FelietonyTo nie Hebron i Kair. To Kijów

To nie Hebron i Kair. To Kijów

To nie Hebron i Kair. To Kijów
To nie Hebron i Kair. To Kijów
Dodano

Dziesiątki zabitych, setki, może tysiące rannych, zwłok jest tak dużo, że nie wszystkie udaje się uprzątnąć z ulic, szpitale zaś pękają w szwach. Główny plac miasta został spowity dymami, z okien buchają płomienie. Niestety, nie jest to wizja z książki science fiction, ale pokazywany przez wszystkie niemal telewizje obraz z Kijowa, miasta raptem odległego od Warszawy o 690 km. I dlatego, mimo że to wszystko – krzyki poległych od kul snajperów, wołanie rozpaczy podpalonych, krew strumieniami płynąca po zimnych płytach chodnikowych – dzieje się naprawdę, wciąż nie mogę się pozbyć wrażenia nierzeczywistości.

Wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że za naszą granicą następują wydarzenia, które nie miały prawa się wydarzyć. Przecież to nie Palestyna i Izrael, nie Egipt czy Syria, ale Ukraina. Kraj za miedzą. Pierwsza zatem myśl, jaka przychodzi do głowy obserwatorowi z Polski, jest prosta: to tak blisko nas. I zapewne zaraz po niej rodzi się refleksja na temat tego, jak kruchy jest nasz ład. Jak łatwo może się rozsypać. Wreszcie rzecz trzecia – mimo współczucia i solidarności, jakie tylu z nas odczuwa, patrząc na cierpienie i śmierć demonstrantów, obecne jest chyba też w nas poczucie ulgi, że jednak Polsce udało się wyrwać z kręgu narodów podległych niegdyś sowieckiej dyktaturze. Wszyscy zadają sobie pytanie, jak ten kryzys (ta wojna? powstanie?) się zakończy. Z polskiego punktu widzenia ważne są dwie rzeczy.

Pojawiła się, drugi raz po pomarańczowej rewolucji, realna szansa wyrwania Ukrainy ze szponów Rosji. Zwycięstwo przeciwników skompromitowanego prezydenta Wiktora Janukowycza oznaczałoby zapewne reorientację całej polityki ukraińskiej. Dramatyczne osłabienie Rosji i powstanie obok Polski państwa niepodległego i skierowanego ku Zachodowi. Nic dziwnego, że taki scenariusz musi rozpalać wyobraźnię i budzić nadzieję na poważną zmianę w geopolitycznym położeniu Polski. Terytorium bezpośrednio poddane wpływom Moskwy, nie licząc małego okręgu kaliningradzkiego, cofnęłoby się do granic z początku XVII w. Jednak czy taka wizja nie jest zbyt śmiała? Czy jej zwolennicy nie przechodzą zbyt szybko do porządku dziennego nad ryzykiem, jakie pociąga za sobą ukraiński konflikt? Odrodzenie się nacjonalizmu, na co zwracają uwagę niektórzy, nie jest jedynym zagrożeniem.

Trzeba przecież pamiętać o wyzwaniu, jakim dla Polski byłaby wielka fala uchodźców z Ukrainy, możliwy efekt rozpadu państwa i wojny domowej. Innym negatywnym skutkiem byłaby niestabilność całego regionu, co mogłoby pociągnąć za sobą poważne skutki gospodarcze także dla Warszawy. Nie wątpię, że trzeba wspierać prozachodnią i niepodległościową opcję na Ukrainie. Jednak pamiętając o tym, że należy trzymać kciuki za to, by jej zwolennicy wygrali w sposób pokojowy. Nieśmiałą nadzieję na to daje piątkowe porozumienie Janukowycza z przedstawicielami opozycji z Majdanu. Czy będzie ono trwałe? Obawiam się, że zbyt wiele krwi przelano, by było to możliwe.

Czytaj także

 0

Czytaj także