernu między tzw. danonkami a etosami.

Zagrożenie ze strony „publicystów prawicowych” mrozi krew w żyłach ludziom z mediów lewoliberalnych, ale rzeczywistość robi się tak przykra, że nie pozwala się skupić na walce z prawicową hordą. Niestety, nie da się nie pisać o kryzysie. Na jedynce „GW” czytamy zatem, że „Miasta nas skubią”. I nie są to miasta „prawicowe”, lecz wszystkie dokumentnie. Tekst jest o jednym z ministerialnych raportów (czyli że rząd też zauważył kryzys?). Wnioski z raportu są przykre: samorządowe budżety są kompletnie dziurawe, więc muszą być ratowane dotykającymi nas podwyżkami. Za wszystko – wodę, parkingi, bilety komunikacji miejskiej.

Żeby nie flekować całkowicie „GW”, polecimy ciekawy tekst, schowany mocno w środku, o przygodach schetynistów dążących do postawienia przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Przeczytamy tam raczej dokładny opis podziałów wewnątrz PO. To w sumie ciekawe, dlaczego schetyniści tak bardzo się przy tym upierają? Wątpliwe przecież, aby przejmowali się losem Kaczora i Zizu. Chyba chodzi o coś innego.

W „Rzeczpospolitej” już z pierwszej strony dowiemy się, ile jest prawdy w głoszonych z najwyższych gremiów frazesach o wolności gospodarczej i swobodzie życia zwykłych obywateli. Jeden tekst dotyczy tzw. europejskiego patentu, czyli rozwiązania, którego śmiertelnie boją się polscy przedsiębiorcy. Liberalny rząd miał w nosie ich obawy, teraz ponoć zaczął słuchać. Miejmy nadzieję, że ze zrozumieniem. A obok mały tekścik o kolejnej szykanie wymierzonej w kierowców. Prawo jazdy będzie wydawane tylko na 15 lat. A potem znowu do urzędu.

W środku interesujący tekst o tym, że Polacy nie posłuchali się różnych mędrków – od prawa do lewa – głoszących, iż powstanie styczniowe było kretynizmem. W całym kraju odbywają się obchody 150. rocznicy tego zrywu. I to bardzo malowniczo – od oficjałek, przez rekonstrukcje historyczne, do koncertów rapowych.

Na stronie opinii Zuzanna Dąbrowska ciekawie opisuje perypetie i rozterki Aleksandra Kwaśniewskiego. Są dwie tezy w sprawie tego, dlaczego „GW” szurnęła ostatnio swojego dawnego przyjaciela. Pierwsza – bardziej powszechna – jest taka, że „GW” obstawia teraz Donalda Tuska, więc dała po łapach Kwaśniewskiemu. Druga – głoszona także w SLD – że odpaliła wcześniej historie niewygodne dla Kwaśniewskiego, aby ten miał później z tym spokój. Dąbrowska obstawia tę pierwszą. „Na lewo od centrum może zacząć się bratobójcza walka, jeśli »lista Kwaśniewskiego« zacznie przybierać realne kształty” – pisze i dalsza część jej wywodu zdaje się potwierdzać tę diagnozę. A wiedzy w tej materii Dąbrowskiej, lewicowej publicystce, nie da się odmówić. Przezabawne w jej tekście jest zobrazowanie nędznej kondycji Ruchu Palikota: „Nie udało się zagospodarować politycznego poparcia zdobytego w wyborach parlamentarnych. (...) W polityce jest jak w handlu: najpierw sprzedajemy z materaca, potem mamy »szczęki«, a następnie trzeba by jednak jakiś sklep otworzyć. A on wciąż jest na tym samym etapie: między materacem a szczękami”.

W „Polityce” nudy. Jacek Żakowski walczy z policją polityczną, czyli CBA. Że też mu się chce powtarzać cały czas te same zarzuty, które po stokroć międlili już inni. Zwłaszcza ci mniej inteligentni od niego. Przywołuję ten odmóżdżający tekst, aby zadać pytanie. W momencie odwołania Krzysztofa Bondaryka przeszła niemal niezauważona informacja, że podległa mu ABW zatrudnia 5 tys. osób. Co oni wszyscy robią? Ile zatrudnia pozostałe X służb? I też co robią? Warto przy tym przypomnieć, że nasze wojsko liniowego żołnierza jest w stanie wystawić raptem ze 30 tys. głów (kiedyś liczyło się na bagnety i szable, dziś nie wiem jak). Odpowiedzi w mediach nie było i chyba nie będzie. Wracając do „Polityki”. Mariusz Janicki przeraża się, co będzie z wrakiem tupolewa, gdy Rosjanie wreszcie go oddadzą. Janicki wie – i tego bardzo się boi – że wrak stanie się pamiątką czy wręcz relikwią. Sam chciałby go przetopić, opchnąć jako złom czy części z samolotowego szrotu, ale wie, że się nie da. No i szuka pomysłu, ale nie może znaleźć.

„Gazeta Polska” reklamuje i opisuje film Anity Gargas „Anatomia upadku”. Recenzje widzów – tu mamy Bronisława Wildsteina, Pawła Lisickiego i Michała Karnowskiego – są bardzo pozytywne. Film jest dołączony do „GP”, więc każdy może sam się przekonać. A propos wojska – w „GP” duży tekst Cezarego Gmyza na temat mizerii naszej armii. Lektura pouczająca, choć – niestety – przygnębiająca.

Czytaj także

 0

Czytaj także