FelietonyPrzeciwieństwa się zagłuszają

Przeciwieństwa się zagłuszają

Dodano

Gdzie dwóch się kłóci, tam obaj mogą mieć rację. Tak było na przykład z założycielskim sporem III RP, „wojną na górze”. Stronnicy Mazowieckiego alarmowali wtedy, że Wałęsa to wcale nie żaden heros, który samojeden obalił komunę, tylko drobny cwaniaczek, gotów dla wyniesienia swej osoby na każdą podłość. Stronnicy Wałęsy kpili z Mazowieckiego i stojącego za nim salonu, że to nieudacznicy, którzy czegokolwiek się tkną, to to spieprzą. Dzisiaj nie sposób zaprzeczyć obu.

Gdzie dwóch się kłóci, tam również może być tak, że obaj nie mają racji. I proszę spróbować w ten sposób spojrzeć na smoleński spór, rozogniony ostatnio kompromitującymi zespół Macierewicza wyskokami prof. Rońdy. Zderzają się tu dwie narracje skrajne, które wspólnym wysiłkiem zgrabnie zagłuszają istotę problemu.

Zespół Macierewicza − co osobiście uważam za gruby polityczny błąd i za co jestem na PiS i samego Macierewicza wściekły − zamiast skupić się na oczywistych uchybieniach oraz kłamstwach oficjalnego śledztwa, a także zaniedbaniach rządu Tuska przed tragedią, a zwłaszcza po niej, foruje niedającą się potwierdzić bez dostępu do podstawowych dowodów hipotezę zamachu. Opiera się przy tym na założeniu, że nierzetelności i dezinformacje, z jakimi mieliśmy do czynienia, oraz postawa strony rosyjskiej są same w sobie dowodem na to, iż Lecha Kaczyńskiego i polską delegację zamordowano.

W ten sposób PiS kolejny raz ratuje Tuskowi skórę. Zespół jego doradców (gdyż taki jest oficjalny status tego dziwnego, raczej PR-owskiego niż eksperckiego gremium, któremu przewodzi pan Lasek) podchwycił piłkę i skupił się na słabościach teorii o wybuchach oraz rozpadzie samolotu w powietrzu. Tak jakby nawet przekonujące udowodnienie, że wybuchu nie było (co jest, nawiasem mówiąc, równie niemożliwe co udowodnienie, że był) oznaczało zamknięcie sprawy.

Oczywiście ludzie, którzy są gotowi uwierzyć w każdą bzdurę − w naciski, w obecność w kabinie gen. Błasika, choć jego ciało znaleziono w zupełnie innym sektorze niż ciała załogi, w jakiś tajemniczy „ostatni telefon” od Jarosława Kaczyńskiego − uwierzą i w „ostateczną kompromitację” wszelkich dociekań prawdy li tylko na tej podstawie, że jeden z uczestników pospolitego ruszenia, jakie się zebrało przy Macierewiczu, okazał się mało poważny. Nie zmienia to jednak faktu, że brak nam odpowiedzi na podstawowe pytania: Dlaczego mimo podjętej we właściwym czasie decyzji przerwania lądowania samolot opadał nadal? Dlaczego istnieją rozbieżności między oficjalnymi stenogramami a tym, co słyszała załoga stojącego na Siewiernym jaka-40, oraz przesunięcie czasowe w stosunku do zapisu polskiej „czarnej skrzynki”? A także, oczywiście, w jakich okolicznościach doszło do rozdzielenia wizyt? Dlaczego polski rząd odrzucił propozycję prezydenta Rosji, by przeprowadzić międzynarodowe śledztwo, i nie tylko biernie przyglądał się zacieraniu przez Rosjan dowodów, ale także gorliwie przykrywał to kłamstwami o sekcjach zwłok czy „przekopywaniu ziemi na metr w głąb”? Żaden rechot nie jest w stanie tych pytań unieważnić. •

Czytaj także

 0

Czytaj także