FelietonyWidmo czerwonego guziczka

Widmo czerwonego guziczka

Dodano

Bombardowanie pogróżkami wszystkich sąsiadów nie jest najlepszym sposobem na utrzymywanie z nimi dobrych relacji. Rosjanie doskonale o tym wiedzą, a i tak to robią. Dlaczego?

Ambasador Federacji Rosyjskiej w Sztokholmie Wiktor Tatarincew ostrzegał niedawno Szwecję i Finlandię, że gdyby chciały one wstąpić do NATO, Kreml odpowie stosownymi „przeciwdziałaniami” (czytaj: odpowie zbrojnie). Podkreślił przy tym, że nie jest to jego prywatny pogląd, lecz oficjalne stanowisko Władimira Putina. Wcześniej podobne groźby wysyłał przedstawiciel Kremla w Kopenhadze, mówiąc, że Rosja byłaby gotowa skierować swoje pociski nuklearne na okręty NATO znajdujące się w duńskich portach.

Zazwyczaj pojawia się w tego typu sformułowaniach straszak atomowy. To dobrze przemyślana zagrywka psychologiczna. Putin zdaje sobie sprawę ze wszystkich słabości zachodnich demokracji, a z jednej w szczególności: żaden polityk w Skandynawii, Niemczech i we Francji nie uczyni niczego, co stałoby w jawnej sprzeczności z wolą 70–80 proc. społeczeństwa. Dlatego musi go smucić to, że wśród Szwedów i Finów rośnie poparcie dla członkostwa w sojuszu północnoatlantyckim, i będzie robił wszystko, by owo poparcie zbić. Na przykład wywołując perspektywę jądrowego armagedonu. Równocześnie zaś cieszą go zapewne sondaże mierzące nastroje wśród Niemców, przeciwnych zaostrzaniu kursu wobec Kremla i stanowczo odrzucających możliwość stacjonowania wojsk amerykańskich w Polsce. Putin i jego towarzysze raczej nie chcieliby naciskać czerwonego guziczka.

Zresztą po co, skoro wystarczą groźna mina i tupnięcie nogą, by przestraszyć pół miliarda Europejczyków?

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 34/2015
Cały wywiad opublikowany jest w 34/2015 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dtc
 0

Czytaj także