FelietonyStrajk generalny – przeciw „Solidarności” i OPZZ

Strajk generalny – przeciw „Solidarności” i OPZZ

Dodano

"Solidarność” zapowiada na wrzesień strajk generalny i wielką demonstrację w Warszawie. Domaga się tego, co zwykle – wyższej płacy minimalnej, nieliberalizowania kodeksu pracy i sposobu rozliczania czasu pracy, wprowadzenia zakazu zatrudniania na umowach śmieciowych itp. A więc tego wszystkiego, co przy okazji powoduje, że coraz więcej ludzi wypychanych jest z etatów właśnie na umowy śmieciowe – na samozatrudnienie oraz na umowy o dzieło i umowy-zlecenia, wreszcie – do szarej strefy, do pracy „na czarno”.

Członkowie związków zawodowych mogą sobie na luksus strajkowania i protestowania pozwolić. Stać ich, bo do związków zawodowych, do „Solidarności”, OPZZ, ZNP i setek innych należą dziś arystokraci Polski pracującej; ludzie z etatami, z zazwyczaj nieniskimi pensjami, z prawami do odpraw, płatnych urlopów i płatnych zwolnień lekarskich, ubezpieczeni przez swych pracodawców.

Szkoda tylko, że bijąc się o swoje, tak rzadko są w stanie lub chcą zrozumieć, że to, o co walczą i co poprawia sytuację tych, którzy posadę jeszcze mają, jednocześnie zwiększa ryzyko jej utraty przez niejednego z nich oraz znacznie pogarsza szanse tych, którzy jej już nie mają i bezskutecznie jej poszukują – jako bezrobotni albo ludzie igrający z losem (np. z długotrwałą chorobą) na umowach śmieciowych.

Może gdyby powstał silny Związek Bezrobotnych albo takiż Związek Ludzi Zatrudnionych na Umowach Śmieciowych czy Związek Samozatrudnionych, arystokraci ze związków, a zwłaszcza zawodowi związkowcy, chronieni prawem przed wyrzuceniem z pracy aparatczycy z tych związków, musieliby zacząć się liczyć z interesem tych, którym swoją działalnością związki zawodowe szkodzą.

Akurat jednak na powstanie takich reprezentacji nie ma pewnie co liczyć. Ludzi pracujących na umowach śmieciowych nie stać bowiem na utrzymywanie własnych związków; nie stać na strajkowanie ani przeciw rządowi, ani przeciw „Solidarności” i OPZZ. Nie mają na to pieniędzy ani czasu, a za protestowanie w godzinach pracy nikt im przecież nie zapłaci. Podobnie jak żadna firma, z którą są związani, nie będzie partycypowała w kosztach utrzymania ich organizacji – tak jak to się dzieje w przypadku związków zawodowych.

Paradoksalnie, więcej dobrego od związków zawodowych robią dla ludzi wypchniętych poza nawias „pracowników na etatach” organizacje pracodawców. Domagając się – dla własnego dobra, rzecz jasna – ostrożnego obchodzenia się z wysokością płacy minimalnej (a najlepiej jej zniesienia), zliberalizowania kodeksu pracy (a najlepiej jego likwidacji) oraz obniżania kosztów pracy, pracodawcy przy okazji, w niezamierzony sposób, stają się rzecznikami interesu bezrobotnych i ludzi pracujących na umowach śmieciowych. W końcu im pracownik „tańszy” i im łatwiej oraz „taniej” można się z nim rozstać, tym łatwiej też przychodzi podjęcie decyzji o zatrudnieniu go.

 0

Czytaj także