Sztyletnicy – zapomniani polscy egzekutorzy

Sztyletnicy – zapomniani polscy egzekutorzy

Zamach na Fiodora Berga
Zamach na Fiodora Berga / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 13
Zamachy na dostojników zaborczych, policjantów i donosicieli spotkały się z poparciem narodu

W sobotni poranek 27 czerwca 1862 r. namiestnik Królestwa Polskiego Aleksandr Nikołajewicz Lüders odbywał swój codzienny spacer. Każdego dnia przed rozpoczęciem pracy w swojej siedzibie na warszawskim Zamku Królewskim wybierał się do Ogrodu Saskiego, żeby dla zdrowia napić się sztucznie mineralizowanej wody w tamtejszym Instytucie Wód Mineralnych. W pogodny sobotni poranek po Ogrodzie Saskim przechadzały się tłumy spacerowiczów.

Lüders kategorycznie zakazał swoim adiutantom i policjantom towarzyszenia mu w porannych przechadzkach. Nie zmienił postanowienia, mimo że sytuacja w Warszawie stawała się coraz bardziej napięta. Prąca do powstania frakcja czerwonych wciąż prowadziła agitację wśród rosyjskich żołnierzy stacjonujących w Królestwie Polskim. „Dopóki Polska będzie gnębiona, Rosja nie może być wolna” – głosiły rosyjskojęzyczne ulotki przemycane do rosyjskich garnizonów. Dzień wcześniej z rozkazu Lüdersa stracono w Modlinie trzech oficerów carskich ze stacjonującego w Warszawie 4. Batalionu Strzeleckiego. Śledztwo wykazało, że Polak Franciszek Rostkowski, Łotysz Jan Arnhold i Ukrainiec Piotr Śliwiński byli zakonspirowanymi działaczami rewolucyjnymi, którzy potajemnie współpracowali z Polakami. Dwaj zaangażowani w spisek szeregowi, białoruski Żyd Lejb Szczur i Rosjanin Wasyl Kapliński, zostali zesłani na katorgę.

Zamach na Lüdersa

Lüders niczego się jednak nie obawiał. Zmierzał spokojnie stałą trasą i wszedł do budynku instytutu. Nie miał szans dostrzec młodego mężczyzny, który podszedł do niego od tyłu, przystawił mu pistolet do karku i pociągnął za spust. Pocisk przeszedł Lüdersowi przez szyję, wpadł od tyłu do gardła, poharatał język i wyszedł ustami. Gdy namiestnik upadł na ziemię, zamachowiec spokojnie schował pistolet do kieszeni i wolnym krokiem, nieniepokojony przez zszokowanych spacerowiczów, wyszedł tylnymi drzwiami budynku.

Zamachowcem był Andriej Potiebnia, Ukrainiec, oficer rosyjskiej armii. Potiebnia wspólnie ze straconym w Modlinie Kaplińskim i innym carskim oficerem Polakiem Jarosławem Dąbrowskim stanowili trzon konspiracyjnego, rewolucyjnego Komitetu Oficerów I Armii. Opracowano już plan rozpoczęcia zrywu narodowego: Polacy razem ze zrewoltowanymi oddziałami rosyjskimi mieli wspólnie opanować stolicę. Plan odrzucili jednak działacze umiarkowanej frakcji białych. Dąbrowski z Potiebnią, rozczarowani przegraną tym razem rozgrywką polityczną, skupili się więc na pomszczeniu straconych przez Rosjan towarzyszy. Lüders, znienawidzony już w Królestwie za rządy twardej ręki i stosowanie terroru wobec społeczeństwa, miał odpowiedzieć śmiercią za wydany na nich wyrok.

Jednak niesłychanym zrządzeniem losu strzał Potiebni w Ogrodzie Saskim okazał się nieskuteczny. Namiestnik przeżył. Potiebnia miał zginąć dopiero rok później, prowadząc do ataku polskich kosynierów w bitwie pod Pieskową Skałą.

Czytaj także:
Bomby przeciw caratowi

Zamach na rosyjskiego namiestnika zszokował zarówno Rosjan, jak i Polaków, którzy nie wiedzieli, jak na to wydarzenie zareagować. W polskiej tradycji bowiem nie tolerowano terroru, również wobec okupanta. Już wkrótce miało się to zmienić. Strzał Potiebni w Ogrodzie Saskim był bowiem pierwszym z wielu podobnych wydarzeń. Zamachy na carskich urzędników i zdrajców już wkrótce stały się w Warszawie codziennością, a zamachowcy z racji częstego posługiwania się nożami zdobyli miano sztyletników.

Szczęście wielkiego księcia

Aleksandr Lüders wyjechał do Paryża na leczenie, a nowym namiestnikiem został drugi syn cara Mikołaja I, wielki książę Konstanty Mikołajewicz Romanow. Konstanty cudem uniknął śmierci już 2 lipca, w dniu przyjazdu do Warszawy i tydzień po zamachu na Lüdersa. Gdy wysiadłszy z pociągu na Dworcu Petersburskim, witał ustawioną na peronie wartę honorową, w tłumie gapiów na sposobną chwilę czekali, ściskając nerwowo rewolwery, dwaj niespełna 22-letni zamachowcy, Edward Rodowicz i Ludwik Jaroszyński, czeladnicy krawieccy, koledzy z pracy i nierozłączni przyjaciele. O tym, że mają zastrzelić samego wielkiego księcia, dowiedzieli się kilka godzin przed jego przyjazdem od swojego zwierzchnika w konspiracji Ignacego Chmieleńskiego. Gdy Konstanty był w odległości kilku kroków od ofiary, Jaroszyński zrezygnował z pociągnięcia za spust, gdyż ujrzał wielką księżnę Aleksandrę, która była brzemienną.

Zamach doszedł do skutku następnego dnia. Jaroszyńskiemu udało się strzelić do Konstantego, gdy wielki książę po obejrzeniu opery odjeżdżał powozem spod Teatru Wielkiego. Jednak, jak donosił dzień później oficjalny „Kurjer Warszawski”: „Dobrotliwa Opatrzność czuwała nad życiem tak drogiem”. Kula przebiła palto i surdut Konstantego, drasnęła szyję i zatrzymała się w epolecie. Rodowicz sądząc, że strzał był śmiertelny, oddalił się niepostrzeżenie z miejsca zdarzenia, a Jaroszyński nie miał szans na ucieczkę. Obecni na miejscu policjanci obezwładnili go i wznoszącego okrzyki, że „pomścił się za gnijącą ojczyznę”, odwieźli do Cytadeli.

Temperament ocalił margrabiego

Część działaczy z Agatonem Gillerem i Bronisławem Szwarcem na czele potępiała metody Dąbrowskiego i Chmieleńskiego. Szwarce pisał później, że Chmieleński „marzył tylko o sztyletowaniu, wieszaniu, o bombach i zamachach”. Giller z kolei wspominał: „Walczyłem przeciw Chmieleńskiemu wściekle i hamowałem go, ile mogłem; bo jego metoda jest stanowczo złą; dobra sprawa nigdy na morderstwie nic nie wygra”. Jednak działania Gillera mogły ograniczyć się już tylko do ostentacyjnego umycia rąk. Konspiracyjna prasa potępiała zamachy raczej tylko dla zachowania pozorów. „Nie jesteśmy zwolennikami zamachów na życie, wolelibyśmy, żeby ich nie było” – oceniała podziemna „Strażnica”, żeby zaraz zaprotestować przeciwko potępianiu zamachowców, którzy „czynem gwałtownym dowiedli, że najazd zaczął już wyczerpywać cierpliwość narodu”.


Arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński próbował jeszcze tonować nastroje, potępiając z ambony próby morderstw, ale sympatia społeczeństwa była już po stronie zamachowców. Duży wpływ na taki obrót spraw miał proces Ludwika Jaroszyńskiego, w którym zachował on do końca godną postawę, nikogo nie wydając. Nastroje udzieliły się nawet umiarkowanemu stronnictwu białych. Na Jaroszyńskiego wydano wyrok śmierci, za co opinia publiczna obarczyła odpowiedzialnością znienawidzonego już wówczas powszechnie i uznawanego za zdrajcę naczelnika rządu cywilnego Królestwa, margrabiego Aleksandra Wielopolskiego.

Późnym popołudniem 7 sierpnia Wielopolski zajechał powozem do Komisji Przychodów i Skarbu na placu Bankowym. Wszedł do budynku i powoli, podpierając się laską, zaczął wchodzić po schodach na piętro. Nie stracił przytomności umysłu, gdy nagle dwa kroki przed nim wyrósł zamachowiec z wymierzonym weń pistoletem. Wielopolski zamachnął się na swojego niedoszłego zabójcę laską, wyzywając go gniewnie od zbójów. Zamachowcem był Ludwik Ryll, 19-letni litograf. Skonsternowany nietypowym zachowaniem Wielopolskiego się zawahał. Dopiero po chwili, już z większej odległości, oddał dwa strzały. Trafił w regał z papierami i w drzwi. Próbował uciekać, ale po kilku krokach zatrzymali go stróże. Jeśli wierzyć rosyjskiemu historykowi Mikołajowi Bergowi, który miał dostęp do akt procesowych, to na przebieg zajścia mógł wpłynąć fakt, że Ryll wypił przed akcją kilka piw.

Zupełnie inną metodę wybrał kilka dni później inny pracownik warsztatu litograficznego, dziesiętnik organizacji czerwonych i rówieśnik Rylla Jan Rzońca. W piątkowy wieczór 15 sierpnia siedział na ławce w Alejach Ujazdowskich i czekał na powóz, którym Wielopolski jechał z żoną na spacer do Łazienek. W kieszeni miał sztylet pokryty tłuszczem zmieszanym ze strychniną. Gdy Wielopolski przejeżdżał obok ławki, na której siedział Rzońca, zamachowiec podbiegł do powozu, stanął na schodku i próbował trafić margrabiego ostrzem noża. Wielopolskiemu udało się uchylić i sztylet przebił tylko jego kapelusz. Rzońca rzucił się do ucieczki, ale stangret Wielopolskiego ciął go biczem po twarzy, a po kilku krokach zamachowca obezwładnił syn margrabiego.

Rzońcę i Rylla szybko skazano na śmierć. Gdy tydzień po Jaroszyńskim zostali straceni na stokach Cytadeli Warszawskiej, w całym Królestwie odprawiano za nich msze żałobne. Stronnictwo czerwonych, a wraz z nim opinia publiczna traktowali ich jak męczenników. W Warszawie rozrzucano ulotki z wierszem anonimowego autora kończącym się wersami: „A na krwawej tarczy słońca/Trzy imiona błyszczą/Rzońca, Jaroszyński, Ryll/A nie mogąc znieść – jęków bratnich w Imię Boga/Dzielnie chłopcy szli na wroga/ Cześć wisielcom, cześć!”. Jak wspominał jeden z pamiętnikarzy, Warszawa żegnała zamachowców „tłumnie i w złowieszczym milczeniu”. Dotychczas niezwykle rzadko bohaterami sprawy narodowej stawali się ludzie niewywodzący się ze szlachty. Postawa Jaroszyńskiego, Rzońcy i Rylla uwiarygodniała więc program stronnictwa czerwonych, które dążenia niepodległościowe łączyło z hasłami radykalnej zmiany stosunków społecznych i zniesienia różnic stanowych.

Strach agentów

Konstanty starał się tonować patriotyczne nastroje, nominując Polaków na wysokie stanowiska i czyniąc pojednawcze gesty wobec obozu białych. Rosjanie nie chcieli bowiem dopuścić do współdziałania obu polskich frakcji. Działacze białych, wyczuwając okazję, zażądali nadania Królestwu konstytucji i powiększenia go do granic przedrozbiorowych, co z kolei tak rozzłościło cara, że nakazał przywódcy białych, Andrzejowi Zamoyskiemu, wyjazd za granicę. Droga do porozumienia polskich ziemian z carem została zamknięta.

Czytaj także:
Romanowowie. Dynastia, która zaprowadziła Rosję w tupik

Aleksandra Wielopolskiego i Konstantego nie odstępowała na krok liczna eskorta policyjna. Jednak wraz z wybuchem powstania nadeszła druga fala zamachów. Tym razem za cel obrano agentów i współpracowników tajnej policji, którzy zagrażali podziemnym władzom. Zamachów dokonywali funkcjonariusze tajnej polskiej policji, którzy działali na podstawie aktów prawnych wydawanych przez Rząd Narodowy.

Sztylety dosięgały denuncjatorów, szpiegów, fałszerzy pieczęci Rządu Narodowego, którzy za ich pomocą wyłudzali pieniądze, i komisarzy carskiej policji. Na ulicach i we własnych mieszkaniach ginęli członkowie komisji śledczej, która w brutalny sposób egzekwowała obowiązujące w objętej stanem wojennym Warszawie, i urzędnicy sądowi, którzy uczestniczyli w wydawaniu wyroków śmierci na Polakach. Szczególnie szerokim echem odbił się zamach na Aleksandra Miniszewskiego, dziennikarza „Dziennika Powszechnego”, gazety, która piętnowała i wyśmiewała powstańców. Przebieg tego zamachu, który przekazał Mikołaj Berg, można uznać za typową akcję sztyletników: „Rano dnia 2 maja zakradli się do galeryi oszklonej, a gdy Miniszewski wychodził w szlafroku i naturalnie bez broni, wypadli z ukrycia i zadali mu trzy śmiertelne rany w szyję, serce i piersi, tak, że nie wydawszy najmniejszego okrzyku, jak piorunem rażony, runął na ziemię. Sztyletnicy najspokojniej zeszli z galeryi i napotkanemu w bramie policjantowi powiedzieli, by poszedł na górę, gdyż komuś tam zrobiło się słabo!”.

Większość sztyletników pozostawała nieuchwytna. We wrześniu 1863 r. naczelnik warszawskiego garnizonu żandarmerii, pułkownik Raspopow, pisał w raporcie, że „chociaż niektórych wykonawców krwiożerczego komitetu złapano na miejscu zbrodni, stracenie ich nie wywołało należytej reakcji w umysłach ludności miejskiej. Tracąc na szubienicy jednego ze swych podwładnych, komitet zyskuje setki innych […] bezczynność mieszkańców w trakcie zabójstw staje się coraz bardziej przerażająca. […] Nad zasztyletowanymi urzędnikami mało kto się zlituje, prawie nikt nie chce oddać im ostatniej posługi. Natomiast w trakcie egzekucji zamachowców rzuca się w oczy powszechne ubolewanie, słychać westchnienia i płacz kobiet”.

Sztyletnicy bohaterami

W kwietniu 1863 r. sztyletnicy stanowili już samodzielną formację. Na jej czele stanął Emanuel Szafarczyk, ewangelik z warszawskiej Woli. Dowodzona przez niego formacja, składająca się w głównej mierze z czeladników i majstrów z warsztatów szewskich, cyrulików i dorożkarzy, siała postrach wśród Rosjan i współpracujących z nimi Polaków. Gdy 19 września rozpoczynał swój pierwszy dzień urzędowania Fiodor Berg, nowy namiestnik Królestwa Polskiego, z okien kamienicy przy Nowym Świecie na jego powóz poleciały bomby. Nie wyrządziły mu jednak krzywdy, raniąc jedynie zaprzęgnięte do powozu konie. W odwecie za próbę zamachu carscy żołnierze zdemolowali kamienicę przy Nowym Świecie, z której wyrzucono bomby. To wówczas miała miejsce scena opisana później przez Norwida: na bruk upadł fortepian Chopina.

Fala egzekucji przybrała największe rozmiary latem i jesienią 1863 r. Później coraz bardziej osłabionym władzom konspiracyjnym trudno było egzekwować własne wyroki i rozporządzenia. Ostatnia akcja sztyletników w Warszawie odbyła się 4 stycznia 1864 r. Emanuel Szafarczyk został ujęty, po tym jak w trakcie rosyjskiego śledztwa jeden z jego podwładnych załamał się i złożył obszerne zeznania.

– Gdy rozpoczynałam badania, spotykałam się z niechęcią innych historyków – mówi „Historii Do Rzeczy” dr Zofia Strzyżewska, jedna z nielicznych autorek prac naukowych na ten temat. – Sztyletników powszechnie uważano wówczas za terrorystów, którzy nie przynoszą chluby powstańcom styczniowym – dodaje.

Do dziś trudno ustalić historię zamachów i to, w jakim stopniu były one aprobowane przez konspiracyjne władze. Nieliczne akta uległy zniszczeniu w czasie II wojny światowej. Wiadomo, że od sztyletników odżegnywali się działacze stronnictwa białych i umiarkowanego skrzydła czerwonych. Jeden z nich, Oskar Awejde, twierdził nawet, że Rząd Narodowy nie był informowany o planach zamachowców i akceptował ich działania po fakcie, by uniknąć pęknięcia konspiracji. Wszystkie świadectwa są natomiast zgodne co do jednego – w oczach współczesnych sztyletnicy byli bohaterami.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2013
Artykuł został opublikowany w 1/2013 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 13
  • Kamil IP
    Dodaj odpowiedź 0 0
      Odpowiedzi: 0
    • Mirek IP
      A dzisiaj zdrajcy Polski szkalują nas i nic z tym nie robimy . Mam nadzieję że za te wszystkie zdrady te ZDRADZIECKIE MORDY jeszcze odpowiedzą karnie .
      Dodaj odpowiedź 21 3
        Odpowiedzi: 0
      • Tutejszy IP
        Pamiętajmy że już w przyszłym roku będą wybory do Parlamentu Europejskiego, i będzie szansa na przepędzenie precz thunów, oedenburgów, bonich i innych zdrajców/folksdojczów gdzie pieprz rośnie.
        Dodaj odpowiedź 35 5
          Odpowiedzi: 0
        • GERWAZY IP
          CZESC i CHWALA BOHATEROM za walke z ZABORCA POLSKI !!!
          TERAZ TACY BY SIE PRZYDALI PATRZAC ILU MAMY SZMALCOWNIKOW -DONOSICIELI NA POLSKE !
          Dodaj odpowiedź 55 16
            Odpowiedzi: 0
          • Natura IP
            O czym tu piszą? Czyli mam wziąść nóż i zacząć zabijać najeźdźców? Ok. Tyle tylko, że polski rząd musi mi zagwarantować licencję na to zabijanie. Najeźdźca, to każdy kto nielegalnie dostaje się do mojego kraju.
            Dodaj odpowiedź 15 10
              Odpowiedzi: 2
            • milosierdzie_gminu IP
              Przypomnę prawiczkom że szytlenitcy to "czerwoni" czyli lewacki obóz w powstaniu.. w sumie to większość aktywnych zbrojnie powstańców była lewakami - socjalistami, anarchistami, narodnikami, komunistami itd... "Biała" to ta która wolała się układać z zaborcą... np Hotel Lambert. Tym sposobem t głównie "czerwoni" byli ofiarami represji.
              Dodaj odpowiedź 17 10
                Odpowiedzi: 0
              • powstaniec IP
                Szkoda, że nie wspomniano o akacjach Janka Białego - ten to wyczyniał cuda! Łącznie z wejściem do policmajstra, przedstawieniu się kim jest i przekabaceniu go na polską stronę. To był majstersztyk.
                Dodaj odpowiedź 19 1
                  Odpowiedzi: 0
                • (wujek) Olek IP
                  Wzięli przykład od sykariuszy, żydowskich radykałów I. wieku po Chr.
                  Dodaj odpowiedź 16 3
                    Odpowiedzi: 0
                  • Marian IP
                    Jaka jest analogia pomiędzy Sztyletnikami z 1863 a dzisiejszymi nożownikami?
                    Dodaj odpowiedź 13 13
                      Odpowiedzi: 1

                    Czytaj także