FelietonyNieznośna lekkość kitu

Nieznośna lekkość kitu

Dodano
„Rzeczywistość? My ją tworzymy!” – reklamowała się telewizja w  starym filmie SF. Wtedy nie była to wcale fantastyka, dziś jest nią jeszcze mniej

Cóż to był za wymarzony wręcz temat dla „Gazety Wyborczej” albo „Newsweeka”! W małym miasteczku niedaleko Warszawy miejscowy proboszcz terroryzuje szkołę publiczną, w której jest katechetą. Ba, nie dość, że usiłuje wymusić swą wolę na powołanym przez jedynie uprawnione do tego władze dyrektorze szkoły, nie dość, że odgraża się nauczycielom i rodzicom, to jeszcze nie uspokaja się nawet wtedy, kiedy usiłuje go przywołać do porządku jego przełożony – biskup. Przeciwnie, ksiądz awanturnik obraża się wtedy także na biskupa i zaczyna go na różne sposoby atakować oraz rozsiewać o nim oszczercze pogłoski. A dyrekcję szkoły pozywa do sądu, czego mu w ogóle, jako księdzu, na mocy prawa kanonicznego robić nie wolno.

Czy państwo to widzą? Ten reportaż w „Dużym Formacie”: ksiądz proboszcz się szarogęsi, skarżą się nauczyciele i miejscowe władze. Reportaż w „Newsweeku”: ksiądz proboszcz nie może wytrzymać dnia bez awantury, ze wszystkimi jest w konflikcie, skarżą się parafianie. Mamy dość, byliśmy już u biskupa, ale wobec tego pieniacza nawet on jest bezsilny. Ksiądz proboszcz otoczył się grupą wpatrzonych w niego starszych osób podtrzymujących go w przekonaniu, że jest Duchem Świętym. Już widzę kogoś z tej grupy, podpuszczonego do wygłoszenia tyrady, w której pomstowanie na wrogów ukochanego proboszcza, który jedyny ma odwagę prawdę mówić, miesza się z atakami na Żydów, masonów i innych wrogów wiary katolickiej, od których nie jest wolna nawet hierarchia. Zresztą zamiast szukać prawdziwego egzemplarza i go podpuszczać, można go po prostu do reportażu wymyślić. Kto to sprawdzi?

To by się świetnie nadawało do Radia TOK FM czy „Zetki” i do TVN24 jako zaczyn głęboko intelektualnych dyskusji (powiedzmy: Bartoś, Obirek, Szostkiewicz, prowadzenie Paradowska) o kryzysie i degeneracji w Kościele, o biskupach bezradnych wobec takich fanatyków jak Rydzyk czy ten właśnie opisany w prasie proboszcz. Cóż to był za temat! Wymarzony! I sam lazł im w ręce… A oni nie skorzystali.

Nie zmyśliłem tego proboszcza, słyszeli państwo o nim wielokrotnie, tylko w innym zupełnie kontekście. Pieniacz w sutannie, przekonany o tym, że jest jedynym sprawiedliwym na całym świecie, a zwłaszcza w Kościele, nazywa się Lemański. I cała sprawa wygląda tak właśnie, jak ją opisałem. Tylko że media III RP tym razem nie podeszły do niej rutynowo. Ktoś, kto dzierży wajchę, zauważył, że skoro los dał mu w ręce nawiedzonego proboszcza z „parciem na szkło”, który jest gotów latać do jawnie antykatolickich mediów, by tam insynuować swemu przełożonemu pedofilię, molestowanie seksualne i antysemityzm, to taki skarb można i trzeba wykorzystać jeszcze skuteczniej. A jeszcze skuteczniej będzie, jeśli tym razem samowolę i awanturnictwo prowincjonalnego proboszcza przedstawi się jako walkę o odnowę zmurszałego Kościoła, a otaczający go parafianie zamiast gromadą sfanatyzowanych bab i bezzębnych staruchów staną się społeczeństwem obywatelskim.

Reszta nie jest milczeniem, ale – jako się rzekło – już ją państwo znają.

Czytaj także

 0

Czytaj także