HistoriaNie mają prawa, by nas rozliczać

Nie mają prawa, by nas rozliczać

Nie mają prawa, by nas rozliczać
Nie mają prawa, by nas rozliczać
Dodano 1

W najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy z Piotrem Gontarczykiem, historykiem o niemieckim serialu "Nasze matki, nasi ojcowie" rozmawia Piotr Pałka. Publikujemy fragmenty tego wywiadu.

Piotr Pałka: Co pana zdaniem jest w tym filmie szczególnie rażące?

Piotr Gontarczyk: Chyba najbardziej kuriozalna jest scena, w której AK-owcy nie chcą wypuścić z wagonów Żydów jadących na zagładę. Do tego wznoszą jeszcze antysemickie okrzyki. Czy takie wydarzenie miało miejsce? Nie. A czy mogło się wydarzyć? Wątpię. (...) To momentami wszystko jest dość żenujące. Jako test proponuje czytelnikom sprawdzenie, gdzie leży miasto Smoleńsk, w którym ma miejsce znaczna część pokazanych w filmie wydarzeń i gdzie ukraińska policja bije Żydów. To nie jest trudne: wystarczy wejść do Internetu i sprawdzić, gdzie jest Smoleńsk, a gdzie jest Ukraina.

Naprawdę żadnych pozytywów?

Autorzy skupili się na rzekomych wewnętrznych rozterkach swoich mamuś i tatusiów, ale Polaków pokazali wyjątkowo jednowymiarowo. A dlaczego film zaczyna się w 1941 r., kiedy Niemcy zderzyli się z sowiecką apokalipsą? Gdzie jest atak na Polskę, Francję, Grecję, Jugosławię? Gdzie są lekcje pogardy w postaci plucia i kopania Żydów, golenia im bród, zmuszania do pracy, serwowane Polakom przez Niemców? Tu Niemcy są rycerscy, targani wątpliwościami, honorowi, w przeciwieństwie do Polaków, którzy są dzikusami i wyszukują Żydów w lesie za pomocą węchu. W tej wersji historii nie wiadomo, kto i dlaczego wybudował komory gazowe.

(...)Cały czas ten sam scenariusz: ktoś pokroju Jana Tomasza Grossa narozrabia, a potem przez kilka tygodni polscy historycy prostują podstawowe fakty.

Tego typu debata nie może się odbywać inaczej niż w sposób reaktywny. Jeżeli ktoś robi tak kłamliwy i bezczelny paszkwil jak film z ZDF, to trudno podejmować merytoryczną dyskusję na tym poziomie, zanim się go zobaczy. Niemcy zrobili niesmaczny propagandowy film, jak chcieliby widzieć swoje miejsce w historii, ale to jest wersja kłamliwa. Bardzo żałuję, że telewizja polska wyemitowała tylko drugi, trzeci i czwarty odcinek serialu, a nie wyemitowała pierwszego.

Nie rozumiem.

W pierwszej części ląduje taki duży srebrny spodek, z którego wychodzą ludki z antenkami. Chodzą po Niemczech i nagle, znienacka, wygrywają tam w 1933 r. wybory jako NSDAP i razem z Adolfem Hitlerem, którego wyciągają z bagażnika swojego pojazdu, gotują biednym Niemcom straszny los. Szkoda, że w TVP nie puszczono tego odcinka, bo byłoby to doskonałe dopełnienie całości.

Te ludki to oficerowie, których dylematy po agresji Niemiec na Związek Sowiecki śledzimy w filmie.

Czy napadając przed 1941 r. na wiele krajów Europy i mordując tam, kogo popadnie, też byli takimi skomplikowanymi zagubionymi „naszymi ojcami”? A po 1941 r. na wschodzie żołnierze Wermachtu nie wiedzieli o masowej eksterminacji Żydów? Nie znali losu jeńców sowieckich. Wolne żarty.

(...)

Konsultant historyczny filmu, prof. Julius H. Schoeps, powiedział, że nie cała AK była antysemicka, bo „były też dobre ugrupowania, lewicowe, które pomagały Żydom”.

To jakaś kalka PRL-owskiej propagandy z lat 60. W przypadku tego pana, jak i drugiego niemieckiego konsultanta, można tylko powiedzieć jedno: beznadziejna ignorancja. Jeden i drugi nie mają najmniejszego pojęcia o tym, czym była Armia Krajowa, o co walczyła, jak była skonstruowana. Nie wiedzą nic na temat warunków okupacji. Ich wiedza na ten temat jest marna, a ich głosy to jedynie emanacja żenujących kwalifikacji.

Może to stan badań w Polsce ułatwia obcokrajowcom dokonywanie nadużyć takich jak ten film?

Tu się nakłada wiele elementów. Na pewno pierwszym z nich jest niekompetencja tych ludzi. Drugi to modne prądy na Zachodzie, na których m.in. żeruje Jan Tomasz Gross. Po trzecie to element świadomie prowadzonej niemieckiej polityki historycznej, mającej na celu pokazywanie, że „nasi tatusiowie i nasze mamusie” byli prześladowani przez hitlerowców. Znam historyka niemieckiego, którego dziecko miało kłopoty w swojej szkole, bo powiedziało na lekcji, że to nieprawda, iż Niemcy były „wyzwalane” przez aliantów w 1945 r. z czegoś w rodzaju nazistowskiej okupacji. Ważne są tu również antypolskie stereotypy części środowiska żydowskiego na Zachodzie, które podziela chyba duża część. Mówiąc wprost: oni Polaków nie lubią i jeśli ktoś napisze lub powie coś dla nas nieprzyjemnego, to czuć tę satysfakcję. Proszę przypomnieć sobie percepcję w Niemcach naukowej grafomanii J.T. Grossa.

Czyli znów płacimy cenę za Grossa?

Myślę, że tak. Ale nie tylko za niego, bo jest na przykład środowisko pisma „Zagłada Żydów”, które protestowało ostatnio przeciwko postawieniu pomnika Polaków ratujących Żydów. I robi się to za pieniądze państwa polskiego.

Są afiliowani przy Polskiej Akademii Nauk.

Tak, niestety tak. Jeszcze inną sprawą jest polityka polskiego MSZ pod kierownictwem Radosława Sikorskiego, która powiela często skrajnie polskie tezy i stereotypy, promując twórczość najbardziej ezoterycznych grup parahistorycznych zamiast gruntownych opracowań. Ręce opadają, gdy nawet polskie MSZ prowadzi politykę obrzucania błotem własnego kraju i dezawuowania naszych dokonań w historii. Za to też płacimy wysoką cenę.

(...)

Niemcy dzisiaj odreagowują 50 lat reedukacji, mającej z nich wypędzić demony, które spowodowały, że wywołali największe konflikty zbrojne XX w.?

Niewątpliwie. Próba zrzucenia niemieckiej odpowiedzialności za straszne zbrodnie jest ewidentna na tych ufoludków, o których mówiliśmy. Historia opowiada o jakichś dziwnych, podłych „nazistach”, o których trochę nie wiadomo, jakiej byli nacji. Z drugiej strony próba dzielenia się odpowiedzialnością z ościennymi narodami, które przecież Niemcy okupowali. To jak najgorzej wróży. Złośliwi mogą powiedzieć, że wreszcie po tej reedukacji wyłażą z nich prawdziwi Niemcy. To jest coś niebywale groźnego, bo za przekazem płynącym z popularnych filmów idzie rekonstruowanie świadomości historycznej. A polityka może być dziś prowadzona nie za pomocą czołgów, tylko za pomocą mediów czy filmu, poprzez kształtowanie powszechnych wyobrażeń. Zauważył pan, że wszystkie ostatnie przypadki ścigania zbrodniarzy z czasów II wojny światowej dotyczą Ukraińców? Coś mi się wydaje, że tych niemieckich nie bardzo się dzisiaj szuka.

Piotr Semka zaproponował, żeby Niemcy pokazali w swojej telewizji polski serial „Czas honoru”. Myśli pan, że to w ogóle możliwe?

Obawiam się, że nie, bo nasze możliwości oddziaływania na Niemców są niewielkie. Ponadto nie wiem, czy ten film zostałby zrozumiały. Ale możemy działać na różnych płaszczyznach. Na przykład wspierając produkcję filmów o polskich bohaterach, którzy ratowali Żydów często na dużą skalę, jak chociażby polski poseł w Szwajcarii Aleksander Ładoś. Na razie TVP woli jednak płacić duże pieniądze za kłamliwe filmy jak ten, o którym tu rozmawiamy. Musi też zmienić się polskie życie publiczne. Ludzie, którzy kierują TVP czy MSZ, są nieco „odklejeni” od ważnych spraw polskich. Polskie władze nie robią nic w tych sprawach, bo mają chyba swoje własne, ważniejsze: ustawę o homomałżeństwach, garnitury za partyjne pieniądze, winko i cygara. Tu istnieje potrzeba radykalnej zmiany. (...)

Całość rozmowy w 22 numerze tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także

 1
  • chara IP
    Brawo Panie Gontarczyk.
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także