EkonomiaPrądzyński: Nie chcemy powrotu do wojny cenowej

Prądzyński: Nie chcemy powrotu do wojny cenowej

Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń
Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń / Źródło: Materiały prasowe
Dodano
Z Janem Grzegorzem Prądzyńskim, prezesem Polskiej Izby Ubezpieczeń rozmawia Jacek Przybylski.

Jacek Przybylski: Polscy ubezpieczyciele wypłacili w ubiegłym roku poszkodowanym i klientom 39,8 mld zł odszkodowań i świadczeń. To niemal 10 proc. więcej niż rok wcześniej. Z czego wynika tak duży wzrost dynamiki wypłat odszkodowań?

Jan Grzegorz Prądzyński: Z jednej strony to naturalny wzrost, np. kosztów medycznych, napraw pojazdów itp. Z drugiej strony mamy natomiast w OC komunikacyjnym niedoregulowanie w kwestii zadośćuczynień. W ostatni wtorek SN zdecydował o możliwości przyznania zadośćuczynienia osobom najbliższym ofierze wypadku w przypadku, gdy ta została ciężko i trwale poszkodowana. Musimy oczywiście poczekać na uzasadnienie, ale decyzja może spowodować kolejny wzrost wypłat z OC. Jako jeden z nielicznych krajów europejskich nie ma jeszcze w pełni uregulowanej kwestii, np. zadośćuczynień. Brak regulacji sprawia, że zawsze może pojawić się wątpliwość, czy zakład ubezpieczeń proponuje odpowiednią kwotę. Dlatego część spraw kończy się w sądzie, który rozstrzyga o wysokości zadośćuczynienia. Większość krajów europejskich przyjęła już więc rozwiązania, które wprowadzają przejrzyste zasady – czy to w formie algorytmów, czy specjalnych tabel, w których określa się np., ile należy się rodzicom za śmierć dziecka lub jaką kwotę wypłacić dzieciom za śmierć rodziców. W Szwecji maksymalna wysokość zadośćuczynienia to zaledwie 5 tys. euro, a w Niemczech – gdzie właśnie wprowadzane są odpowiednie regulacje – maksymalna wysokość zadośćuczynienia to półtorakrotność średniego wynagrodzenia. Tymczasem w Polsce średnia wysokość odszkodowań to poziom kilkunastomiesięcznego wynagrodzenia. A trzeba pamiętać, że im wyższe zasądzane kwoty, tym wyższe koszty ubezpieczycieli, a co za tym idzie – tym również podwyżki OC, przeciw którym wielokrotnie narzekali kierowcy.

Na rynku pojawili się jednak nowi gracze, którzy oferują tańsze ubezpieczenia OC. Czy to zapowiedź powrotu do wojny cenowej na tym rynku?

Bardzo byśmy tego nie chcieli. Po 10 latach strat rynek OC wreszcie stał się rentowny. Niestety, w ramach obowiązującej w UE swobody świadczenia usług nawet takie ubezpieczenia jak obowiązkowe OC mogą być sprzedawane przez firmy, które nie są naszymi członkami, nie są też kontrolowane przez polski nadzór, potencjalnie stanowią więc duże ryzyko dla systemu ubezpieczeń. Obecnie analizujemy, co możemy zrobić i jak chronić rynek oraz poszkodowanych.

A kiedy wreszcie OC nie będzie zależeć od stylu jazdy kierowcy?

W trakcie różnych prac nad OC komunikacyjnym czy ustawą o działalności ubezpieczeniowej apelowaliśmy o to, żeby ubezpieczyciele mieli dostęp do Centralnej Ewidencji Kierowców, co pozwoliłoby im sprawdzać np. to, ile dany kierujący ma mandatów za przekroczenie prędkości, i na podstawie tego szacować ryzyko. Z nieznanych nam powodów nie dostaliśmy na to zgody. Ubezpieczyciele muszą więc nadal szacować ryzyko głównie na podstawie szkodowości danego klienta.

A co z urządzeniami, które pozwalają monitorować styl jazdy kierowcy?

Zgadzają się na nie głównie ci klienci, którzy jeżdżą spokojnie, a ci, którzy szarżują, takich urządzeń nie chcą. Nie mamy jednak prawa zakładać, że jeśli ktoś odmawia ich używania, to jeździ źle.

Polacy niby nie lubią ryzyka, ale poza zakupem obowiązkowego dla kierowców OC nie ubezpieczają się zbyt chętnie. Tylko nieco ponad połowa Polaków kupuje polisy na domy i mieszkania, jeszcze mniej na życie czy OC w życiu prywatnym. Dlaczego?

Produkty ubezpieczeniowe są ściśle związane z zamożnością społeczeństwa. Im bardziej zamożne społeczeństwo, tym chęć wydawania pieniędzy na ochronę jest większa. W Polsce ciągle pokutuje również poczucie z minionej epoki, że to państwo weźmie za nas odpowiedzialność. Musimy mieć jednak świadomość, że nie wszystkie obszary naszego prywatnego życia są tak chronione, jak powinny. Świetnym przykładem jest opieka zdrowotna – teoretycznie wszyscy mamy ją bezpłatnie gwarantowaną przez państwo. Okazuje się jednak, że np. na endoprotezę trzeba czekać półtora roku, a na zabiegi okulistyczne nawet dłużej. A przecież jeśli po wypadku komunikacyjnym rehabilitacja nie nastąpi bezpośrednio po wyjściu poszkodowanego ze szpitala, to z każdym miesiącem jego szanse na powrót do pełnej sprawności maleją, a rozpoczęcie rehabilitacji po roku od wypadku oznacza, że dana osoba już na zawsze zostanie niepełnosprawna.

Prywatne ubezpieczenia zdrowotne nie są jednak zbyt popularne.

Wprawdzie polskie ustawodawstwo nie przewiduje prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, jednak ponad 2 mln Polaków ma już tego typu ubezpieczenie. Niestety, w Polsce obowiązuje tzw. system ubezpieczeń suplementarnych, co oznacza, że płacimy dodatkowo za coś, za co już zapłaciliśmy w systemie państwowym. To najgorszy i jednocześnie najdroższy system, jaki może być. Ciągle zachęcamy więc Ministerstwo Zdrowia i członków rządu do rozmowy na temat prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, ponieważ obserwujemy lepsze rozwiązania w innych krajach europejskich. Do tego potrzeba jednak woli politycznej i otwarcia na ten temat.

A może niechęć do branży ubezpieczeniowej wynika po prostu z kiepskiej reputacji tego sektora? Z różnych badań wynika, że niemal co trzeci Polak nie ufa firmom ubezpieczeniowym. Co robi PIU, aby uporać się z kryzysem wizerunkowym spowodowanym tzw. polisolokatami?

To PIU doprowadziło do stworzenia dobrych praktyk w zakresie ubezpieczeń inwestycyjnych, a następnie do porozumień z UOKiK, które odpowiadały na oczekiwania klientów. Natomiast reputacja branży ubezpieczeniowej jest spójna z reputacją rynku finansowego. Społeczeństwo nie ma o nas szczególnie złego zdania. A wręcz z naszych badań wynika, że nasz sektor kojarzy się ze stabilnością, z bezpieczeństwem czy opiekuńczością.

Problem nie leży więc w niechęci, lecz raczej w nieświadomości tego, co możemy zaoferować.

Apelujemy więc do resortu edukacji o wprowadzenie tematyki ubezpieczeń do nauczania. Już wspomina się o nich w ramach nauki przedsiębiorczości, ale to zbyt mały i wąski zakres, bo głównie na tych zajęciach mówi się o bankach. Tymczasem dla młodych ludzi ubezpieczenia to temat abstrakcyjny, bo choć licealiści już mogą mieć konto w banku i mogą sami zarządzać swoimi pieniędzmi, to polisy wciąż kupują jeszcze za nich rodzice. Efekty zmiany programu nauczania widzielibyśmy oczywiście dopiero za 15–20 lat, ale to jest kierunek, którym warto iść.

W 2019 r. ma ruszyć rządowy program Pracowniczych Planów Kapitałowych. Teoretycznie do PPK zostaną zapisani wszyscy pracujący. Jak duży wpływ PPK wywrą na rynek kapitałowy i ubezpieczeniowy?

Niewątpliwie istnieje potrzeba wprowadzenia tego typu rozwiązania, ponieważ demografia jest nieubłagana. Społeczeństwo się starzeje, więc już niedługo jedna osoba będzie pracowała na kilku emerytów. Tymczasem większość Polaków zaczyna oszczędzać zbyt późno, by godziwie żyć na starość, choć w 2060 r. tzw. stopa zastąpienia, czyli wysokość świadczenia emerytalnego w stosunku do ostatniego wynagrodzenia, wyniesie w Polsce zaledwie 29 proc. Istnieje więc potrzeba, aby młodzi ludzie, którzy dziś dopiero zaczynają pracę, budowali własny kapitał na starość. PPK to dobry pomysł. Nie rozumiemy jednak, dlaczego ustawodawca nie uwzględnił ubezpieczycieli w fazie akumulacji. Naszym zdaniem to olbrzymi błąd z dwóch powodów. Żeby PPK spełniło swoje zadanie, musi być powszechne. Branża ubezpieczeniowa jest najlepiej przygotowana do tego, aby tę powszechność zapewnić. To my mamy bezpośrednie kontakty z przedsiębiorcami, bo przecież ubezpieczyciele prowadzą większość Pracowniczych Programów Emerytalnych. Oferujemy też wszystkie ubezpieczenia grupowe dla pracowników. Wykluczenie ubezpieczycieli z fazy akumulacji jest więc niezrozumiałe i stanowi dziwne ograniczenie konkurencji pomiędzy podmiotami rynku kapitałowego. Nie ma żadnego powodu, aby tylko Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych mogły oferować PPK.

Czy utrata dodatkowego strumienia pieniądza może wpłynąć na zmianę pozycji sektora ubezpieczeniowego na rynku finansowym?

Nie. Mamy jednak nadzieję, że rząd lub parlament zmieni jeszcze zapisy dotyczące PPK i nie zdecyduje się oddać praktycznie całego systemu emerytalnego wyłącznie w ręce TFI. Wszędzie na świecie ubezpieczyciele są bowiem najbardziej pożądanym inwestorem instytucjonalnym, ponieważ w przeciwieństwie do banków ich kapitał jest stały i długoterminowy. Większość państw stara się więc, aby ubezpieczyciele mieli jak największy udział w gospodarce. W Polsce sektor ubezpieczeniowy jest trzecim największym inwestorem instytucjonalnym zaraz po bankach i inwestorach zagranicznych. Finansujemy wydatki publiczne na infrastrukturę, edukację czy zdrowie. Ubezpieczyciele w naszym kraju tylko podatku dochodowego płacą rocznie ponad 1,2 mld zł, tworzą 225 tys. miejsc pracy i ubezpieczają majątek firm wart w sumie aż 1,8 bln zł, czyli 60 proc. majątku polskich przedsiębiorców. Innymi słowy – bez ubezpieczeń współczesna gospodarka po prostu nie mogłaby funkcjonować.

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 14/2018
Artykuł został opublikowany w 14/2018 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dcy
 0

Czytaj także