Wojna o Morskie Oko

Wojna o Morskie Oko

Pocztówka z Zakopanego, 1916 r.
Pocztówka z Zakopanego, 1916 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Gdyby Władysława Zamoyskiego Niemcy nie wypędzili z Wielkopolski, zapewne stracilibyśmy Morskie Oko. Dziś dzielilibyśmy je ze Słowacją.

W tej historii jest wiele ważnych momentów, ale kluczową rolę odegrała licytacja dóbr zakopiańskich w maju 1889 r. Odbyła się ona po unieważnieniu poprzedniej, w wyniku której właścicielem dóbr został kupiec z Nowego Targu Jakub Goldfinger posiadający dwie papiernie. Interesowały go tatrzańskie lasy. Krakowski adwokat Józef Stanisław Retinger, działający na polecenie Władysława Zamoyskiego, po przejrzeniu dokumentów licytacji dopatrzył się uchybień formalnych.

Do walki stanął ponownie Goldfinger, wzięli w niej udział jego ziomek Kolischer oraz Towarzystwo Ochrony Tatr. Toczyła się ona o tatrzańskie lasy, lecz jej wynik miał także wkrótce zadecydować o losach Morskiego Oka. „Zresztą Kolischer czy Goldfinger znaczyło to samo, co zamknięcie gór, wycięcie lasów, zniszczenie, rabunkowe gospodarstwo, wyzysk górali i upadek miejscowości” – taką ponurą wizję kreślił Henryk Sienkiewicz w prasowej relacji w „Głosie” z licytacji.

Obrona lasów

Tatrzańskie lasy były już bardzo przetrzebione przez poprzednich właścicieli. W 1870 r. dobra zakopiańskie kupił żydowski bankier z Berlina, Ludwik Eichborn, który następnie przekazał je w 1881 r. zięciowi Magnusowi Peltzowi. Obaj byli oskarżani o rabunkową gospodarkę leśną, a tym samym niszczenie tatrzańskiego krajobrazu. Co ciekawe, Eichborn był jednocześnie współzałożycielem Towarzystwa Tatrzańskiego, Muzeum Tatrzańskiego. Ofiarował grunt pod budowę schroniska nad Morskim Okiem oraz budulec.

Retinger w broszurze „Spór o Morskie Oko. W odpowiedzi »Pester Lloydowi«”(1893) pisał, że gdy władze administracyjne zakazały dalszego rabunkowego wyrębu, właściciele dóbr tatrzańskich wzięli się na sposób. Zaczęli robić takie przecinki „w punktach linii wichrowych”, że „wiatry halskie” dokonały reszty. Pozostawało tylko zwieźć powalone drzewa do tartaku i papierni.

Towarzystwo Ochrony Tatr powołane do życia przez Towarzystwo Tatrzańskie zaczęło zbierać pieniądze na zakup dóbr zakopiańskich. Dość późno jednak i – jak pisał Sienkiewicz – „mimo ogólnej niechęci do składek”.

Czytaj także:
Górale Hitlera

Uzbierano 80 tys. guldenów (złotych reńskich) i z tą sumą oraz z nadzieją, że w razie wygranej reszta wylicytowanej sumy uzbierana zostanie w drodze dalszych składek, Towarzystwo Ochrony Tatr przystąpiło do gry. Przy 417 tys. guldenów obrońcy lasów jednak odpadają. Na placu boju zostają Goldfinger i Kolischer. I nagle, gdy stawka zostaje podbita do 425 tys., włącza się adwokat Retinger.

„– Czterysta dwadzieścia pięć tysięcy! – powtarza urzędnik.

– I centa – dodaje z flegmą Retinger.

Pot pokrywa czoło Goldfingera, ale walczy jak rycerz, który chce drogo sprzedać życie... chciałem powiedzieć: Zakopane. Sam przerażony, pragnie przerazić przeciwnika i postępuje po tysiąc reńskich. Retinger natomiast zachowuje spokój głazu i na domiar wszystkiego igra okrutnie ze współzawodnikiem. Raz postępuje centa, potem rzuca tysiącami guldenów, jakby pieniądze nie miały dla niego znaczenia – to znów ofiaruje o centa więcej” – relacjonował Sienkiewicz.

Przy 460 tys. załamany Goldfinger pasuje. Wtedy Retinger składa oświadczenie, że działał w imieniu Władysława Zamoyskiego.

Kosmopolityczny sos

Trzydziestosześcioletni hrabia, właściciel Kórnika, został kilka lat wcześniej wygnany z Wielkopolski i osiadł w Galicji. Był jedną z 30 tys. ofiar rugów pruskich. Wszyscy Polacy nieposiadający pruskiego obywatelstwa – Zamoyski miał francuskie – zostali na mocy rozporządzenia z 1885 r. zmuszeni do opuszczenia Prus, głównie Wielkopolski i Górnego Śląska.

Kupując dobra zakopiańskie, Zamoyski nie kierował się tylko troską o lasy tatrzańskie. Retinger, zaufany Zamoyskiego, pisał, że pod Tatrami zjawił się robiący legalne i nielegalne interesy „tłum różnorodnych Prusaków rozjeżdżających się po Zakopanem z butą junkierską, pogardzający wszystkiem, co polskie lub austryjackie, otoczonych tłuszczą najgorszego gatunku chałaciarzy”. Jak zauważał krakowski adwokat, pod Tatrami handel prowadzili „Żyd z Prusakiem pod firmą Górala”, a sami górale chcąc się dostosować, zaczęli łamaną niemczyzną kaleczyć swój język i przejmowali obce obyczaje. Zamoyski już doświadczył, co znaczą obce rządy na polskiej ziemi, i chciał się im przeciwstawić w Zakopanem. Kupując dobra zakopiańskie, zadłużył dobra kórnickie i pożyczył pieniądze od matki. A także od... niemieckiego banku.

W tym samym czasie inną – i również zwycięską – batalię o narodowe oblicze Zakopanego rozpoczął Stanisław Witkiewicz, malarz, publicysta i krytyk sztuki, który w 1890 r. osiadł pod Tatrami. W wydanej rok późnej książce „Na przełęczy. Wrażenia i obrazy z Tatr” pisał o schronisku nad Morskim Okiem: „Najlichsza koliba juhasów ma swój wdzięk, ma swoją logikę, charakter, ze względu na to, gdzie, na co i przez kogo jest zbudowaną. Ale taki chlew, jak ten, który bezimienny budowniczy wzniósł w miejscu najsławniejszym z piękna na całym obszarze kraju – jest po prostu odrażającym. Jest coś przedkulturnego – jest to Holzkonstruction, jak mówią profesorowie szkoły snycerskiej w Zakopanem”.

Witkiewicz zamierzał przeciwstawić się zabudowaniu Zakopanego „szwajcarszczyzną wprowadzoną w jakimś kosmopolitycznym sosie”, a rozpowszechnianą przez niemieckich architektów. Proponował sięgnięcie do podhalańskiego budownictwa ludowego. Szło o to, żeby wszystkie, najcharakterystyczniejsze i najbardziej rozwinięte pierwiastki góralskiego budownictwa zużyć, a inne, będące w stanie zaczątkowym, rozwinąć odpowiednio do wyższych wymagań życia, rozwinąć, nie niszcząc ich istotnego charakteru” – pisał Witkiewicz. Pod Tatrami zaczęły powstawać domy w stylu zakopiańskim. Najsławniejsze z nich to Koliba i willa Pod Jedlami.

Nabywając dobra zakopiańskie, Zamoyski najpewniej wiedział, że obszar położony przy Morskim Oku, pomiędzy Rysami, grzbietem Żabiego i Potokiem od Rybiego, liczący około 515 ha, jest terenem od dawna spornym, do którego rościli sobie prawo właściciele dominium dunajeckiego i dóbr jaworzyńskich – Horváthowie-Paloscayowie i Alapi-Salamonowie. Spór „zakopiańsko-jaworzyński” nie miał jednak tylko charakteru prywatnego, lecz posiadał wymiar polityczny. Przed rozbiorami granica Rzeczypospolitej biegła wzdłuż rzeki Białki, potokiem Białej Wody, Rówienkowym Potokiem, wspinała się na Graniastą i stamtąd biegła główną granią Tatr. Tak więc nie tylko Dolina Rybiego Potoku, w której znajduje się Morskie Oko, lecz także doliny Białej Wody i Rówienkowa należały do Polski. Tuż przed pierwszym rozbiorem Austria zagarnęła starostwo spiskie. Wtedy też austriacki płk von Seeger i węgierski radca dworu Török wyrysowali mapę, na której granica między polskimi jeszcze ziemiami a węgierskimi biegnie wschodnią granicą Morskiego Oka, nie przecinając go jeszcze.

Korzystając z rozbiorów, węgierscy magnaci uznali, że ich tatrzańskie włości należały do Królestwa Węgier, nie zaś do austriackiej Galicji. I tak też nieformalnie przesunęli granicę, uważając, że powinna przebiegać od Mięguszowieckich Turni (później od Rysów), przecinać Czarny Staw oraz Morskie Oko i iść dalej Rybim Potokiem. Dlatego też ludzie Palocsayów pewnego razu „zafantowali” góralom z Białki dwa konie. Zaczęto też rąbać las Pod Rybim, aż doszło, wobec skarg Homolasców z Zakopanego, do administracyjnego zakazu używania spornego terytorium.

W 1858 r. właścicielka dóbr zakopiańskich, Homolascowa, odstąpiła nawet ten teren spadkobiercom barona Palocsaya. Ugoda ta jednak, zawarta bez zgody władz austriackich, była bezprawna, a tym bardziej nie mogła wytyczyć granicy administracyjnej między Królestwem Węgier i Galicją.

Wojna z Prusakiem

Zamoyski stał się sąsiadem niemieckiego arystokraty, przemysłowca, tytularnego pruskiego generała Christiana Hello-Öhringena, który 10 lat wcześniej zakupił od Aladára Salamona jego dobra jaworzyńsko-lendackie, obejmujące między innymi Tatry Jaworzyńskie i Jaworzynę Spiską. Nic dziwnego, że konflikt wygnanego przez Prusaków Zamoyskiego z Hohenlohem o sporne terytorium w czasie, gdy w Wielkopolsce trwało wydzieranie Polakom ziemi przez Niemców, stał się wojną polsko-niemiecką pod flagą biało-czerwoną. Zamoyski deklarował wprost, że „Majątku, jaki mi Bóg w ręce oddał, nigdy nie uważałem za własność moją, lecz za własność Polski w czasowem mojem posiadaniu, własność, z której uronić mi niczego nie wolno”.


Na granicach swoich dóbr postawił Zamoyski tablice z napisem: „Państwo Zakopiańskie”. Hohenlohe kazał je usunąć. Od tego się zaczęło. Obaj zaczęli wytaczać sobie procesy o naruszenie posiadania. Hohenlohe zaangażował w obronę spornego terytorium żandarmów węgierskich, a to już oznaczało upolitycznienie konfliktu i jego umiędzynarodowienie. Chociaż miał miejsce w obrębie ten samej monarchii, to chodziło obu stronom sporu o to, by granica ich dóbr była jednocześnie granicą polityczną między jej częściami składowymi – Węgrami i Austrią.

Anonimowy autor „Listu poufnego” przeznaczonego dla posłów we Lwowie i w Wiedniu, wydanego około 1892 r. – być może był nim sam Zamoyski – pisał, że żandarmi węgierscy nie dopuścili nań galicyjskich urzędników sądowych. Zauważał, że z kolei żandarmi galicyjscy „sami Niemcy niemówiący po polsku bratali się z Niemcami Hohenlohego, z nas i naszych praw drwiąc i urągając, chłopów uczyli, by dali spokój skargom, bo i tak na nic się nie zdadzą”. Chłopami nazwał autor górali Nowobilskich z Białki, którzy na mocy przywileju Jana Kazimierza mieli prawo wypasu nad Morskim Okiem i byli posiadaczami większości spornego terenu.

Tną, rąbią i topią

Zamoyski pragnąc udowodnić swoje prawo do terenu, a zarazem przynależność do Galicji, pozwalał góralom kłusować. Rzecz szła o to, by sąd w Nowym Targu ich ukarał, co oznaczałoby, że sporny teren znajduje się w gestii władz galicyjskich, nie zaś węgierskich. Rzecz jasna, zarząd dóbr zakopiańskich zwracał góralom sumę, na zapłacenie której zostali skazani, i jeszcze ich wynagradzał.

Hohenlohe wbrew zakazowi wykonywania prawa własności na spornym terenie kazał niszczyć ścieżki wokół Morskiego Oka, postanowił budować tam domy myśliwskie i schroniska dla żandarmerii. Pozostawienie ich w spokoju oznaczałoby faktyczne zaakceptowanie własności niemieckiego księcia.

Gdy w 1890 r. powstał posterunek dla żandarmerii, to – jak pisał leśniczy Władysław Bieńkowski, świadek i uczestnik sporu – górale „nie rozkoszowali się długo architekturą nowej budowli, ale zaraz przygotowane piły puścili w ruch, a w niespełna godzinę pływały przepołowione belki niedoszłego schroniska po modrych falach Morskiego Oka”. Kolejny budynek dla żandarmów nie postał zbyt długo, o czym Bieńkowski pisze z nieskrywaną ironią: „Zaszedł jakiś vis maior, że schronisko się spaliło. Mówiono o jakimś zimowym piorunie, czy coś podobnego, ale właściwej przyczyny nikt nie zgadł ni przedtem, ni potem”.

Oczywiście była to robota górali. Podobnie skończył postawiony przez administrację Hohenlohego szałas. Bieńkowski dostał wprost polecenie od Zamoyskiego, że ma być „zniesiony”. Zmobilizował górali. W przeciągu 20 minut szałas przedstawiał kupę porąbanego drewna”.

Zapalczywi górale byli gotowi siłą i zbrojnie przepędzić służbę Hohenlohego oraz żandarmów. Pewnego razu zebrało się około stu zdeterminowanych górali, których miała powstrzymać interwencja Zamoyskiego. Zrobił to dlatego, by zmusić – przez wykazanie, że blisko jest do rozlewu krwi – do działania w obronie jego dóbr, a zarazem granic galicyjskich urzędników sądowych i administracyjnych z Nowego Targu. Innym razem domagał się, by wysłali żandarmów, bo jeśli tego nie uczynią w porę, to potem żandarmi będą już tylko zbierać trupy. Oświadczał wreszcie staroście nowotarskiemu, że bierze na siebie całą odpowiedzialność za to, co się stanie w obronie prawa jego i górali, „choćby i dziesięciu ludzi trupem położono”.

Jedynymi śmiertelnymi ofiarami konfliktu polskiego hrabiego i niemieckiego księcia padły trzy woły tego ostatniego, pasące się na spornym terytorium. Zostały porwane przez górala Wojciecha Nowobilskiego, załadowane na tratwę i utopione w jeziorze.

Droga Balzera

Rozstrzygnięcie konfliktu, który przestał mieć charakter prywatny, nie mogło jednak zapaść na szczeblu powiatowym. Zamoyski alarmował i naciskał władze Galicji, by mocno zaangażowały się w obronę spornego terytorium. W 1893 r. sejm krajowy wysłał delegację do Franciszka Józefa. Cesarz obiecał arbitraż w tej sprawie. Rok później historyk Aleksander Czołowski opublikował na zlecenie władz galicyjskich „Sprawę sporu granicznego przy Morskim Oku. Wywód historyczno-prawny”.

Do Morskiego Oka prowadzi Droga Oswalda Balzera. Tak został uhonorowany lwowski historyk prawa, reprezentant interesów Galicji przed obradującym w Grazu w 1902 r. sądem rozjemczym, któremu przewodniczył Jan Winkler, prezydent szwajcarskiego trybunału związkowego. Balzer przemawiając przez cztery dni, w erudycyjnym wywodzie – wykorzystując także materiały zbierane przez Zamoyskiego – wykazywał, że na prawa do spornego terytorium wskazują dokumenty królów polskich, przebieg polskiej granicy do rozbiorów sięgającej na wschód od niego, a także to, że było ono opodatkowane w Galicji.

Jednak nie te argumenty były dla sądu polubownego najważniejsze. Stwierdził on, że nie było ani układu państwowego w sprawie przebiegu granicy na spornym odcinku, ani też żadnej decyzji państwowej obowiązującej obie strony konfliktu. Odrzucił też argument o odwiecznym posiadaniu, skoro niemal od 150 lat każda ze stron wykonywała na spornej ziemi, przy braku zgody drugiej, a nawet popadając w zatarg, swe prawa.

Sąd postanowił więc wyznaczyć granicę naturalną, uwzględniając łatwiejszy dostęp do terenów przy Morskim Oku ze strony Galicji. Odrzucił węgierską propozycję, by granicę ustalić wzdłuż rzeki Białki – według Węgrów jej górny bieg stanowił Rybi Potok zaczynający się ich zdaniem na stokach Rysów i płynący przez Czarny Staw i Morskie Oko. Sąd uznał, że naturalna granica biegnie od Rysów przez grzbiet Żabiego, stamtąd do ujścia małego potoku do Rybiego Potoku, 700 metrów przed połączeniem z potokiem Podupłazki (Białej Wody). Jedynie małą część spornego terytorium, zaledwie 3 proc., z lasem przyznano Węgrom.

Po wyroku sądu rozjemczego Hohenlohe – nie kwestionując ustalonej granicy – sądził się dalej z Zamoyskim o sporne terytorium, lecz ostatecznie przegrał w 1909 r. w Najwyższym Trybunale Kasacyjnym w Wiedniu. „Bogu dzięki, bo co by to była za straszna rzecz, by tu byli mieli prusakowi pozwolić nad Morskim Okiem gospodarować” – skomentował Zamoyski.

Występując przez sądem polubownym w Grazu, prof. Balzer stwierdził, że Galicja nie wyrzeka się roszczeń do terenów na wschód od grzbietu Żabiego aż do Polskiego Grzebienia i Białej Wody, a więc tych, które należały do Rzeczypospolitej przed rozbiorami. W 1938 r. Polska odebrała Czechosłowacji te tereny, włącznie z dawną siedzibą Hohenlohego – Jaworzyną. Do września 1939 r. granica biegła główną granią Tatr.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 11/2014
Artykuł został opublikowany w 11/2014 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 1
  • Skrzypek na dachu IP
    Brawo Panie Hrabia Wladyslaw Zamojski .
    Dodaj odpowiedź 7 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także