Czerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Czerwoni nasyłali na nas kryminalistów. Mieliśmy na nich prosty sposób

Jerzy Jacek Pilchowski.
Jerzy Jacek Pilchowski. / Źródło: Fot: archiwum autora
Dodano 11
Esbecy przyszli koło pierwszej w nocy. Pomachali papierkiem i powiedzieli, że jestem internowany. Żona zapytała: „Co to znaczy internowany?” Odpowiedzieli: „Proszę się nie martwić. Niedługo wróci...”

Jerzy Jacek Pilchowski

Czerwona narracja o stanie wojennym była i jest dalej, z maniackim uporem, lansowana. Przedstawia się nas, czyli działaczy Solidarności, jako manipulowanych przez esbecję naiwniaczków.

Nie zacznę więc: 13 grudnia roku pamiętnego…

Wiedzieliśmy, co nadciąga i nazywaliśmy to stanem wyjątkowym. Trudno było jednak o tym mówić i pisać, gdyż wiedzieliśmy, że przez wielu szeregowych członków Solidarności będzie to odbierane jako obsesja. Dobrym tego przykładem, są moje własne doświadczenia. Pierwszego września 1980 r., czyli już po podpisaniu gdańskiego porozumienia, wałbrzyscy górnicy nie chcieli zakończenia strajku. Nie rozumieli, że jesteśmy na historycznym zakręcie i ważniejsze od podwyżek jest szybkie rozpoczęcie budowania wolnych związków zawodowych. Powiedziałem wtedy, że jeśli nie przyjmiemy gdańskiego porozumienia za swoje i strajki trwać będą dalej, to mogą przyjechać czołgi. Wlokło się to za mną w stylu: „Kim on jest, jeśli straszył ludzi czołgami?”.

Ośmieliła nas dopiero bydgoska prowokacja. Opracowaliśmy wtedy instrukcję „Społeczeństwo polskie w warunkach stanu wyjątkowego – zalecenia i przewidywania”.. Napisałem „opracowaliśmy”, choć nie uczestniczyłem bezpośrednio w pisaniu tego tekstu. Jest on jednak wynikiem naszych wcześniejszych rozmów. Dowodem jest podpis: „Za Prezydium MKS NSZZ Solidarność Wrocław Prezydium MKS NSZZ „Solidarność” województwa wałbrzyskiego”.

Po „Bydgoszczy”, zaczęła powstawać pewnego rodzaju konspiracja. Nie była to jakaś konkretna struktura. Były to rozmowy darzących się zaufaniem ludzi. Zaczęliśmy magazynować w prywatnych mieszkaniach matryce, farbę i papier.

Poważnym ostrzeżeniem, że czas konfrontacji jest już bliski była trwająca pięć godzin rewizja (22 listopada 1981 r.) w mieszkaniu Jacka Kuronia. Byłem na tym spotkaniu i widziałem jak się esbecy zachowywali. Nie było na co dłużej czekać i prezydium Zarządu Regionu Dolny Śląsk podjęło decyzję o ukryciu 80 milionów.

Uff. Wstęp mam za sobą. Teraz mogę zaczynać:

13 grudnia roku pamiętnego …

12 grudnia obchodziliśmy, w mieszkaniu teściów, imieniny żony. Po wyjściu gości zostaliśmy tam na noc. Esbecy przyszli koło pierwszej w nocy. Pomachali papierkiem i powiedzieli, że jestem internowany. Żona zapytała: „Co to znaczy internowany?” Odpowiedzieli: „Proszę się nie martwić. Niedługo wróci”.

Zawieźli mnie do KW MO, wprowadzili do pokoju przesłuchań.

Czytaj także:
„Jak się rodzi samodzielnie?!” Dziecko stanu wojennego

Czekał tam na mnie kapitan Marian Polerowicz. Znałem go dobrze. Znałem bowiem wielu esbeków. Od roku 1977, współpracowałem aktywnie z KOR-owską opozycją i Polerowicz był „towarzyszem dowódcą” (tak nazwał go kiedyś jeden z jego podwładnych) grupy, która mnie wielokrotnie aresztowała i robiła w naszym mieszkaniu rewizję.

On grał zawsze rolę „dobrego policjanta”, czyli podczas przesłuchań tłumaczył mi, że dla mojego dobra … i czasami nawet poczęstował kawą. Tym razem, powiedział twardym głosem: „Panie Jacku. To pańska ostatnia szansa. Inaczej długo pan nie wyjdzie”. Odpowiedziałem: „Trudno”.

Chwilę później, zostałem odprowadzony na dołek. W celi siedziało już trzech naszych. Rozmowa kręciła się dookoła pytania: „Co teraz?” Powiedziałem, że zaczął się nowy okres naszego działania. Naszym zadaniem jest teraz spokojnie siedzieć, niczego nie podpisywać i w żadne dyskusje z esbekami się nie wdawać. Trwał to godzinę. Może dwie. Oni wyraźnie chcieli rozmawiać do rana. Na imieninach żony nie wypiłem ani kieliszka, gdyż rano miałem jechać do Wrocławia. Byłem po prostu zmęczony. Położyłem się więc na pryczy i zasnąłem. Na drugi dzień atmosfera w celi nie była dobra. Koledzy odebrali to moje spanie jako pewnego rodzaju lekceważenie. Przepraszałem ich więc i tłumaczyłem, że dla mnie noc na dołku to nic nowego. Przy okazji starałem się namówić ich, aby brali ze mnie przykład i wyciszyli emocje.

Trzy lub cztery dni później, wywieźli nas do aresztu w Świdnicy. To była zmiana na lepsze. Cele w wałbrzyskim areszcie są ciemne i ciasne. Dzień przed wigilią miałem tam pierwsze widzenie z żoną.

Jej pierwsze słowa: Czy cię bili? Odpowiedziałem zgodnie z prawda, że nie. Uspokoiła się i powiedziała, że dobrze wyglądam. Sprawdziłem to później w lusterku. Miała rację. Byłem wypoczęty, gdyż mogłem wreszcie spać do woli.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia. Zrobiliśmy choinkę z papieru. Podzieliliśmy się opłatkiem, zaśpiewaliśmy kilka kolęd i wypaliliśmy duuużo papierosów. Rozmowa jakoś się nam nie kleiła.

W pierwszych dniach stycznia zaprowadzony zostałem na przesłuchanie. Było ich trzech. Ten, który usiadł po drugiej stronie stołu był chyba prokuratorem. Powiedział, że będzie proces KOR-owców i od tego jak się teraz zachowam zależy moja przyszłość. Nic nie odpowiedziałem i zaczęło się formalne przesłuchanie: Imię i nazwisko?, Data urodzenia?, Adres zamieszkania? Na takie pytania odpowiadałem.

Pierwszym „merytorycznym” pytaniem było: od kiedy współpracuję z KOR-em. Wyrecytowałem wtedy formułkę; „Nie udzielę odpowiedzi na to pytanie”.. Facet powtórzył wtedy to, co poprzednio i dodał, że od moich odpowiedzi zależy, czy będę w tym procesie świadkiem czy oskarżonym. Ucieszyłem się szczerze. Bycie oskarżonym w procesie KOR-u wpisałoby mnie na listę najważniejszych więźniów politycznych. Czyli takich, których trudno będzie pałować. Padały następne pytania. Powtarzałem jak katarynka: „Nie udzielę”.... Na końcu odmówiłem (oczywiście) podpisania tego protokółu.

Do Kamiennej Góry wywieziono nas siódmego stycznia. Więzienie to było w czasie wojny filią niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Wylądowałem w dużej (8 osób) celi. Ogrzewanie nie działało i szyby w oknach były wybite. Klawisze powiedzieli, że naprawiają piec i szklarz naprawia już okna w innych celach. Zatkaliśmy okna czym się dało i ubraliśmy się na cebulę. W naszej celi „Syberia” trwała trzy dni. Po kilku dniach rozpoczęły się widzenia z rodzinami. Do mnie przyjechała żona i Ojciec. Rodzice mieszkali w Ostrołęce. Przez pewien czas myśleli, że jestem w Szwajcarii. Wiedzieli bowiem, że pod koniec listopada, poleciałem do Genewy na szkolenie w Międzynarodowej Organizacji Pracy. Gdy dowiedzieli się, że wróciłem i siedzę, Ojciec przyjechał do Wałbrzycha. Było wesoło. W pewnej chwili, Ojciec przywołał jednego z klawiszy i powiedział: „Ja tu zostaję”. Zaskoczony klawisz odpowiedział coś w stylu: „Tu mogą być tylko internowani, którzy mają przyznane racje żywnościowe”. Ojciec mu na to: „Ja naprawdę jestem antykomunistą i w siedzeniu mam doświadczenie, a jedzeniem koledzy się ze mną podzielą”. (Ojciec był oficerem. We wrześniu ‘39, w walkach na przedpolach Warszawy, został ranny - wlot kuli z przodu - i dostał się do niewoli. Siedział w oflagu II C Woldenberg.)


Dostałem też wtedy „Gazetę Robotniczą” z dnia 6 stycznia 1982 r. Była w niej rozmowa z Bogumiłem Kocikiem. Przez pewien czas był on (jak się wtedy mówiło) jednym z czołowych działaczy wałbrzyskiej Solidarności. Przeczytałem w tym tekście: „Toteż nim zdążyliśmy się zorientować, doradcy – czyli ludzie z KOR-u – na dobre rozpanoszyli się w wałbrzyskim MKZ-ecie. Bardzo aktywny był pan Pilchowski, który nawet dofinansowywał nasze wydawnictwo”..

No cóż. Tekst ten pokazywał dobrze „niezabliźnione rany” wałbrzyskich esbeków. Od pierwszych dni istnienia Solidarności byliśmy bowiem w stanie drukować duże ilości ulotek i wydawać pismo Biuletyn Informacyjny. Papier kupiłem „z własnej kieszeni”, w której miałem przeszło 40 tysięcy złotych, które dostałem od taksówkarzy. Była to wtedy suma w okolicach przeciętnej rocznej pensji. (KOR też się dokładał, gdyż udało mi się ściągnąć w Wrocławia i Warszawy dużo książek, które były wtedy „na wagę złota”.)

Pod koniec stycznia cele zostały otwarte. Zebraliśmy się w świetlicy. Zaczęła się dyskusja o tym, czy powinniśmy z esbekami rozmawiać. Powiedziałem coś w stylu: Jako działacze związku zawodowego powinniśmy negocjować z władzami, ale dopiero wtedy, gdy nas wypuszczą. Z Esbekami rozmawiać pod żadnym pozorem nie należy – we własnym dobrze pojętym interesie, gdyż to, co powiemy może być wykorzystywane przeciw nam.

Na drugi dzień przyszedł klawisz i powiedział, że mam iść na przesłuchanie. Odpowiedziałem, że nie mam na to ochoty. Odszedł, ale po chwili przyszło ich kilku i zostałem na to przesłuchanie zaniesiony:

- Panie Jacku. Widzę, że nie możemy się dogadać.

- Faktycznie. Jak były lekcje rosyjskiego to często wagarowałem.

Dwa lub trzy dni później. Klawisz powiedział, że mam się szykować do transportu. Jechaliśmy kilka godzin. Na miejscu, otworzono wielkie stalowe drzwi i wepchnięto mnie do środka. Po chwili otoczyła mnie gromada wrocławskich znajomych i dowiedziałem się, że jestem w Nysie. Opowiedziałem im swoje dotychczasowe przygody i zapytałem, gdzie są klawisze: "Gdzie mam być „zakwaterowany”? Koledzy odpowiedzieli, że klawisze się tutaj w takie rzeczy nie wtrącają, a Lothar Herbst powiedział, że mają w celi wolną prycze i mogę się do nich wprowadzić. W porównaniu z Wałbrzychem, Świdnicą i Kamienną Górą, Nysa była „ośrodkiem wczasowym”. Siedział tam około 400 osób. Cele były cały czas otwarte. Można było grać w szachy, w brydża i w ping-ponga. Kwitło też rękodzieło artystyczne. Najbardziej popularne były linoryty lub drzeworyty, które pozwalały drukować pamiątkowe pieczątki oraz metaloplastyka czyli krzyżyki, orzełki i ryngrafy.

Mieliśmy też dostęp do więziennej biblioteki. Korzystając z tego, że w Nysie siedziało wielu pracowników wrocławskich uczelni powstał nawet Wolny Uniwersytet Internowanych którego Herbst był rektorem. Pamiętam wiele ciekawych prelekcji. Szczególnie mocno utkwił mi w głowie wykład (niestety nie pamiętam jego nazwiska) młodego architekta lub może raczej urbanisty. Mówił o relacji pomiędzy architekturą (urbanistyką) i kulturą oraz systemem politycznym i społecznym. Wiele lat później z wypiekami na twarzy czytałem książki amerykańskiego socjologa Richarda Sennetta; „The Conscience of the Eye. The Design and Social Life of Cities” oraz „Flesh and Stone. The Body and the City in Western Civilization”. Oczywiście pamiętam też dobrze moją prelekcję; „Opozycja demokratyczna od wewnątrz”.

Nie należę do ludzi nieśmiałych, ale tym razem miałem autentyczną tremę. Większość tego, co mówiłem dotyczyła problemu, który określić chyba należy jako „samotność w grupie”. Jest bowiem fajnie, gdy jest się na jakimś konspiracyjnym spotkaniu lub się coś drukuje. Jest gorzej, gdy idzie się samemu z torbą pełną bibuły. Wtedy nie wiadomo, czy ten lub tamten facet to przypadkowy przechodzeń czy tropiący nas esbek.

Mówiłem więc o tym, że działając w konspiracji trzeba nauczyć się żyć w stanie pewnego rodzaju rozdwojeniu jaźni. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, ale trzeba również umieć zapominać o tym, że jest się tropionym, gdy idzie się na spacer lub do kina. Inaczej grozi nam „mania prześladowcza”. Przez jakiś czas po tej mojej prelekcji zbierałem pochwały. Chyba były szczere. Chyba udało mi się mówić o rzeczach, które do wielu internowanych jeszcze nie dotarły. Było bowiem fajnie. Byliśmy w grupie.

Któregoś dnia powiedziano nam, że internowano również prawdziwych kryminalistów-recydywistów i będą do nas dokwaterowani. Czerwoni zakładali chyba, że będą kłopoty. Nie daliśmy się jednak w takie maliny wpuścić. Umówiliśmy się, że jeśli ci ludzie są internowani, to są naszymi kolegami i kropka. Przywieziono ich około trzydziestu. Na przywitanie każdy z nich dostał paczkę z herbatą, mydłem i papierosami. Zaskoczyło ich to. Wytłumaczyliśmy im, że mamy bank, który daje takie rzeczy każdemu nowemu, aby się zagospodarował. To był dobry pierwszy krok i przez cały czas ich pobytu nie doszło do ani jednej awantury. Zabrano ich po miesiącu. Podobno dostali paszporty i wyjechali do zachodniego Berlina, gdyż tylko tam można było wtedy wjechać bez wizy. Korzystając z tego, że w Nysie siedziało wielu kolegów do których miałem zaufanie, starałem się również tkać sieć konspiracyjnych kontaktów pomiędzy Wałbrzychem i Wrocławiem.

Trwały też dyskusje nad tym, jak powinien wyglądać kolportaż bibuły. Należałem do grupy, która mówiła, że większe rzeczy (książki, eseje, itd.) należy publikować bez datowania. Mówiliśmy też, że części ulotek i pism należy kolportować w sposób „bezkontaktowy”, czyli rozkładając je w przypadkowych miejscach - najlepiej na terenie dużych zakładów. Były to sugestie wynikające z przekonania, że podziemna Solidarność powinna docierać również do tych, którzy będą się bali, gdyż „To może być prowokacja”..

Na przełomie czerwca i lipca doszło też do zadymy w trakcie widzenia z rodzinami. O ile dobrze pamiętam, chodziło o to, że któryś z klawiszy wypatrzył przemyt i chciał komuś zrobić dodatkową rewizję. W efekcie, komendant rozkazał zamknięcie nas w celach i zrobienie kipiszu. Na znak protestu ogłosiliśmy głodówkę. Miałem dokonać symbolicznego wyrzucenie platerów (aluminiowe miski i kubki) na korytarz. Widząc to jeden z klawiszy zatrzasnął drzwi i o mały włos nie zmiażdżył mi stopy. Widząc to, Janek Baca krzyknął: „Ty ch…!”

Następnego dnia zaprowadzono mnie na przesłuchanie i dowiedziałem się, że zrobią mi sprawę sądową za użycie słów wulgarnych w stosunku do funkcjonariusza. Zapytałem czy nie mają lepszego pretekstu. W odpowiedzi usłyszałem: „To nie ma znaczenia. Będziesz siedział”.. Opowiedziałem o tym w celi i Janek chciał się zgłosić i przyznać, że to on. Zabroniłem mu tego kategorycznie, gdyż jeśli jest decyzja, że mam siedzieć „to nie ma znaczenia” za co dostanę wyrok.

Pierwsza rozprawa odbyła się ósmego lipca. Miałem dwóch adwokatów. Panią którą załatwiła nyska Solidarność i pana z Wałbrzycha którego rekomendowała sędzia Ewa Makowska (działaczka wałbrzyskiej Solidarności - członek Krajowej Komisji Rewizyjnej). Sala pełna była publiczności. Dostałem nawet kwiaty.

Drugą rozprawę wyznaczono na dwudziestego siódmego lipca. Podczas rozmowy z panią adwokat dowiedziałem się, że ten klawisz „nie widział tylko słyszał”. Powołaliśmy więc jako eksperta Wojtka Myśleckiego. Wojtek też był internowany i sam to zasugerował, gdyż miał doktorat z akustyki czy czegoś podobnego. To był strzał w dziesiątkę. Do dziś mam w oczach Wojtka który z kamienną twarzą tłumaczył co stanie się z fala dźwiękową słów „Ty ch…!” po przejściu przez dwucalowe dębowe drzwi. Nawet pani sędzi nie potrafiła utrzymać powagi.

Trzydziestego lipca przewieziono mnie do więzienia w Grodkowie. Dopiero w listopadzie dostałem pismo z którego wynikało, że sprawa została zawieszona.

Więzienie w Grodkowie do miłych nie należało. Znowu było ciasno i ciemno. Co gorsza, znów zamykano cele. Na nasze szczęście przywieziono tam również chłopaków z Głogowa. To byli robotnicy w najlepszym tego słowa znaczeniu, czyli ludzie dla których takie urządzenia mechaniczne jak zamki nie miały tajemnic. Przemycili też z sobą narzędzia. Pamiętam własne zdziwieni i podziw, gdy nagle okazało się, że cele są znów otwarte i krata oddzielająca piętra jest tak wygięta, że nie można jej zamknąć. Klawisze wpadli w popłoch. Zagonili nas do cel, ale zamknąć już nas nie mogli, gdyż po otwarciu zamki zostały zabetonowane. Przyjechała atanda czyli więzienne ZOMO. Moja ulubiona scena z tej zadymy to zwarty szyk dużych facetów w hełmach z tarczami i pałkami, naprzeciw których stał jeden (mały był i chudy) z kolegów i tłumaczył im spokojnie, że nie muszą się niczego bać, gdyż nie mamy zamiaru robić im krzywdy. Po wymianie zamków, komendant uznał chyba, że nie warto się wygłupiać. Cele pozostały otwarte i życie wróciło do normy.

Z czerwonego punktu widzenia, Grotków był więc błędem. Zwieźli tam ludzi z całego Dolnego Śląska i dzięki czemu łatwiejsze było tkanie sieci konspiracyjnych kontaktów.


Moja grodkowska przygoda nie trwała jednak długo. Szesnastego września zapakowano nas do dużej więźniarki i ruszyliśmy w nieznanym kierunku. Szybko okazało się, że wywietrzniki są zamknięte i w środku zaczyna brakować powietrza. Dwóch kolegów zemdlało, a reszta była mokra od potu. Wypuszczono nas dopiero w Krakowie, na terenie więzienia przy ulicy Montelupich. Dostaliśmy coś do picia i jedzenia oraz mogliśmy się wysikać. Okazało się jednak, że to nie jest koniec odysei - chcieli nas znów zapakować do tego nieszczęsnego Stara. Odmówiliśmy.

Przyprowadzili atandę i wyglądało na to, że zrobią nam ścieżkę zdrowia. Nie zrobiło to na nas większego wrażenia. Mała jest przecież różnica pomiędzy biciem i duszeniem. Po pewnym czasie przyszedł jakiś wyższy rangą oficer i rozkazał aby te wywietrzniki otworzyć. Wsiedliśmy więc i pojechaliśmy dalej. Do więzienia w Uhercach.

Tak ogólnie, to źle w Uhercach nie było. Tylko krajobraz był dla mnie denerwujący, gdyż przypominał mi piękne czasy, gdy chodziło się po Bieszczadach z plecakiem. Dodatkowo, wkroczyliśmy w okres „internackiej” dekadencji, czyli czas podziału na KOR-owców i twarde robotnicze jądro. Byłem tam najbardziej rozpoznawalnym KOR-owcem i na mnie skupiały się narastające pretensje o „niepotrzebne mieszanie spraw związkowych i politycznych”.

Z mojego punktu widzenia był to narastający podział na radykalizm czynów i radykalizm gestów. Człowiekiem najbardziej naładowanym adrenaliną był Janusz Sanocki. Polegało to głównie na organizowaniu demonstracji. Stawaliśmy w rzędzie na korytarzu, podnosiliśmy wysoko rękę (z palcami ustawionymi w literę V) i śpiewaliśmy patriotyczne piosenki. Ja tego nie lubiłem, ale rozumiałem, że potrzebny jest „trening”. Abyśmy umieli publicznie (np., na mszach za Ojczyznę) demonstrować opór. Nie zawsze jednak chciało mi się przerywać czytanie lub rozmowę. Janusz traktował nieobecność jako „tchórzostwo”. Co gorsze, jego ataki na KOR stawały się coraz ostrzejsze i coraz bardziej dziwaczne. W tym co mówił, coraz wyraźniej pobrzmiewała pretensja o to, że gdyby nie KOR-owskie upolitycznienie Związku, to wszystko potoczyło by się inaczej.

Któregoś dnia, miarka się przebrała i powiedziałem Sanockiemu, w obecności wielu świadków, że kłamie. Zrobiła się awantura i powstała nawet grupa rozjemcza, która miała ustalić czy to co opowiada Sanocki jest prawdą.

Kilka dni później, konkretnie szóstego października, do celi przyszedł klawisz i powiedział, że mam się pakować, gdyż idę na przepustkę. Byłem tym zaskoczony. Podania o przepustkę nie składałem. Poszedłem więc na rozmowę z komendantem i dowiedziałem się, że podanie złożyła moja Mama i w uzasadnieniu podała chorobę Ojca. Pod bramą czekał na mnie brat. Dowiedziałem się od niego, że Ojciec ma raka żołądka. Miał operację i jego stan jest ciężki.

W Warszawie czekała na mnie żona z córką. Nie widziałem córki od dnia aresztowania. Marta urodziła się w lutym 1981 r. Była wcześniakiemi uznaliśmy, że jest zbyt mała na podróż do Nysy lub Grodkowa. Tym bardziej na podróż do Uherc. Byłem dla niej kimś obcym. W autobusie do Ostrołęki udało mi się z nią trochę zaprzyjaźnić. Wieczorem był jednak wielki płacz. Gdy siedziałem, Marta spała z żoną i nie chciała mnie wpuścić do łóżka.

Ojciec trzymał się dość dobrze, ale było wiadome, że zbliża się koniec. Nie mógł jeść i był karmiony rurką. Po kilku dniach, odwiozłem Wiesię i Martę do Wałbrzycha.

W tym czasie byliśmy z Martą u lekarza. Od początku opiekował się nią dr Jedwabny. W czasie Solidarności, nigdy nie brał za wizyty pieniędzy tylko prosił o książki. Tym razem, zapytał co mam zamiar dalej robić. Odpowiedziałem, że jeszcze tego nie wiem. Powiedział wtedy; „Marta jest zdrowa, ale potrzebuje dobrej opieki i bananów. Wyjedźcie. Tam nawet jeśli będziesz ulice zamiatał, to na banany zarobisz”.. To jest dokładny cytat. Dokładnie pamiętam jego słowa. Prawdę mówiąc, myślałem wcześniej o emigracji ale … myślałem o tylu różnych rzeczach. Po tej rozmowie zapytałem Wiesię czy chce, abyśmy wyjechali. Nie odpowiedziała konkretnie, ale czułem, że jeśli podejmę taką decyzje to się, z ukrywaną radością, zgodzi.

Termin przepustki minął, ale mało mnie to obchodziło. Przyszli esbecy i rozkazali mi wracać do Uherc. Powiedziałem, że nie mam takiego zamiaru i wybieram się znów do Ostrołęki, aby być przy Ojcu. Myślałem, że zostanę zwinięty, ale kazali mi napisać podanie o przedłużenie przepustki. Napisałem więc wniosek o bezterminowe przedłużenie przepustki. Wzięli ten papierek i poszli. Następnego dnia pojechałem do Ostrołęki. Po kilku dniach wróciłem znów do Wałbrzycha i dowiedziałem, że przedłużono mi termin przepustki do dwudziestego drugiego października. Pojechałem więc znów na kilka dni do Ojca. Do Wałbrzycha wróciłem przed końcem drugiej przepustki. Oczywiście nie miałem zamiaru dobrowolnie wracać do Uherc. Po prostu czekałem kiedy po mnie przyjdą. Przyszli dwudziestego piątego.

W wałbrzyskim areszcie siedziało mi się całkiem dobrze. Miałem tam bowiem, zaczynając od czasów KOR-u, pewnego rodzaju przyjaciela. Jeden z klawiszy, zawsze gdy miał nocny dyżur, wyprowadzał mnie do łaźni i puszczał ciepłą wodę oraz przynosił mi kawę i papierosy. Dziwne to było gdyż, nigdy z nim słowa nie zamieniłem. Początkowo zadawałem mu jakieś pytania, ale nie odpowiedział. Chyba bał się podsłuchów. Przyjąłem to do wiadomości i nigdy się do niego nie odzywałem. (Ten człowiek miał wtedy dużo lat. - Może był skierowanym do milicji AK-owcem, którego nigdy nie „rozgryziono”?)

Czytaj także:
Esbecy zabili 16-latka, bo ujawnił wstrząsającą prawdę

Na początku listopada miałem widzenie z żoną. Wróciłem do tematu ewentualnej emigracji. Rozmowa była podobna do poprzedniej. Po powrocie do celi napisałem, że proszę, aby mnie zwolniono, gdyż mam zamiar złożyć podanie o paszport i wyjechać. Następnego dnia, czyli 18 listopada, kazano mi zabrać swoje rzeczy i zostałem zaprowadzony pokoju przesłuchań. Siedział tam esbek, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Zanim zdążył coś powiedzieć, zapytałem czy ma formularze paszportowe. Powiedział, że nie i podał mi numer pokoju do którego powinienem się zgłosić. Następnie zaprowadził mnie na portiernię. Powiedział dyżurnemu, że mogę wyjść i wskazał drzwi.

Wyszedłem.

Zaczęła się podróż. W sensie dosłownym i symbolicznym. Początkowo kursowałem pomiędzy Ostrołęką i Wałbrzychem, zatrzymując się po drodze w Warszawie i Wrocławiu. Załatwiałem różne, związane z wyjazdem, sprawy i kończyłem tkanie siatki konspiracyjnych kontaktów.

22 stycznia, pojechałem z żoną do zamku w Otmuchowie na wesele Krysi i Jarka Chołodeckich. Jarek był działaczem Solidarności z Opola. Poznaliśmy się w więzieniu w Nysie. To wesele było pierwszym dużym zjazdem internowanych.

W domu, czyli w Wałbrzychu, było z dnia na dzień coraz gorzej. Teściowa robiła coraz większe awantury. Marcin, nasz 6-letni syn, był jej oczkiem w głowie i wymyśliła sobie, że my możemy jechać, ale Marcina nam „na zatracenie” nie odda. Znosiłem to cierpliwie, ale dla żony było to trudne i pod koniec stycznia zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Ostrołęki.

Tam był spokój. Był to dla mnie czas żegnania się z Ojcem.

Trudno było wyjechać, choć „wyganiał” nas w typowy dla niego sposób: „Ty to mnie mało obchodzisz, ale chcę wiedzieć, że Wiesia i dzieci są już bezpieczne”..

Na początku marca, pojechałem w końcu do Warszawy, aby kupić bilety na samolot do Frankfurtu i zawiadomić ambasadę USA, kiedy odlatujemy. Na lotnisku miał bowiem czekać na nas ktoś, kto zawiezie nas obozu przejściowego w Bad Soden.

Był to przypadek, dostałem bilety na siedemnastego marca 1983 r. i do nowego życia odlecieliśmy w dniu moich urodzin.

Co było dalej? Napiszę o tym kiedyś, ale to już inna pieśń stepowa.

Jerzy Jacek Pilchowski: Działacz KOR-owskiej opozycji. Członek Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w KWK Thorez. Wiceprzewodniczący Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ Solidarność woj. wałbrzyskiego. Delegat na I Krajowy Zjazd NSZZ Solidarność. Członek prezydium Zarządu Regionu Dolny Śląsk.

Zapraszamy do dzielenia się wspomnieniami ze stanu wojennego. Teksty można przesyłać na adres: muzeumwspomnien@superhistoria.pl

 11
  • jechwoparch IP
    Dlatego już wtedy kryminalisci z więzienia i kryminalisci z solidarności się dogadali i od 89r. okradają Polskę na setki miliardów dolarów
    Dodaj odpowiedź 0 1
      Odpowiedzi: 1
    • klioes vel pislamista IP
      Ladnie napisane.
      Bez ozdobnikow, prosto i szczegolowo.
      Okropne czasy!
      Dodaj odpowiedź 2 0
        Odpowiedzi: 0
      • Piotr Babiński IP
        Drobiazgowo opisuje Pan wydarzenia- czuję klimat tamtego czasu.
        Dodaj odpowiedź 4 0
          Odpowiedzi: 1
        • Antykomunista IP
          Mlodzi nic o tym nie wiedzą. Dobrze to przypominac.
          Dodaj odpowiedź 14 2
            Odpowiedzi: 0
          • Jerzy Jacek Pilchowski IP
            Politolog188: Dziękuję za miłe słowa.
            Dodaj odpowiedź 14 2
              Odpowiedzi: 3
            • Politolog188 IP
              Cześć i chwała Panu!
              Dodaj odpowiedź 16 3
                Odpowiedzi: 0

              Czytaj także