FelietonyGęby wolności pełne

Gęby wolności pełne

Dodano

4 czerwca Komitet Obrony Demokracji zorganizował w całej Polsce demonstracje, by uczcić – jak przeczytałem – pierwsze wolne wybory i przy okazji zaprotestować przeciw rządowi. Niedawno w „Gazecie Wyborczej” Jarosław Kurski napisał o „rocznicy pierwszych wolnych wyborów” i dodał, że „data ta łączy w sobie wartości, którymi PiS gardzi: przełamywanie podziałów, cierpliwy dialog, mądry kompromis, umiar i odpowiedzialność”. Cóż, na szczęście żyjemy w państwie, w którym każdym może mówić, co mu ślina na język przyniesie, i nazywać czarne białym, a białe czarnym. Jednak zastanawiam się, po jakie licho właściwie przeciwnicy PiS tyle wysiłku wkładają w propagowanie tego łgarstwa? Skąd w nich tyle uporu i pychy, żeby brać się za zmianę faktów?

Nazwać wybory 4 czerwca 1989 r. wolnymi – wybory, w któ­rych dwie trzecie miejsc w Sejmie zostało zarezerwowane dla przedstawicieli PZPR i dwóch satelickich ugrupowań, ZSL oraz SD, wybory, których rezultatem miało być powołanie na głowę państwa gen. Jaruzelskiego – może tylko ktoś, kto nie rozumie ani pojęcia demokracji, ani wolności. Ktoś, kto ma zniewolonego ducha i postkolonialną mentalność. Ktoś, kto zadowoli się byle namiastką i ochłapem wolności, a nie nią samą, pełną i bezprzymiotnikową.

Doprawdy nie rozumiem tego. Nie chodzi mi o to, by wybory 4 czerwca potępiać w czambuł, uznawać je za błąd lub katastrofę. Nie. Być może nie było wtedy lepszego rozwiązania. Być może taki kształt kompromisu był najlepszym, co dało się utargować. Jednak nie udawajmy, nie kłammy, nie łżyjmy, że były to wybory wolne!

Chyba że to kłamstewko ma głębszy sens. Może całkiem nieświadomie w tych słowach komentatorów związanych z KOD przebija tęsknota za tym, co było dawniej, kiedy to przywódcy zawierali kompromisy, a lud posłusznie i grzecznie głosował zgodnie z wytycznymi. Może owi dzisiejsi antypisowscy obrońcy demokracji tak ją właśnie widzą: jest to porozumienie elit przywódczych nad głowami obywateli. Wybory nie mogą go zmieniać, a są jedynie wygodnym parawanem. W tym sensie rzeczywiście głosowanie 4 czerwca byłoby jaskrawym zaprzeczeniem ostatnich wyborów z października 2015 r., kiedy to lud ostatecznie postokrągłostołowe elity odrzucił i nieodpowiedzialnie wybrał po swojemu. Z tej perspektywy, trzeba przyznać cokolwiek wypaczonej jednak i dialektycznie skrzywionej, wszystkie wartości zmieniają sens, wszystkie słowa ulegają przemianie. Ograniczone wybory stają się pierwszymi wolnymi, prawdziwie wolne ograniczonymi. Kompromis, który zawsze jest tylko środkiem do celu, staje się celem i wartością samą w sobie, to, co było celem i wartością – wolność i suwerenność narodu – środkiem dla zachowania władzy postkomunistycznych elit i tych, którzy do nich zostali dokooptowani.

Nie pierwsza to i niejedyna słowna przewrotka, z jaką musimy się dziś stykać. Na szczęście minęły już dawno czasy, kiedy takie łgarstwa powielone i ogłoszone mogły zostać przyjęte przez ogół za dobrą monetę. Choćby nie wiem, jak się nadęli i jak zakrzyczeli, to ani działacze KOD na ulicach, ani ich oddelegowani do wydziału propagandy poplecznicy nie zmienią sensu podstawowych słów.

Wybory 4 czerwca wolne nie były. Kto chce świętować 4 czerwca, niech to robi, ale – do diabła! – niech waży słowa. Niech czci kompromis lub dialog z przeszłości, niech protestuje przeciw rządowi obecnemu, gęby jednak, proszę, niech sobie wolnością nie wyciera

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 23/2016
Cały wywiad opublikowany jest w 23/2016 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dtc
 0

Czytaj także