FelietonyCzystki etniczne w Irlandii Północnej 

Czystki etniczne w Irlandii Północnej 

Dodano

Ten temat w polskich mediach nie istnieje. Bo po co? Przecież jest fajnie. 7 mln zł ostatnio wydano na to, by pokazać, jak jest fajnie, więc jakakolwiek informacja, że nie jest tak fajnie, jak jest, nie jest fajna.

Fajnie jest, że Polacy mogą wyjeżdżać do pracy za granicę. To jeden z najfajniejszych skutków przystąpienia Polski do UE – tak stwierdziła kiedyś pani Róża Thun (europosłanka Partii Zgody i Pojednania Rodaków) podczas dyskusji ze mną w „Tak czy nie” u Agnieszki Gozdyry. Wszystkie bratnie państwa Unii czekają z utęsknieniem na Polaków, by z miłości do naszej nacji dać nam pracę, której w naszym własnym kraju dla nas nie ma. Po co więc pisać o jakichś pojedynczych przypadkach drobnych, sąsiedzkich nieporozumień pomiędzy naszymi emigrantami a autochtonami? Na przykład w Irlandii Północnej, a dokładnie w Belfaście? Jednak obiecałem Krzyśkowi, który specjalnie przyjechał z Belfastu do Dublina (gdzie przebywałem parę dni temu), by opowiedzieć mi swoją historię:

„Późny wieczór – dzieci już w łóżkach, kładę się spać i ja. Zasypiam głębokim snem, w końcu o 6 rano czas zbierać się do pracy. Budzi mnie trzask pękających szyb i dzikie wrzaski dobiegające z zewnątrz. Dzieci panikują, dobrze, że zeszły z łóżka, bo kamień wylądował na poduszce. Za oknem widzę grożącą mi pięść i słyszę: »Poles out! Locals only!«. Rodzina barykaduje się w łazience, ja szybko sprawdzam, czy nie ma pożaru, i dołączam do nich. Telefon na numer alarmowy policji – zgłoszenie przyjęte. Teraz trochę poczekamy – policja przed interwencją musi się upewnić, że sprawcy już uciekli. Inaczej mogliby zostać złapani i może by się okazało, że należą do lokalnego UVF (Oddziały Ochotników z Ulsteru)... I politycy by się czepili... Dużo roboty. No, ale jest patrol. Notatka służbowa, zapewnienie, że sprawa będzie prowadzona, i życzliwa uwaga, żeby jednak zmienić miejsce zamieszkania. W sumie mam szczęście – tylko wynajmuję. Znajomy, który wziął kredyt na mieszkanie nieopodal i też padł ofiarą ataku, ma większy problem...”.

10.01.2014 r. – doszło do pobicia naszego rodaka.

28.01.2014 r. – doszło do podpalenia samochodów należących do polskich rodzin. Dla miejscowej policji nagranie z monitoringu było niewystarczające.

12–14.04.2014 r. – seria trzech ataków na dom i samochód należące do Marcina Z. i Imelii F. na Mount Vernon. Zdemolowany samochód. Powybijane szyby.

21.04.2014 r. – brutalny atak 15-osobowego gangu na trójkę polskich nastolatków. Z użyciem kijów baseballowych i kijów do golfa. Nikt do dziś nie został aresztowany.

24.04.2014 r. – ciężkie pobicie i ranienie nożem 23-latka na Fane Street.

5.05.2014 r. – atak na dom zamieszkany przez 27-lat- ka i jego matkę. Zdemolowany również samochód. Szczególnie trudna sytuacja. Dom jest kupiony z kredytem.

6.05.2014 r. – ataki na trzy domy zamieszkałe przez Polaków na Roslyn Street.

– To są tylko najgłośniejsze przypadki – mówi Krzysiek. Wiele nie jest zgłaszanych ze względu na niewiarę w sukces policji. Od czasu ogłoszenia antyterrorystycznej operacji „Orion” na początku maja 2014 r. (wkrótce przemianowanej na operację „Reiner”, bo Orion to slogan Ku-Klux-Klanu) aresztowano jedynie trzy osoby, które zostały niemal natychmiast zwolnione za poręczeniem.

Pytam Krzyśka, co na to ambasada. Odpowiada, że ambasador zajęty jest sprawami Ukrainy, a konsul mieszka w Edynburgu, więc trochę daleko. I że podobno któryś z nich na kolejną prośbę Polaków o interwencję w ich sprawie odpowiedział: „Przecież wiedzieliście, gdzie jedziecie. Są fajniejsze niż Belfast miejsca dla Polaków”. 

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 23/2014
Cały wywiad opublikowany jest w 23/2014 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dtc

Czytaj także

 0

Czytaj także