Hańbiąca cisza

Hańbiąca cisza

Dodano

Na początku marca cała Polska się oburzała na słowa pewnego księdza, który powiedział, że dzieci, które przyszły na świat dzięki metodzie in vitro, są narażone w większym stopniu niż pozostałe na wady genetyczne. Słowa o bruździe dotykowej na czole stały się dowodem katolickiego zacofania, niedojrzałości, ciemniactwa i przede wszystkim pogardy. Księdza potępili genetycy i publicyści, znawcy i sprzedawcy, specjaliści od dzieci i eksperci od Kościoła, katolicy czynni i ukryci.

Niosła się ta fala potępienia jak Polska długa i szeroka. W końcu, słyszałem, znaleziono niepodważalny dowód na to, co od zawsze starały się wykazać feministki i antyklerykałowie. Kościół ludźmi pogardza, odbiera im godność, poza nawias wspólnoty wyrzuca i tylko istnienie państwa oświeconego wstrzymuje go przed żywszym okazywaniem swej przyrodzonej mizantropii. Na nic zdały się tłumaczenia, że słowa o bruź- dzie były jednostkową opinią, że badanie, czy sposób poczęcia nie odbija się na zdrowiu dzieci, jest rzeczą najbardziej naturalną na świecie, że – wreszcie – fakt większej podatności na choroby w żaden sposób nie ogranicza ludzkiej osobowej godności.

W zeszłym tygodniu nie jeden ksiądz, ale cała partia polityczna, i to jeszcze partia polityczna całą gębą, bo z Sejmu, zażądała, żeby księża mieli obowiązek noszenia przy sobie książeczek sanepidu. Powód? Księża udzielając komunii, roznoszą choroby zakaźne – tłumaczyli m.in. Janusz Palikot i Roman Kotliński. Na propozycję posłów odpowiedział rzecznik episkopatu, według którego na tym poziomie nie da się rozmawiać.

Słusznie. Tylko że to nie wystarczy. Taka propozycja powinna przecież doprowadzić do powszechnego potępienia palikociarzy. Nie powinno się ich nigdzie zapraszać, nie powinno się z nimi rozmawiać, spotykać i negocjować. Powinno się ich omijać szerokim łukiem. Równanie księży katolickich z roznosicielami chorób zakaźnych niczym przecież nie różni się od nazistowskiego wzorca, zgodnie z którym podbitej ludności wbijano do głów, że Żydzi równają się tyfusowi.

I w pierwszym, i w drugim przypadku chodzi o to samo: o zohydzenie i poniżenie grupy społecznej lub narodowej. O jej wyłączenie z grona ludzi. Jednym słowem – o dehumanizację.

Jednak pomysły Palikota nie wywołały fali oburzenia. Być może tylko wzruszenie ramion, albo ironiczne uwagi. Milczeli i milczą obrońcy godności powszechnej, znawcy od poniżeń i od humanizmu, rzecznicy tego i owego. Ci, którzy dwoją się i troją, byle tylko napiętnować kościelny ekskluzywizm, siedzą cicho jak mysz pod miotłą. Palikot jak brylował w telewizji, tak bryluje dalej. Jak budował koalicje, tak buduje. Ci, którzy tak oburzali się na rzekomą pogardę dla człowieka, kiedy padły słowa o bruździe, teraz, kiedy Palikot poniża ogół księży, nie reagują. Trudno o większą hipokryzję.

 0