Cztery miesiące ukrywał się w kanale. Sensacyjna ucieczka przed bezpieką

Cztery miesiące ukrywał się w kanale. Sensacyjna ucieczka przed bezpieką

Strajk w PZL-Świdnik w czasie stanu wojennego.
Strajk w PZL-Świdnik w czasie stanu wojennego. / Źródło: NSZZ "Solidarność" Lublin
Dodano 2
- Tak uderzali w drzwi, że widziałem jak się wysuwają wkręty od zamków. Wskoczyłem w buty. Łapiąc kurtkę szepczę do żony: "Uciekam, zatrzymaj ich" - wspomina Alfred Bondos działacz „Solidarności” z PZL-Świdnik, którego władze próbowały internować 13 grudnia 1981 r.

AGNIESZKA NIEWIŃSKA: W nocy 13 grudnia pukają do pańskich drzwi. I co pan wtedy myśli?

ALFRED BONDOS: Wiedziałem, że to nie mogą być znajomi, którzy przyszli do mnie na rozmowę albo w karty grać, tylko milicja. To nie było zresztą pukanie lecz walenie i krzyki: „Bondos! Otwieraj!”. Było koło pierwszej w nocy. Tak uderzali w drzwi, że widziałem jak się wysuwają wkręty od zamków. Wskoczyłem w buty. Łapiąc kurtkę szepczę do żony: "Uciekam, zatrzymaj ich". Żona, stojąc w koszuli roztrzęsiona pyta: „Jak i którędy?” W pokoju płacze dwójka małych dzieci. Mieszkaliśmy na drugim piętrze, był duży mróz, napadało śniegu. Zerkam na dzieci i…

Ucieka pan?

Zanim wpadli wyskoczyłem na balkon. Z trudem uporałem się ze sznurkami do suszenia prania, po czym zeskoczyłem na ziemię. Milicjanci wpadłszy do mieszkania świecili latarką w dół, wołając: „Tu jest! Tu!” Kiedy zbiegali schodami, ja już uciekałem w kierunku zachodnim.

Przed 13 grudnia spodziewał się pan, że coś takiego może się wydarzyć?

Przeczuwaliśmy, że coś się wkrótce zdarzy, że władza nie będzie już tak łagodnie obchodzić się z „Solidarnością”. W tamtym czasie byłem członkiem Prezydium Komisji Zakładowej. W sobotę 12 grudnia w zakładzie pracy zostawiliśmy ludzi w pogotowiu strajkowym, rozpisując plan działania. Tak na wszelki wypadek. Kiedy jedni zostali w zakładzie ja pojechałem do Lublina na spotkanie ze związkowcami włoskimi. W WSK zajmowałem się sprawami socjalno-bytowymi, chcieliśmy zorganizować wymianę naszej młodzieży z młodzieżą z Zachodu. Ze spotkania wróciliśmy do domu koło północy ostatnim pociągiem, razem z Ryszardem Kuciem – sąsiadem z klatki obok. Ledwo zasnąłem obudził mnie tumult na klatce schodowej, krzyki i uderzanie w drzwi.

Zeskoczył pan z balkonu i co dalej?

Pod klatką stała tylko milicyjna nyska, zwana suką. Później okazało się, że siedział tam Rysiek Kuć o czym wtedy nie wiedziałem. Zamknęli go w niej i przyszli po mnie – na szczęście dla mnie weszli na górę całą grupą. Jeszcze w mieszkaniu zdążyłem zerknąć przez judasza. Na klatce schodowej było ich pełno, a przed blokiem nikogo, więc nikt mnie nie zatrzymywał. Pobiegłem do głównej ulicy – wtedy nosiła nazwę Przodowników Pracy i prowadziła do zakładu WSK.

Biegł pan do zakładu?

Wcześniej, tak się umówiliśmy, że gdy coś złego będzie się dziać, to idziemy do zakładu. Ja jednak nie mogłem się do niego dostać. Teren parku był ogrodzony płotem, a na skrzyżowaniu stała milicja. Ta sytuacja zmusiła mnie do zawrócenia i wejścia do pobliskiego młodzieżowego klubu Iskra. Było tam jeszcze paru bywalców, raczących się alkoholem.

Kiedy tam wszedłem kulejący i blady jak ściana, zauważyli, że coś się dzieje. Znali mnie z zakładu. Zaczęli pytać co się stało? Nie byłem wylewny. Wkrótce wyszli. Został kierownik i jego pomocnik. Pomogli mi ukryć się w rupieciarni klubu, skąd miałem widok na ulicę Przodowników Pracy. Nie miałem jak zawiadomić kolegów, że jestem w Iskrze. Zdążyłem tylko zadzwonić do kilku osób z krótką informacją, że władza aresztuje działaczy „S”.

Telefon działał?

Jeszcze działał, ale po kilku połączeniach został rozłączony. Miałem pod ręką mazak i kartki. Pisałem na nich: „Solidarność” jest atakowana! Prosiłem chłopaka z Iskry, żeby zanosił te kartki na pobliski dworzec i rozdawał ludziom w pociągach. Tyle mogłem zrobić. O świcie zaczęła wyć syrena zakładowa. Ludzie pocztą pantoflową podawali sobie informacje o tym, co się dzieje i szli do zakładu. Kiedy zobaczyłem idące w stronę fabryki grupy pracowników napisałem na kartce, że ukrywam się w Iskrze. Wysłałem chłopaka z klubu, podał ją jednemu z idących. Siedząc w rupieciarni nie wiedziałem nawet o tym, że ogłoszono stan wojenny. Przypuszczałem tylko, że skoro milicja przyszła po mnie, to pewnie po innych też. Około godz. 9 do Iskry wpadli koledzy z zakładu. Przyjechali po mnie zakładową karetką.

I karetką się pan dostał na teren WSK Świdnik?

Karetką. Załoga zrobiła nawet szpaler do głównego skrzyżowania, żebyśmy mogli przejechać. Nie było szansy, aby w drodze mnie zwinęli. Kiedy dotarłem do hali numer jeden było tam już około tysiąca osób. Wiedzieliśmy, że wielu z komisji zakładowej zostało internowanych. Z tych, których władza nie zamknęła utworzyliśmy komitet strajkowy. Wszedłem w jego skład. Koledzy, widząc, że nie zostałem zwinięty przez milicję wsadzili mnie na jakiś wielki przyrząd, żebym przemawiał. Wiedząc już, że Jaruzelski wprowadził stan wojenny czułem, iż trzeba dodać otuchy załodze. Natychmiast komitet strajkowy ogłosił strajk okupacyjny, mnie skierowano do zakładowego radiowęzła. Już wcześniej prowadziłem w nim audycje, a załoga znała mój głos. Przyszło mi nadawać przez trzy doby, bez przerwy.

Przez trzy dni panowaliście nad terenem świdnickiego zakładu i milicja na to pozwoliła?

13 grudnia w nocy byli przed zakładem, kręcili się wokół, ale do środka nie weszli. Musieliby wpierw rozbroić straż przemysłową, która chroniła zakład i miała ze sobą broń. W południe, kiedy już nadawałem w radiowęźle, na lotnisku lądowały helikoptery z żołnierzami. Przewodził im płk. Grzegorczyk ze swoją świtą. Myślał, że wyjdzie ze szczekaczką, każe opuścić zakład a my podwiniemy ogony. Sprowadzono go do parteru. Nasi chłopcy wyprowadzili żołnierzy poza teren zakładu na obiekty sportowe Avii. Wzmocniliśmy straż i przejęliśmy władzę nad firmą. Bramy były zablokowane przez ciężarówki, widłaki, cysterny i ludzi. Służby pracowały, kuchnia ze stołówką działały. W tym czasie wydaliśmy nawet trzy numery naszego pisma – „Grot”. W zakładzie pracowało ponad 9 tys. osób, w czasie strajku było nas około 5 tys. A zakład, był jak zagrożone miasteczko, w którym należało wszystko dobrze zorganizować.


Pod płotem ustawiały się rodziny strajkujących, przynosiły wieści, ciepłe ubrania i żywność. Z dostawami przyjeżdżali też rolnicy, lecz byli przez milicję zawracani. Na hali odprawiano msze święte. Między maszynami spowiadali księża – niesamowite widoki i… przeżycia!

W pamięci szczególnie mam jedność załogi. Pewnie gdzieś za plecami były osoby działające przeciwko nam, ale w głównym trzonie byliśmy zjednoczeni wobec działań junty Jaruzela.

Co pan nadawał przez radiowęzeł?

Czego nie nadawałem? Puszczałem piosenki – „Żeby Polska była Polską” Pietrzaka, „Boże coś Polskę”, hymn, mowę gen. Mieczysława Boruty-Spiechowicza do żołnierzy z I zjazdu „Solidarności”. Czytałem wiersze, apele i odezwy. Byłem łącznikiem między komitetem strajkowym, załogą i rodzinami na zewnątrz. Wołałem: „stan wojenny jest nielegalny! Prawda jest po naszej stronie – zwyciężymy!” Czas upływał na umacnianiu się w tym co robimy, w patriotyzmie. To była swego rodzaju wojna na słowa. Apelowałem do załogi, żeby nie słuchała płk. Grzegorczyka, bo nie jest żadnym żołnierzem tylko milicjantem. Ten rozpinał mundur na piersiach krzycząc, że jest żołnierzem, a gdy dorwie Bondosa, to zastrzeli jak psa.

Cały czas wiedzieliśmy co się wokół nas dzieje, bo w wielu punktach zakładu mieliśmy ludzi z krótkofalówkami. Dostawałem od nich informacje i przez radiowęzeł przekazywałem je komitetowi strajkowemu i załodze. A radiowęzeł, docierał nawet do najmniejszej pakamery w fabryce. Dodatkowo na zewnątrz ustawiliśmy potężne kolumny nagłaśniające.


Skąd miał pan te wszystkie materiały – pieśni, przemowy?

Burzliwe sytuacje tworzyły materiały, a wszystko przechodziło przez moje ręce. Przecież wydawałem gazetkę i audycje w radiowęźle, więc miałem to wszystko. Przewidując rozgrywkę i finał walki, nagrałem nocą kasetę z materiałami zagrzewającymi do oporu.

Ostatecznie 16 grudnia musiał pan zejść z posterunku przy radiowęźle.

W zakładzie w miarę spokojnie było do pierwszej w nocy 16 grudnia. 15 zorganizowano pozorowany atak. Podjechali z hukiem, padły strzały, ale chodziło tylko o to, żeby nas przestraszyć. Z zakładu nikt nie wyszedł. 16 grudnia zjechało się więcej jednostek. Bramami nie mogli wjechać, więc czołgami wyłamywali płot. Wzięli nas w kleszcze. Od początku zakładaliśmy, że nie będziemy walczyć tylko stawiać bierny opór. Oczywiście mogliśmy próbować się bronić. Wystarczyło wezwać załogę, która i tak się przygotowywała do czynnej obrony. W zakładzie były węże strażackie, hydranty, butle z gazem – mogliśmy podjąć próbę walki. Mieliśmy jednak świadomość, że w takiej sytuacji w końcu zniszczą nas całkowicie. Nie chcieliśmy mieć na sumieniu czyjegoś życia. Może, gdyby była pewność, że zwyciężymy w konfrontacji z wojskiem i milicją… Ale przecież nie mieliśmy żadnych szans.

Nie wyszedł pan z zakładu z innymi pracownikami. Jak to się stało, że przez kilka miesięcy ukrywał się pan na jego terenie?

Kiedy czołgi wdarły się i w biurowcu zrobiło się ciemno od gazu wyszliśmy z radiowęzła. Nastawiłem kasetę z moim głosem, a drzwi pomieszczenia zablokowaliśmy od wewnątrz belką. Załoga myślała, że wciąż jestem w studio. Tymczasem z obstawą pobiegliśmy do centrum walki, dołączając do wielkiej ludzkiej fali. Wystrzały mieszały się z okrzykami i śpiewem. Naprzeciw czołgi, za nimi zomowcy w hełmach, z tarczami, stąpający jak roboty. Rzucali w naszą stronę petardy, gaz, powoli spychając w stronę południowych bram.

Obok, mój kolega, św.p. Henio Gontarz zawyrokował, że ja i Andrzej Sokołowski (wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność” WSK Świdnik – przyp. red.) musimy się ukryć. Tu nas gonią, pałują, trzaskający mróz. Jak tu się ukryć? – oponowałem. Kolega nalegał. Poszliśmy pod prąd w stronę zomowców, skręcając w małą uliczkę przy hali nr 1. Heniek wprowadził mnie do acetylenowni, gdzie w butlach składowany był gaz dla całego zakładu. Zostałem sam słysząc z głośnika swój głos, który zmienił się w sykot nie wyłączonego radiowęzła. Jeszcze długo dobiegały do mnie odgłosy walki, by zamienić się w rozrywającą mózg ciszę. Przerwały ją kroki, ktoś założył kłódkę na drzwi. Pomyślałem, że to koniec. Wojna wokoło, a ja zamknięty na kłódkę, w pomieszczeniu z zakratowanym oknem. Tak spędziłem trzy dni. Teraz mogę się z tego śmiać, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

Czytaj także:
„Wyglądali, jakby byli w amoku”. Piekło internowanych w Wierzchowie

Po trzech dniach przyszedł, nieżyjący już Janek Borysiuk. Nie można było przemieszczać się po zakładzie, chodzić między wydziałami, ale Janek był zakładowym hydraulikiem, więc mógł wchodzić wszędzie. Przeprowadził mnie w nocy przez lasek koło kuźni. Trafiłem do podziemnego kanału gdzie były rury ciepłownicze. Tam miałem czekać. Janek przyniósł mi kufajkę, watowane spodnie, płat styropianu. Później, także małe radyjko, żebym wiedział co dzieje się na zewnątrz. Nad głową słyszałem odgłosy normalnej zakładowej pracy. Nad moim kanałem jeździła ciuchcia dowożąca materiały do hali. Miało to potrwać kilka dni, ale zostałem tam sam ze sobą przez cztery miesiące. Tak się składało, że moja żona pracowała z żoną Janka w zakładzie dziewiarskim, więc podawała mi tą drogą jedzenie. Musiałem o nie walczyć z dzikimi kotami, które mi towarzyszyły figlując i miaucząc przeraźliwie. Długo tkwił we mnie uraz do tych pożytecznych zwierząt, chociaż to ja wszedłem na ich teren.

Czekałem, bo wciąż dochodziły do mnie informacje o internowanych, o wyrokach. Po 120 dniach wyjechałem z zakładu polonezem służbowym głównego dyspozytora, mijając straże przemysłową i wojskową – zakład był wówczas zmilitaryzowany.

Koledzy ukryli pana w bagażniku?

Nie, siedziałem z Jankiem normalnie, jako hydraulik. Na głowie miałem beret z „antenką”, w ręku torbę z narzędziami. W żołądku tabletkę relanium. A że przez cztery miesiące urosła mi długa broda, to Janek pożyczył przepustkę od brodatego robotnika. Strażnicy sprawdzili zawartość pojazdu i nas puścili. Za bramą czekał już na mnie maluch, którym pojechałem na wieś, gdzie ukrywałem się kolejne cztery miesiące. Tam też mnie szukano. To inna historia. Potem, jako Romek mieszkałem na stancji u pani Kazimiery Jarzyny na oś. LSM w Lublinie, która z patriotką panią Heleną Rzezak-Nadulską udzielała mi schronienia.

Co było najtrudniejsze w tym okresie kiedy się pan ukrywał?

Obezwładniająca bezsilność i samotność, szczególnie w święta. I fakt, że przez półtora roku legalnej „Solidarności” włożyliśmy tak wiele wysiłku i pracy w nasze działania, i to wszystko nam przekreślono, zniszczono jednym zamachem stanu. Martwiłem się o represjonowanych, czułem się za nich odpowiedzialny. Przeczuwałem, iż nie wszyscy zrozumieją sens działań, więc mogą mieć żal do tzw. prowodyrów. Dręcząca była także świadomość, że nie zrobiłem niczego złego, a mimo to znalazłem się w tak poniżających godność warunkach. W tym czasie wiele przeszła moja ukochana rodzina. Ciągle były rewizje w domu. Przedwcześnie żonie szron zabielił włosy. Dzieci śledzono, zaglądali im do tornistrów kiedy szły do szkoły. Po roku już nie było sensu się ukrywać. Przy pomocy żony i mec. Tomka Przeciechowskiego uzgodnione zostały warunki, że ujawnię się, jeśli mnie przy tej okazji nie zamkną. 13 grudnia 1981 r. wyszedłem z domu przez okno, a wróciłem do niego drzwiami dopiero 16 grudnia 1982 r. Wcześniej przesłuchiwano mnie przez 8 godzin w Wojewódzkiej Komendzie Milicji w Lublinie. Tam przeszedłem próby upokorzenia, ale wróciłem do domu. Potem prokuratura wojskowa i meldowanie na komendzie MO. Tak zamknął się jeden z etapów mojej walki.

Czym pan sobie „zapracował” na to, że chcieli pana internować? Chodziło o strajk w WSK Świdnik z lipca 1980 r., którego był pan aktywnym uczestnikiem? Zmobilizowaliście do strajku cały region lubelski, a w sierpniu fala strajków przeszła przez resztę kraju.

Strajk w lipcu, to był w zasadzie krótki incydent, ale jakże ważny w życiu zakładu i całego Świdnika, bo niemal w każdym domu był ktoś, kto pracował w zakładzie. Sam nie wiem jak to się stało, że ten strajk udało się wtedy zorganizować. Miasto było upartyjnione, młode bo powstało w latach 50. ub. w. Tradycji robotniczych nie było. Nie mieliśmy nawet kościoła. I w takim mieście nagle wybuchł strajk. Nie wyszliśmy na ulice, nie rozbijaliśmy sklepów ani samochodów. Protestowaliśmy w zakładzie, byliśmy stanowczy w niepodejmowaniu pracy – mimo łamistrajków, straszenia nas wyrzuceniem z pracy, nacisków. Załoga postawiła na swoim, złączona w jedności – robotnicy z kadrą. Dzięki naszemu oporowi, po czterech dniach doszło do podpisania pierwszych w Polsce porozumień między władzą a robotnikami. Załoga nawet odpracowała te cztery dni strajku, żeby zakład nie miał strat. Od nas poszedł sygnał, że świat pracy jest już gotowy do walki o lepsze jutro. Kiedy lubelskie zakłady strajkowały na wszelki wypadek byliśmy w pogotowiu strajkowym. A gdy zaczął się sierpień my już nie protestowaliśmy, ale popieraliśmy postulaty innych strajkujących. Byliśmy i jesteśmy dumni z tego, że rozpoczęliśmy tę falę protestów. A na internę zasłużyłem sobie nieco później.

Strajkowaliście m.in. przeciw podwyżkom cen, pustym półkom w sklepach – podobnie jak w 1976 r. robili to pracownicy zakładów w Ursusie i Radomiu. Nie baliście się? Wiedzieliście przecież o ścieżkach zdrowia i represjach wobec uczestników protestów.

Oczywiście, że strach był. Nie ma ludzi którzy się nie boją. Między nami pojawiła się jednak szczera międzyludzka solidarność. Poczuliśmy, że możemy coś zdziałać, ale tylko razem, w solidarnej postawie. To nas łączyło i dodawało odwagi. Byli tacy, którzy chcieli zakończyć strajk, jednak w większości byliśmy zdeterminowani, nie daliśmy się zastraszyć.


Po tak zwanym lubelskim lipcu władze musiały pana umieścić na swojej liście.

Myślę, że na celowniku władz byłem nie tyle ze względu na nasz strajk z 1980 r., co za moją działalność między tym strajkiem, a stanem wojennym – w tzw. karnawale „S”. Wtedy prawie nie mieszkałem w domu. Najpierw zawiązaliśmy NSZZ „S” u nas. Na 9,5 tys. członków załogi WSK zapisało się 9 tys. Potem pomagaliśmy zakładać „S” innym zakładom, szkołom. Przygotowywaliśmy się do wyborów w NSZZ „S”. Podpisanie porozumień przez Wałęsę z władzą nie oznaczało, że będzie nam łatwo. Nie mieliśmy własnej prasy do obrony.

Tymczasem, partyjne media waliły w „Solidarność” jak w bęben. Zaczęliśmy więc tworzyć niezależną „Gazetkę Związkową”. Przejęliśmy audycje w radiowęźle – częściowo, bo trzeba było się podzielić z partią, ZSMP i innymi związkami, ale już mogliśmy przedstawiać załodze nasz punkt widzenia. Mocno się w to zaangażowałem. Prowadziłem audycje, redagowałem biuletyn „Grot” i starałem się odkręcać to, co reżimowe media naplątały ludziom w głowach. Dla mnie osobiście to był skomplikowany czas. Wszędzie byłem, dwukrotnie w Gdańsku na I Zjeździe NSZZ „S”, w innych zakładach, na odsłanianiu pomników. W tamtym czasie zarówno ja, jak i moi koledzy z „Solidarności” dostawaliśmy ostrzeżenia, były wywierane na nas naciski. Po jednej z takich rozmów, SB 28.07.1981 r. założyła mi teczkę rozpracowania o kryptonimie „Redaktor”, dowiedziałem się o tym po latach z akt IPN. Władza szczególnie interesowała się tymi działaczami, którzy ukazywali społeczeństwu rzeczywistość niezgodną z linią partii. Bolało słowo. I tu sobie nagrabiłem.

Przed 1980 r. był pan zaangażowany w działalność opozycyjną?

W latach 70. dopiero zaczęły mi się otwierać oczy. Do zakładu trafiłem w roku 1961 r. jako młody człowiek. Pracowałem na różnych stanowiskach – ślusarza, tłoczarza metalu, frezera. Za biurko awansowałem po latach – jak zostałem wybrany do komisji zakładowej „Solidarności” i objąłem sprawy socjalno-bytowe, mieszkania, sport, turystykę i wypoczynek. Wcześniej nie byłem w pełni uświadomiony. Nie wiedziałem tego, co docierało do mnie później o prawdziwej historii. Pochodziłem ze wsi, mieszkałem i pracowałem w bardzo upartyjnionym środowisku.

Będąc z zamiłowania turystą motocyklowym, przed rokiem 1980 kilkakrotnie wyjeżdżałem za granicę. W 1974 r. w sześciu, na wueskach z zakładu pojechaliśmy do Wiednia na europejski zlot motocyklowy. Wtedy zobaczyłem jak wygląda ten „zgniły Zachód”, jak tam żyją ludzie. Odwiedziłem też Czechosłowację, Węgry. W 1975 r. wygrałem wycieczkę do Leningradu, Tallina, Wilna i też zobaczyłem jak tam ludzie się mają. W 1978 r. byłem z kolei w Bułgarii na wymianie wczasowej z zakładu. W 1979 r. niedługo po wyborze Jana Pawła II odwiedziłem Włochy. Porównałem życie w ZSRR do tego w Austrii, we Włoszech. W zakładzie kolportowałem – „Robotnika”. Były tam ciekawe artykuły. W sumie, to wszystko otwierało mi oczy na kłamstwa, jakimi karmiła nas reżimowa władza.

Ujawnił się pan w 1982 r., ale do WSK Świdnik już pan nie wrócił.

Po 20 latach pracy w zakładzie zostałem wyrzucony. Zaangażowałem się wówczas w akcję Wakacje z Bogiem – to była niezależna od władz forma wypoczynku dla dzieci osób represjonowanych. Zapewnialiśmy wypoczynek w ferie zimowe i w letnie wakacje tysiącom dzieci. Akcja była organizowana poza strukturami państwowymi, we współpracy z Kościołem. Koszty trzeba było pokryć z własnych środków „S”, solidarnych rolników oraz z pomocy charytatywnej, przychodzącej z Zachodu. Wykorzystywaliśmy dary żywnościowe, w których przysyłano nam ser, dżemy, groszek konserwowy itp. Tu dopiero miałem przygody! Byliśmy za tę działalność ścigani i gnębieni.

Kiedy zostałem bez pracy zapadła decyzja, że na potrzeby działalności opozycyjnej zostanie zakupiony samochód, a ja będę nim jeździł jako taksówka bagażowa i wykonywał też usługi transportowe dla związku. Żuka rozbili „nieznani sprawcy”, a władze zabrały mi prawo jazdy. Z tym wszystkim trzeba było sobie radzić. Zresztą było to jedno z wielu działań, jakie podejmowaliśmy w Świdniku. Stan wojenny to był obłęd, a my tyle rzeczy robiliśmy. Były choćby świdnickie spacery, czyli spontaniczne wyjścia ludzi na główne ulice w czasie kiedy w telewizji emitowany był „Dziennik”. W 1983 r. swoje nadawanie zaczęło Radio Solidarność. To był świdnicki fenomen. Nadawaliśmy nie tylko na falach radiowych, ale wchodziliśmy także na częstotliwości telewizyjne. Przygotowywałem wówczas dla radia kilkuminutowe audycje. Były pielgrzymki do sanktuariów, wyjazdy do ks. Jerzego Popiełuszki. W 1986 r. odbyła się uroczystość chrztu ufundowanego przez nas Dzwonu Wolności.

W 1984 r. trafił pan do aresztu. Dlaczego?


Zostałem zgarnięty razem z 10 innymi kolegami ze Świdnika. Coś się szykowało. Przygotowywali podwyżki, więc obawiali się, że będziemy sprawiali kłopoty. Zabrali mnie 20 stycznia i zapudłowali na pół roku. Najpierw siedziałem w Lublinie potem na Rakowieckiej. Nie miałem postawionych konkretnych zarzutów, nie dałem się na niczym przyłapać, ale przypuszczali, że mogę robić coś sprzecznego z ich interesem. Nie wypuścili mnie nawet na komunię ukochanej córeczki. Potem zatrzymali mnie jeszcze w 1987 r. – na 48 godz. W Lublinie z pielgrzymką był wtedy Jan Paweł II. Zapewne uznali, że będę zagrażał Ojcu Świętemu. To było moje ostatnie aresztowanie.

W 1989 r. kiedy najpierw odbywały się obrady Okrągłego Stołu, a potem wybory kontraktowe, cieszył się pan, że dożył końca komuny, czy był sceptyczny wobec rozmów z władzą?

Przywrócono do życia „Solidarność”, władza została podzielona, więc wydawało się, że powoli idziemy ku lepszemu. Wkrótce jednak zobaczyliśmy, że działacze z Warszawy, objąwszy wiele ważnych funkcji, zapomnieli o ludziach, którzy walczyli i ponosili konsekwencje – byli aresztowani, dostawali wyroki. W ogóle się o nich nie mówiło. Milczała też „Gazeta Wyborcza”, która przecież korzystała ze znaczka „Solidarność”. Nie przypuszczałem, że to pójdzie w tym kierunku. Nie wiedzieliśmy o układach. Rozgrabiono tyle zakładów.

Nasz świdnicki zakład ocalał w części, a przecież robiliśmy tam tyle rzeczy: motocykle, helikoptery, szybowce, meleksy, przyczepy, a nawet lodówki. Dziś w zakładzie pracuje chyba ze 3 tys. osób i w sumie już nawet nie jest to nasz zakład. Został przejęty przez zachodnie konsorcja. Kilka lat temu, w mieście zorganizowany został spacer na pamiątkę spacerów świdnickich. Chłopaki nieśli hasło o tym, że nie o taką Polskę walczyliśmy. Wielu z nas czuje, że zostaliśmy oszukani. Osobiście bardzo żałuję, że w tamtym okresie nie miałem czasu dla rodziny, że nie było mnie kiedy dzieci rosły. Jednak kiedy ktoś mnie pyta, co mam z tej walki, to mówię: satysfakcję z tego, że poświęcając się, stanąłem po właściwej stronie.

rozmawiała Agnieszka Niewińska

Alfred Bondos był działaczem opozycji demokratycznej w PRL, jednym z aktywnych uczestników strajku w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL-Świdnik w lipcu 1980 r., członkiem Prezydium Komisji Zakładowej „Solidarności”, którego władze próbowały internować 13 grudnia 1981 r.

/ pwł
 2
  • Pestka IP
    Bardzo dziękuję Panu, Panie Alfredzie, za to świadectwo, za tę ważną relację. A pani Agnieszcze za przprowadzenie rozmowy z panem Alfredem Bondosem. Wielkie wrażenie zrobił na mnie opis oporu podjętego przez załogę zakładu w Świdniku. Bardzo dramatyczne obrazy. Poruszające sa także opisy Pana samotnej gehenny podczas ukrywania. A zakończenie gorzkie - niestety ma Pan rację! Solidarność została zdradzona. Spróbujmy Ją wskrzesić!
    Dodaj odpowiedź 11 3
      Odpowiedzi: 1

    Czytaj także