Syberyjskie polowanie na Polaków. Wstrząsający mord NKWD

Syberyjskie polowanie na Polaków. Wstrząsający mord NKWD

Kościół w Białymstoku na Syberii (spłonął w 2017 r.)
Kościół w Białymstoku na Syberii (spłonął w 2017 r.) / Źródło: Fot: https://belostok-catholic.ru
Dodano 5
Kule pistoletowe, łomy i topienie w rzece. W 1938 r. NKWD zgładziło wszystkich mężczyzn z syberyjskiego Białegostoku.

Kiedy w krótkim czasie trzeba eksterminować wielu ludzi w jednym pomieszczeniu, pojawia się poważny problem techniczny. Krew. Gdy wystrzelony z odległości kilkunastu centymetrów pocisk pistoletowy 7,65 mm penetruje głowę ofiary, na wszystkie strony bryzgają fragmenty mózgu, czaszki i krew.

Bardzo, bardzo dużo krwi. Rozpryskującej się na ściany, sufity, stoły, drzwi, podłogi. Lepiącej się do mundurów, broni, butów. Twarzy i dłoni. W takich warunkach łatwo stracić równowagę psychiczną, a szorowanie krwi opóźnia całą procedurę. Trudno bowiem wprowadzać ludzi do zakrwawionej katowni. To może wywołać panikę, walkę, opór.

A opór to ostatnia rzecz, której chcieliby czekiści. Ludobójstwo musi odbywać się po sowiecku. Czyli bez zbędnych ceregieli. Sprawnie, szybko, masowo, w pełnym posłuszeństwie i ciszy. Jak na taśmie produkcyjnej wielkiej fabryki Magnitogorska. Funkcjonariusze NKWD z Tomska postanowili więc poradzić sobie z problemem krwi w osobliwy sposób.

„Stolarzom dano szczególne polecenie – pisał historyk Wasyl Haniewicz – naostrzyć kilka skrzynek drewnianych korków. Skrzynie z czopami przynoszono do pomieszczenia, w którym rozstrzeliwano „wrogów ludu”. Tutaj wprowadzano pojedynczych skazańców, kładziono ich na podłogę i strzelano w głowę. Następnie z wprawą zatykano utworzoną dziurę w głowie drewnianym czopem”.

Makabryczny pomysł okazał się oczywiście całkowitym niewypałem. Średnica czopa nie pokrywała się bowiem dokładnie ze średnicą otworów po kulach i w efekcie krew tryskała na wszystkie strony równie obficie. Po każdej zaś egzekucji kilku ludzi i tak musiało szmatami zmywać z podłogi kałuże krwi.

Dzieło zagłady opóźniała również procedura pozbywania się ciał. Po wykonaniu kilkudziesięciu egzekucji należało wstrzymać mordy, aby zapakować trupy na ciężarówki. I wywieźć je do masowych mogił wykopanych nocą w jarach w podmiejskim Kasztaku.

Komendant NKWD z Tomska wpadł więc na kolejny rewolucyjny pomysł. Kolejne partie skazanych wsadzano na ciężarówki żywcem. I mordowano ich bezpośrednio nad masowymi mogiłami. Teraz krew nie stanowiła już problemu, wsiąkała w piach. Żywych ludzi transportuje się zaś łatwiej niż zwłoki. Nie trzeba ich bowiem taszczyć do dołów śmierci. Sami do nich wchodzą.

Czytaj także:
Komunistyczne imperium donosicieli. Rekordzista wydał 230 osób

I ta metoda nie była jednak idealna. Liczne pistoletowe strzały można było przecież usłyszeć w promieniu kilku kilometrów. Cóż więc zrobiono? Zrezygnowano z broni palnej.

„Zrzucano ofiary do rowu, gdzie uderzano je łomami po głowach – kontynuował Haniewicz. – Przy tym procederze zabijani okropnie ryczeli. Ich dziki ryk roznosił się po okolicy, ażeby go zagłuszyć, funkcjonariusze NKWD zaczęli przywozić ze sobą do Kasztaku dwa kowadła. Dwóch czekistów waliło młotkami po kowadłach, a pozostali walili gorliwie łomami »wrogów ludu«. Z oddalenia mogło to wyglądać na zwykłą pracę z okrzykami »Hej-Hop!«”.

Wydarzenia te rozegrały się w 1938 r. w trakcie wielkiego terroru. Wśród mordowanych bestialsko ofiar było wielu syberyjskich Polaków, tropionych i skazywanych na śmierć w ramach ludobójczej operacji polskiej NKWD.

Łapanka

W nocy z 11 na 12 lutego 1938 r. do polskiej wsi Białystok w regionie tomskim zajechał oddział uzbrojonych po zęby NKWD-zistów i milicjantów. Funkcjonariusze skierowali się do budynku, w którym znajdowało się biuro kołchozu „Krasnyj Sztandar”.

Dowódca NKWD kazał wezwać miejscowych komunistycznych aktywistów. Gdy przybyli, wyciągnął z kieszeni złożoną na cztery kartkę. Była to długa, ciągnąca się do samego dołu strony, lista. Nazwisko, imię, otczestwo…

Spojrzał na zegarek i powiedział:

– Nu, zaczynamy. Nie ma co tracić czasu. Przed nami pracowita noc.

Chodzili po kilku, z bronią w ręku. Od chałupy do chałupy… Posłuchajmy świadków:

Jak wspomnę ten dzień, to nadal czuję na grzbiecie chłód. Przyprowadzono Alfonsa Szparkowicza, a on płacze i lamentuje:
Bracia, puśćcie mnie, moja żona niedawno urodziła bliźniaki. Muszę jej pomóc.
Odpowiedzieli mu:
Potem, potem”.

Siedzę w saniach i płaczę. »Czego ryczysz? Tak trzeba, to wrogowie«”.

Józefa Michnię prosto ze składu zabrali. Przyprowadzili go w starej, oberwanej odzieży. »Biegnij do moich, żeby choć walonki dali«”.

Mojego wuja Michała Maziuka przyszli zabrać, choć on chory leżał na półce koło pieca. Mimo to podnieśli go i chcieli już z nim z chaty wychodzić, kiedy on updał koło furtki i zaczął umierać. Wtedy dopiero go zostawiono”.

Jedno, co zabrali, to modlitewnik dziadków i samego dziadka, w płóciennym ubraniu, bez niczego ciepłego. A przecież był już bardzo stary. Zostałyśmy z babcią same”.


Kiedy wywozili mężczyzn ze wsi, chciałam podejść do męża, a on mnie odpychał. Bał się, że i mnie zabiorą. Pocałowałam go ostatni raz. Jego wargi były mocno zdrętwiałe”.

Żaneta chciała pożegnać się z mężem i podeszła do niego, wówczas konwojent trzasnął ją biczem i do tego nastraszył, że przejedzie koniem”.

Podeszłam do ojca, wtedy jeden z konwojentów tak mocno mnie pchnął, że poleciałam na bok jak piłeczka. Wtedy ojciec krzyknął do mnie, żebym słuchała matki i uczyła się. To wszystko”.

Zebrało się już sporo kobiet z dziećmi, czekają, a pilnujący strzelają w powietrze, żeby nas odstraszyć. Odprowadziliśmy kolumnę aresztowanych, aż do opłotków wsi”.

Zostałam sama jedna z dziewięciorgiem dzieci. Najstarszy Stanisław miał zaledwie dwanaście lat”.

Rżenie i muczenie głodnych, spragnionych koni i krów. Krowy były niewydojone. Taka sytuacja panowała w każdym domu. Wszędzie były łzy, ból, żal i zdziwienie: co się wydarzyło? Za co taka kara na ludzi? Długo trwała taka nieludzka cisza we wsi, słychać było jedynie owe zwierzęce lamenty. Z czasem ludzie otrząsnęli się, z domów powychodziły kobiety, żeby nakarmić bydło, koniec końców przecież niczemu niewinne”.

Wszystkie przytoczone wyżej relacje zostały złożone przez kobiety. Tej nocy w Białymstoku aresztowano bowiem niemal wszystkich mężczyzn. Od wyrostków do sędziwych starców. W sumie ok. 80 ludzi.

Ocalało zaledwie kilku – jeden człowiek schował się w krzakach i przeczekał obławę, inni byli akurat na leśnych robotach w głębi tajgi. NKWD aresztowało nawet miejscowych aktywistów komunistycznych, którzy gorliwie pomagali funkcjonariuszom w trakcie łapanki.


Katastrofa ta została opisana przez lokalnego historyka Wasyla Haniewicza w książce „Tragedia syberyjskiego Białegostoku”. Pan Haniewicz – który obecnie mieszka w Tomsku – sam pochodzi z Białegostoku, NKWD feralnej nocy aresztowało wielu członków jego rodziny.

„Tragiczny los mieszkańców tej niedużej miejscowości jest symboliczny i pouczający – napisał Haniewicz. – W ich losach, jak w kropli wody, zawarta jest cała historia, dziesiątków podobnych miejsc, gdzie żyły i umierały, cieszyły się i smuciły setki podobnych im rodaków, koleją losów oderwanych od swej ojczyzny”.

Byliśmy w POW

Polacy na ogół trafiali na Syberię przymusowo. W przypadku mieszkańców Białegostoku było jednak inaczej. Wieś została założona pod koniec XIX w. przez dobrowolnych kolonistów, polskich chłopów z przeludnionej Grodzieńszczyzny, którzy wierzyli, że na dziewiczej, żyznej Syberii stworzą nowe, dostatnie życie.

Dopóki Rosją rządzili carowie, dopóty nikt Polaków z Białegostoku nie niepokoił. Żyli spokojnie i dostatnio, nikomu nie wadząc. Sytuacja zmieniła się, gdy doszło do przewrotu bolszewickiego i imperium Romanowów znalazło się pod okupacją bolszewików.

W 1921 r. Czeka rozstrzelała miejscowego księdza katolickiego – Franciszka Grabowskiego. Kościół, wokół którego skupiali się Polacy z całej okolicy, został zamknięty i zamieniony w magazyn na zboże.

W 1935 r. Białystok spotkało kolejne nieszczęście – wieś została skolektywizowana. Założono w niej kołchoz „Krasnyj Sztandar”. Polscy chłopi w ciągu jednego dnia z wolnych ludzi przeistoczyli się w harujących za głodowe stawki niewolników. Zepchnięto ich w otchłań nędzy. Oporni kułacy zgnili w łagrach.

Do kolejnych aresztowań doszło w Białymstoku w sierpniu 1937 r., gdy zaczęła ruszać ludobójcza machina operacji polskiej NKWD. Jeden Polak został aresztowany za to, że miał w domu zdjęcie ślubne swojego brata żyjącego w Polsce. Problem w tym, że ów brat był strażakiem i na fotografii wystąpił w mundurze. Bezpieka uznało to za… dowód współpracy aresztowanego z polskimi oficerami. W innym domu w trakcie rewizji czekiści podarli w strzępy Biblię.

Do kolejnych zatrzymań doszło w styczniu 1938 r., ale największy cios na polską wieś spadł 11 lutego. NKWD z aresztowanych polskich mężczyzn sformowało kolumnę marszową i popędziło ich do odległego o 188 km Kołpaszewa. Sporą część drogi przebyli po zamarzniętej rzece Ob.

„Kiedy ich prowadzono obok szkoły – wspomniał mieszkaniec jednej z położonych po drodze wsi Grigorij Ogniew – my, uczniowie, powyskakiwaliśmy z ławek i patrzyliśmy na nich przez okno. Wtedy nauczycielka Milica Izotowna powiedziała nam, że to wrogowie ludu z Białegostoku i nie trzeba na nich patrzeć. A ja pomyślałem sobie: jacy oni wrogowie, kiedy na nogach mieli łapcie powiązane sznurkami”.

W Kołpaszewie wycieńczeni długim marszem aresztowani trafili do niebywale przepełnionego miejskiego więzienia. Jeden starszy mężczyzna wkrótce zmarł z powodu trudów drogi, a 20 innych szybko wypuszczono. A reszta? Reszta została eksterminowana.

Straszliwie skatowani przez oficerów śledczych, zdezorientowani, przerażeni polscy chłopi przyznali się, że od wielu lat byli agentami wywiadu II RP i członkami „kontrrewolucyjnej dywersyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej”. Na polecenie centrali w Warszawie mieli… dokonywać groźnych aktów terroru i sabotażu na terenie kołchozu „Krasnyj Sztandar”. Wszystko to było oczywiście wytworem wyobraźni czekistów.

Jak wynika z dokumentów, spece z NKWD z Polaków z Białegostoku wycisnęli zeznania w przeciągu jednej nocy. Na protokołach przesłuchań znajdowały się podpisy albo – w przypadku analfabetów – odciski palców aresztowanych.

„Uderzenia rękojeścią po głowie i kręgosłupie, zatrzaskiwanie palców drzwiami gabinetu, sadzanie na odwróconej nóżce krzesła – wyliczał metody stosowane przez syberyjskich czekistów Haniewicz. – Śledczy Pastanogow przywiązywał aresztowanych do krzesła, przywiązywał do ich rąk i nóg przewód polowego telefonu i kręcił korbką generatora. Następował obcasem buta na gardło lub mosznę przesłuchiwanych. Niewski swoje ofiary kłuł w pośladek szydłem, nakręcał na wielki gwóźdź włosy i tym sposobem rwał je z głowy lub innych części ciała”.

Były to metody niezwykle skuteczne – poddani im nieszczęśnicy przyznawali się do najbardziej absurdalnych czynów. Jeden z aresztowanych potwierdził, że na polecenie polskiego wywiadu dokonał podpalenia chlewu, a inny miał podpalić słomę w pobliżu kołchozowego składu zboża. Jeszcze inny truł bydło.

Wśród aresztowanych znalazło się dwóch dziadków Wasyla Haniewicza. Obaj przyznali się do standardowych zarzutów: „nacjonalistyczna agitacja”, „zmarnowanie 130 kwintali kołchozowego chleba”, „werbowanie do POW”, „szykowanie aktów terrorystycznych”…

Najbardziej kuriozalna była jednak sprawa pradziadka autora „Tragedii syberyjskiego Białegostoku”. Otóż według oficerów śledczych Roman Michnia miał podpalić szopę z maszynami rolniczymi, zbierać informacje szpiegowskie i – w momencie wybuchu polskiego powstania na Syberii (!) – być gotowy na „podjęcie walki z orężem w rękach przeciwko władzy sowieckiej”.

Problem polegał na tym, że pan Michnia nie mógł utrzymać w rękach karabinu, bo… nie miał obu rąk! Jeszcze na początku lat 20. odmroził bowiem wszystkie palce i był kaleką. NKWD-ziści nie przejmowali się jednak podobnymi „drobnostkami”.

Czytaj także:
Bestia na czele NKWD. Czy Beria zabił Stalina?

Roman Michnia został zamordowany razem z pozostałymi „polskimi dywersantami”. Spośród aresztowanych w lutym mężczyzn oszczędzono tylko jednego (dostał 10 lat łagrów), reszta – decyzją Moskwy – została skazana na rozstrzelanie. Wyroki wykonano w maju 1938 r.

Żniwo śmierci

Według ustaleń Wasyla Haniewicza w sumie bolszewicy zamordowali blisko 100 mężczyzn z Białegostoku. Czyli prawie wszystkich. Nieliczni, którzy uniknęli aresztowania w nocy z 11 na 12 lutego 1938 r., zostali wyłapani w kolejnej obławie.

„Niczego niepodejrzewających więźniów – czytamy w »Tragedii syberyjskiego Białegostoku« – ubranych jedynie w bieliznę, pojedynczo zaprowadzano do specjalnego pomieszczenia, gdzie za stołem w białych kitlach siedziała »komisja medyczna” i »sanitariusze«. Ludzie w kitlach najpierw pytali o dane personalne, o samopoczucie, potem następowały »oględziny lekarskie«. Biełosliudcew, grający rolę lekarza, nakazywał skazanemu stawać na specjalnie przygotowany przyrząd dla zmierzenia wzrostu, ustawiony obok niedużego szmacianego parawanu. Za parawanem, za plecami aktualnie mierzonego, stał jeden ze specjalistów z naganem w ręku. Minutę później podchodzili »sanitariusze« i odciągali trupa do drugiego pomieszczenia i zapraszali na »oględziny lekarskie« następnego skazańca”.

Kiedy ta eksterminacyjna taśma produkcyjna nie była w stanie wyrobić normy – czyli zgładzić wszystkich skazanych – część z nich zapakowano na ciężarówki i wywieziono nad rzekę. Tam zostali utopieni.

Ciała zamordowanych ludzi wrzucano na kupę do wcześniej wykopanych głębokich dołów na terenie więzienia NKWD. Kolejne warstwy trupów przesypywano warstwami wapna. Ubrania i rzeczy osobiste nieszczęśników były zaś palone nocami na polach w okolicach Kołpaszewa. Tak aby po ludziach nie pozostał najmniejszy ślad.

Po pewnym czasie Polki z Białegostoku – które do końca wierzyły, że ich mężowie zostali aresztowani przez „pomyłkę” i zaraz wrócą – dostały suche urzędowe zawiadomienia. We wszystkich wpisano, że ich bliscy zostali skazani na „dziesięć lat bez prawa do korespondencji”.

Wiele z nich czekało z utęsknieniem na rok 1948, a kiedy mężowie nie wrócili, zrozpaczone kobiety zasypywały urzędy sowieckie pytaniami i prośbami. Na pisma te nie dostały odpowiedzi. Mało tego, KGB często próbowało je zastraszyć.

Dopiero pod koniec lat 50. organa raczyły poinformować je o śmierci mężczyzn. W każdym przypadku podano jednak fikcyjną datę i przyczynę zgonu. Niewydolność serca, zapalenie płuc, gangrena, wrzód żołądka, anemia, rak, gruźlica, zapalenie opon mózgowych…

Prawda wyszła na jaw dopiero w 1979 r. I stało się to w makabrycznych okolicznościach. Było to wiosną, podczas roztopów, gdy rzeka Ob szeroko rozlała. Woda podmyła wysoki brzeg w pobliżu Kołpaszewa. W miejscu, gdzie niegdyś znajdował się ponury gmach NKWD, doszło do wielkiego osunięcia ziemi.

Mieszkańcom ukazał się przerażający widok. Między zwałami piachu ujrzeli skłębione, poskręcane ludzkie szczątki. Dziesiątki, setki, tysiące ciał. Ziejące oczodoły, wyszczerzone zęby, powyginane ręce, dziury w tyłach czaszek. Groza.

O dziwo, niektóre ciała zachowały się na tyle dobrze, że można było rozpoznać zamordowanych…

Miejscowe sowieckie władze – przypominam: rzecz dzieje się w roku 1979 – natychmiast przystąpiły do akcji. Na miejsce został sprowadzony ciężki sprzęt budowlany. Ciała ściągnięto na linach do rzeki i zatopiono. Zbrodnia przeciwko mieszkańcom syberyjskiego Białegostoku została zatuszowana po raz drugi.

Taką samą opowieść można by napisać o każdej z tysięcy zamieszkanych przez Polaków miejscowości, rozsianych na wielkich przestrzeniach Związku Sowieckiego.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 4/2017
Artykuł został opublikowany w 4/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł
 5
  • Rozbawiona IP
    Treść została usunięta
    Dodaj odpowiedź 14 57
      Odpowiedzi: 4

    Czytaj także