FelietonyZbędny Polak na Wschodzie

Zbędny Polak na Wschodzie

Dodano

Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, jak nasze władze traktują starających się o powrót do kraju Polaków z Kazachstanu, musiał je stracić na widok Prezesa Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” Longina Komołowskiego. Był wtorek, zbliżało się południe, zaś konferencję na temat potomków zesłańców i możliwości ich powrotu do ojczyzny przygotowywano przez wiele tygodni. Jednakże Prezes sprawiał wrażenie, jakby go właśnie wyciągnięto z głębokiego snu. Do przejętego wagą chwili audytorium – działaczy samorządowych oraz przedstawicieli organizacji zajmujących się pomocą Polakom z Kazachstanu, a także samych repatriantów – wyszedł, stanął i się uśmiechnął. Nie był jednak w stanie powitać gości. Jak tłumaczył – nie miał kartki.

Na spotkanie przyjechali z Kazachstanu przedstawiciele Polaków z Karagandy, Astany, Kokczetaw. Polityków z kraju reprezentowali posłowie PiS  Jan Dziedziczak i Małgorzata Gosiewska. Jednak Adam Lipiński, przewodniczący sejmowej komisji łączności z Polakami za Granicą, nie przybył. Na szczęście już w trakcie konferencji wpadła zdyszana wiceprzewodnicząca komisji Joanna Fabisiak. Przedstawicieli rządu zabrakło. Wydelegowano tylko dyrektorów z ministerstw. Może to i dobrze? Grupka upartych jak osły działaczy społecznych, samorządowców i repatriantów powinna wreszcie zrozumieć, że władza nie będzie tracić czasu na sprawy, które jej tak naprawdę nie interesują.

Bo kto chce dziś pamiętać o tym, że Polacy w Kazachstanie znaleźli się nie dlatego, że ich przodkowie pojechali tam na wycieczkę? Nie wybrali dobrowolnie życia w stepie z powodu piękna krajobrazu i chęci zażywania krioterapii w mrozach sięgających pięćdziesięciu stopni. Znaleźli się tam dlatego, że w drugiej połowie lat trzydziestych – w wyniku tzw. Operacji Polskiej NKWD, w trakcie której 111 tys. Polaków zamieszkałych na terenie ZSRR straciło życie, zaś innych zesłano do łagrów – część naszych rodaków przymusowo przesiedlono do Kazachstanu. Tylko dlatego, że po Traktacie Ryskim mieli nieszczęście znaleźć się po niewłaściwej stronie granicy. Przez wiele dziesięcioleci przechowali polską tradycję, nierzadko też język. Teraz ich potomkowie chcieliby wreszcie wrócić do ojczyzny.

Po upadku ZSRR Niemcy swoich rodaków potrafili zabrać do domu w ciągu kilku lat. Natomiast u nas problem repatriantów przerasta kolejne rządy. Jak się okazuje, polskie władze przerasta nawet wynegocjowanie dwustronnej umowy z Kazachstanem, na mocy której ci, którzy wracają, otrzymywaliby z Kazachstanu świadczenia emerytalne za pracę, którą tam przez lata wykonywali. Obecnie emerytowany pracownik naukowy, który przyjechał do Polski w latach dziewięćdziesiątych, dostaje 700 zł miesięcznie. I musi za to przeżyć.

Zbyt uciążliwe okazuje się nawet poprawienie nonsensownych przepisów regulujących pobieranie przez młodzież z zagranicy stypendiów dla osób pochodzenia polskiego. Można je otrzymać pod warunkiem, że student nie ma Karty Polaka. Wtedy bowiem świadczenie nie przysługuje. Dochodzi nawet do takich absurdów, że władze samorządowe kwestionują status repatrianta u osób, które przyjechały do Polski przed 2000 r., a więc wejściem w życie obecnie obowiązującej ustawy repatriacyjnej.

Wszystkie te sprawy znane są od dawna. Zapaleńcy – którym mimo kłód rzucanych pod nogi wciąż jeszcze się chce – ciągle muszą przypominać o kwestiach podstawowych. Jak zdarta płyta. Nic więc dziwnego, że Prezes Wspólnoty Polskiej opuścił konferencję przed jej zakończeniem. Ile można słuchać tego samego? Spotkanie zakończyło się zaś przyjęciem rezolucji sprzed roku. Niestety, wszystko wskazuje na to, że pozostanie aktualna jeszcze przez wiele lat.

Czytaj także

 0

Czytaj także