Bomby na dżunglę. Niesamowite losy dowódcy Dywizjonu 303

Bomby na dżunglę. Niesamowite losy dowódcy Dywizjonu 303

Samolot Douglas B-26, na którym latał Zumbach.
Samolot Douglas B-26, na którym latał Zumbach. / Źródło: Fot. Archiwum
Dodano
Były dowódca Dywizjonu 303 stworzył siły powietrzne dwóch walczących o wolność afrykańskich nacji.

Historia lotnictwa wojskowego pełna jest zadziwiających epizodów. Ludzie walczyli w przestworzach na rozmaitych – często dziwacznych – maszynach. Bez wątpienia jednak to, co latem 1967 r. pruło przestworza nad biafrańską dżunglą, przebijało wszystko. Nad buszem pikował bowiem stary, rozklekotany B-26 uratowany ze złomu i złożony do kupy z części wielu samolotów. Nierówno pracujące silniki wydawały z siebie potworny ryk, a na dżunglę sypały się odpadające nity i fragmenty kadłuba. Na dziobie osobliwej maszyny widniała groźna, szczerząca zęby paszcza rekina. W paszczy tej wywiercona była niewielka dziura, przez którą pomysłowi mechanicy wysunęli lufę ciężkiego karabinu maszynowego.

Leżał przy niej murzyński żołnierz, do którego prawej ręki przywiązany był sznurek. Jego drugi koniec znajdował się w rękach pilota. Gdy pilot nadlatywał nad cel (miał na przedniej szybie kokpitu naklejony celownik) szarpał sznurek, a w odpowiedzi żołnierz automatycznie wypuszczał serię z ckm-u. Sam bowiem leżąc w ciemnym dziobie samolotu, oczywiście niczego nie widział.

Jednocześnie znajdujący się w tylnej części maszyny czarni „bombardierzy” przez otwarte drzwi wyrzucali „bomby”. Owe pociski były zwykłymi… rondlami wypełnionymi szczelnie trotylem i rozmaitym żelastwem – gwoździami, śrubami i puszkami po konserwach. Po uderzeniu w ziemię robiło to znacznie więcej huku i dymu niż poważnych szkód.

Samolot ten stanowił całe siły powietrzne Republiki Biafry. Prowincji, która w 1967 r. oddzieliła się od Nigerii i ogłosiła niepodległość. Pilotem, który siedział za sterami B-26, był zaś Jan Zumbach. Były dowódca Dywizjonu 303, polski as myśliwski z okresu II wojny światowej.

„Ach, gdyby mogli mnie teraz zobaczyć moi kumple z RAF – pisał Jan Zumbach na łamach wznowionej właśnie w Polsce książki »Ostatnia walka«. – Mnie, siedzącego za sterami odbudowanego ze złomu pudła, z groźnym malowidłem paszczy rekina. Dowodzącego załogą złożoną z Biafrańczyków i bombardującego dżunglę! Już słyszę ich ironiczne komentarze”.

Walka o ropę

O co chodziło w konflikcie między Nigerią a Biafrą? Otóż Biafra stanowiła zaledwie jedną siódmą Nigerii, ale na jej terenie znajdowały się bogate złoża ropy eksploatowane przez zachodnie koncerny. W ten sposób Biafrańczycy ze swojej kieszeni utrzymywali cały olbrzymi kraj, na co nie mieli najmniejszej ochoty. Na to wszystko nakładał się – jak to od zawsze w Afryce – konflikt plemienny. Nigeria, tak jak niemal wszystkie inne państwa Czarnego Lądu, była krajem sztucznym. Jego granice wykreślili niegdyś przy linijce biali kolonizatorzy, całkowicie nie licząc się z tym, jakie plemiona zamieszkiwały ten teren. W efekcie w granicach Nigerii znalazły się terytoria kilkuset nienawidzących się szczepów. Biafrę zamieszkiwali głównie Ibo poważnie skonfliktowani z potężnym plemieniem Hausa. W 1966 r. Hausa rzucili się na Ibo z maczetami i wymordowali ich dobre 30 tys. To przepełniło czarę goryczy.

Rok później Biafrańczycy, na których czele stanął charyzmatyczny płk Odumegwu Ojukwu, oddzielili się od Nigerii. A ponieważ złoża ropy zapewniały im spore zyski, stać ich było na zatrudnienie białych najemników. Między innymi bohatera tej opowieści Jana Zumbacha. Nigeria oczywiście nie pogodziła się z utratą złotodajnej prowincji i postanowiła zbrojnie ją odzyskać. W działaniach tych mogła liczyć na wsparcie Związku Sowieckiego. W ten sposób rozpoczęła się krwawa nigeryjska wojna domowa, która miała trwać ponad dwa lata, aż do 1970 r.

W początkowej fazie konfliktu stary B-26 pilotowany przez Jana Zumbacha dawał Biafrańczykom całkowite panowanie w powietrzu. Jak to możliwe? Otóż Nigeria nie dysponowała wówczas ani jednym bojowym samolotem! A prymitywne uzbrojenie maszyny w warunkach afrykańskiej wojny w buszu okazało się w zupełności wystarczające. Gdy B-26 nadlatywał nad maszerujące w głąb terytorium Biafry kolumny nigeryjskiej piechoty, w ich szeregach wybuchała panika. Żołnierze porzucali broń, rozbiegali się na wszystkie strony i często – na piechotę – wracali do swoich wiosek.

„Nasze bombardowania wywoływały u wroga więcej przerażenia niż strat” – pisał Zumbach.

Tutaj ważna uwaga – wspomniane bomby-rondle produkował w swoim przydomowym warsztacie biafrański… kowal. Człowiek ten nazywał się mr Willy i miał imponujące wszechstronne uzdolnienia. Otóż wykonywał on również pracę… dentysty, wyrywając za pomocą obcęgów Biafrańczykom bolące zęby. Najbardziej zaawansowaną technicznie bombą, jaką stworzył mr Willy, był pocisk w kształcie totemu. W środku zespawanej z blachy koszmarnej rogatej rzeźby umieszczony został ładunek z opóźnionym zapłonem.

Zumbach zrzucił go nad terytorium krwiożerczego plemienia Yaruba, złożonego z pogan i czcicieli totemów. Zabobonni Murzyni, gdy znaleźli statuę, która spadła z nieba, oczywiście zatargali ją do swej wioski i zaczęli wokół niej odprawiać szamańskie rytuały. Co stało się później – chyba nie ma potrzeby opisywać.

Do jednej z najbardziej spektakularnych akcji Zumbacha bez wątpienia należał nalot na nigeryjskie lotnisko w Makurdi. Polakowi i jego czarnej załodze udało się wówczas strącić nieprzyjacielski śmigłowiec, na którego pokładzie znajdowała się grupa oficerów i sam szef Sztabu Generalnego Armii Nigeryjskiej!

„Nadano mi spontanicznie tytuł Zbawcy Biafry! – wspominał Zumbach. – Stałem się dla Biafrańczyków człowiekiem numer dwa po pułkowniku Ojukwu. Mój szofer nie mógł odmówić sobie przyjemności zatrzymywania się, gromadzenia tłumów przechodniów i pokazywania im Zbawcy Biafry.

Udziałem moim stały się też hołdy zupełnie inne, mniej oficjalne i bardziej delikatnej natury: listy miłosne. Jedna z moich korespondentek przybyła nawet do hotelu z żądaniem odpowiedzi na propozycję spłodzenia z bohaterem dziecka. Gdy jednak ujrzałem ją w hallu, rzuciłem się do ucieczki. Była wprawdzie młoda, ale niestety dość szpetna. Głowę jej zdobiły ściśle przylegające drobne warkoczyki obficie nasycone pachnącym zjełczałym masłem. Mimo całego mojego poważania dla ludu Ibo spełnienie prośby młodej damy nie byłoby z mojej strony możliwe”.


Sława wojenna Zumbacha rosła z każdym dniem. Toczył on bowiem kolejne zacięte bitwy. Raz nawet obłożył bombami i przepędził z wybrzeża Biafry jedyny nigeryjski okręt wojenny – niszczyciel „Nigeria”. Niestety walka o niepodległość plemienia Ibo ostatecznie zakończyła się klęską. Dysproporcja sił między Nigerią a Biafrą była zbyt wielka. W 1970 r. Nigeryjczykom udało się spacyfikować rebelię. Jan Zumbach wrócił do Europy. Swoją ojczyznę musiał opuścić również dzielny płk Ojukwu. Człowiek, który ośmielił się rzucić wyzwanie potężnemu rządowi centralnemu. Ostatecznie zmarł on na wygnaniu w Wielkiej Brytanii w roku 2011.

Czombe i Muke

Kampania biafrańska nie była pierwszą afrykańską przygodą Jana Zumbacha. Wcześniej – w roku 1962 – zorganizował on siły powietrzne Katangi, zbuntowanej prowincji Konga. Podobnie jak w Biafrze polski pilot walczył tam przeciwko rządowi centralnemu wspieranemu przez Sowietów. Misja w Kongu miała również wymiar humorystyczny. Mowa o prezydencie Katangi Moise Czombe i naczelnym dowódcy sił zbrojnych tego państewka gen. Mukem. Obaj uważali się za wielkich strategów, a zupełnie nie znali się na prowadzeniu wojny. Wystarczy powiedzieć, że gen. Muke w belgijskiej armii kolonialnej piastował zaszczytną funkcję… kucharza.

Czytaj także:
Gan-Ganowicz - dowódca „Czerwonych Diabłów”. Najsłynniejszy polski najemnik

Gdy Zumbach po raz pierwszy trafił z oboma panami na „naradę wojenną”, planowali oni „wielką operację”, używając do tego składanych samochodowych map Michelin kupionych na stacji benzynowej. Przy okazji okazało się, że gen. Muke był niepiśmienny – trzymał bowiem mapę do góry nogami. Komizmu sytuacji dodawał wygląd przybocznej gwardii prezydenta Czombego, która była odzwierciedleniem manii wielkości afrykańskiego przywódcy. Oddajmy zresztą głos Zumbachowi:

„A gwardia ta wyglądała tak: kompania czarnych żołnierzy wystrojonych w uniformy francuskiej Garde Républicaine! W wysokich, sięgających kolan lakierowanych butach, w białych spodniach i ciemnoniebieskich huzarskich bluzach z czerwonymi wyłogami, ze słynnymi błyszczącymi hełmami, na szczycie których powiewały końskie buńczuki, z szablami przy bokach i oczywiście z brzęczącymi ostrogami u pięt”.

Mundury te dostarczone zostały przez jedną z paryskich garderób teatralnych. A ponieważ w Katandze nie było koni, gwardziści Czombego w swoich fantastycznych kolorowych mundurach jeździli dżipami. Na ogół pod silnym wpływem lokalnego piwa Simba. Czyż można się jednak temu dziwić, skoro temperatury w Katandze często wynosiły powyżej 40 st. C? Biedni, ubrani w ciepłe europejskie mundury i uzbrojeni w szable czarni gwardziści musieli się w końcu czymś schłodzić.

Na szczęście nie lepiej sprawy się miały u przeciwników, czyli w armii Konga. Pierwsze nieprzyjacielskie oddziały, które rozgonił swoim samolotem Jan Zumbach, uzbrojone były w proce, maczety i pupus, czyli stare samopały z obciętą lufą, które zamiast kul nabite były gwoździami. Z czasem uzbrojenie Nigeryjczyków nieco się poprawiło, ale niewiele im to pomogło.

„Z rykiem silników runęliśmy w dół – wspominał polski pilot. – Nasze cztery karabiny maszynowe strzelały ogniem ciągłym. Zrzuciłem swoją pierwszą bombę. Eksplodowała za daleko od ciężarówek! Niech to cholera! Ale było to jak wbicie kija w mrowisko. Gdzie nie spojrzeć, z ukrycia wyskakiwali uzbrojeni ludzie i uciekali na wszystkie strony. Po ostrym skręcie obniżyłem lot, a Wanowski tuż za mną, na wysokość czubków drzew. Zaczęliśmy ostrzeliwanie ziemi z broni pokładowej jak ongiś w 1944 roku podczas lądowania w Normandii. Zrzuciłem drugą bombę. Ciężarówka zapaliła się jasnym płomieniem. Ponownie lot w górę, aby uniknąć kolizji z drzewami. Próbę trafienia nas podjęli strzelcy wyborowi, ale bezskutecznie”.

Opisów podobnych bitew i potyczek na kartach „Ostatniej walki” Jana Zumbacha znalazło się mnóstwo. Ta książka to jednak nie tylko opowieść o niesamowitych wojennych przygodach polskiego awanturnika, lecz także malownicza panorama Afryki lat 60. A więc epoki dekolonizacji – tego nieszczęścia, które zrujnowało Czarny Ląd i wepchnęło go w otchłań tyranii i nędzy.

Polski pilot trafił do egzotycznego, barwnego świata, który opisał w sposób niezwykle dowcipny. Spał w zapluskwionych pokojach „luksusowych” afrykańskich hoteli, w których wytchnienie od koszmarnego upału dawały tylko niemrawo kręcący się pod sufitem wiatrak i ciepła whisky. Obcował z egzotycznymi zwierzętami (np. małpą, która pogryzła mu bulteriera) i imponującą dziewiczą przyrodą. Przede wszystkim spotykał jednak ciekawych ludzi. Dyktatorów, generałów, dyplomatów, przemytników, łowców przygód i zwykłych Afrykańczyków.

Z jego wspomnień dowiadujemy się np., że wszystkie wojny na Czarnym Lądzie toczone były wyłącznie przy świetle dziennym. Murzyńscy żołnierze nocą panicznie bali się bowiem czarów i kategorycznie odmawiali wyjścia z koszar.

„Byłem naocznym świadkiem scen będących dla Europejczyka wprost nie do uwierzenia – pisał Zumbach. – Katangijski żandarm stał niedbale oparty o swój automatyczny karabin FAL, przy czym dłonią zakrywał wylot lufy. Z tyłu – na czworakach – podkradł się do niego inny żandarm i nacisnął spust. Mimo powtarzanych wielokrotnie ostrzeżeń broń i tym razem była niezabezpieczona. Dłoń biedaka została rozszarpana! Pozostał z niej tylko kciuk wiszący na kikucie przegubu, z którego sikała krew. Ryczał z bólu. A autor dowcipu i jego koledzy zataczali się ze śmiechu. No cóż, niedobry kawał?”.

Kongijska epopeja Zumbacha również zakończyła się fiaskiem. Secesja Katangi została udaremniona na skutek interwencji ONZ. Nowoczesne szwedzkie myśliwce z armii narodów zjednoczonych zniszczyły wszystkie stacjonujące na katangijskich lotniskach maszyny floty Zumbacha.

Chociaż Jan Zumbach był żołnierzem przegranych wojen, pozostawił po sobie legendę polskiego asa przestworzy i szalonego awanturnika. Człowieka wielkiej przygody, który nie potrafił zamienić wojskowych butów na ciepłe kapcie i zasiąść przed kominkiem. Tam, gdzie była akcja, tam pojawiał się Jan Zumbach. Polski pilot pozostawił po sobie również kapitalne wspomnienia, które są znacznie ciekawsze od najlepszych powieści sensacyjnych. W przeciwieństwie do nich opisane przez Jana Zumbacha wydarzenia rozegrały się bowiem naprawdę.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2017
Artykuł został opublikowany w 2/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 0

Czytaj także