HistoriaMrożek: perwersja intelektu

Mrożek: perwersja intelektu

Sławomir Mrożek. 2006 r.
Sławomir Mrożek. 2006 r. / Źródło: Wikimedia Commons / Fot: Mariusz Kubik
Dodano 1
Mówiąc dzisiejszym językiem – jak najsłuszniej uchodził za ikonę kultury polskiej.

Zmarły 15 sierpnia 2013 r. w Nicei w wieku 83 lat Sławomir Mrożek, największy po wojnie dramaturg polski, także prozaik i rysownik, po śmierci nadal przypominał o sobie czytelnikom nowymi tytułami, a to za sprawą ukazujących się, nieznanych wcześniej kolejnych tomów prowadzonego od roku 1962 dziennika oraz wydawanej korespondencji z luminarzami życia kulturalnego nad Wisłą, m.in. Stanisławem Lemem, Adamem Tarnem, Erwinem Axerem.

Jeśli chodzi o „Dziennik”, to autor „Tanga” pisał go w trzydziestu kilku miastach na trzech kontynentach. A miejsca stałego pobytu pisarz ten zmieniał kilkakrotnie: w 1963 r. wyjechał z Polski do Włoch i podjął decyzję o emigracji, w roku 1968 przeniósł się do Paryża, gdzie – po zamieszczeniu w „Le Monde” protestu przeciw interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji – wystąpił o azyl polityczny, w 1989 r. wyjechał do Meksyku, w 1996 r. powrócił do Polski – do Krakowa – i wreszcie w 2008 r. przeniósł się do Nicei.

Milczący, wycofany…

Dzięki wydobytym na światło dzienne osobistym zapiskom Mrożka wiedza o nim znacznie się powiększyła, dziennik dopowiedział bowiem to, o czym milczały jego sztuki, co tylko w zarysach ujawniły jego eseistyka i biografistyka. A Mrożek był autorem wyjątkowym. Jego milkliwość była legendarna, a nieliczne z nim wywiady przeszły do legendy. Kiedy po powrocie autora „Emigrantów” z Meksyku znana dziennikarka, Elżbieta Sawicka, po bezskutecznych próbach ożywienia rozmówcy i wydobycia z niego czegoś więcej niż „tak” lub „nie”, poprosiła go, by opowiedział jej o swoim ranchu La Epifania, Mrożek wyciągnął plik fotografii i po kolei je demonstrował: raz, dwa, trzy i tak gdzieś do 30. Bez słowa komentarza.

W książce Antoniego Libery „Godot i jego cień” znajduje się relacja ze spotkania Sławomira Mrożka z Samuelem Beckettem w 1969 r. Doszło do niego z inicjatywy – jak mówił Mrożek – „prostodusznego Tarna, który [...] z jakichś względów uważał, że musimy się poznać. [...] Uważał, że między nami jest jakieś podobieństwo i że z tego powodu będziemy mieli sobie wiele do powiedzenia. Przyprowadził mnie wtedy do jakiejś restauracji, zapoznał nas ze sobą i zostawił tam samych. Siedzieliśmy z dwie godziny, sącząc irlandzką whisky i prawie nic nie mówiąc. No bo właściwie o czym mieliśmy rozmawiać?”.

A jakie wrażenie zrobił Mrożek na autorze „Czekając na Godota”? „Nadzwyczaj miły człowiek. Milczący, wycofany. Mieliśmy świetny kontakt”.

Polak to, Polak tamto

Jak to ujmował Janusz Majewski, autor „Tanga” uchodził za mruka, skąpca i człowieka nieużytego; miano go za postać dziwną, śmieszną i karykaturalną.

Bodaj najlepiej sprawdzał się jako bohater anegdot podkreślających jego milkliwość, skłonność do paradoksów, introwertyzm. Nawiasem mówiąc, nie mijał się z prawdą Tadeusz Nyczek, twierdząc: „Istnieje legenda, że Mrożek zawsze w towarzystwie milczał, ale czasem myślę, że zrobił sobie z tego bardzo wygodną maskę. Chyba po prostu nie chciało mu się odzywać, kiedy czuł, że rozmowa nabiera charakteru czegoś, co Amerykanie nazwali small talk, czyli pieprzenie o niczym”. Kiedy bowiem miał coś istotnego do powiedzenia, artykułował to dobitnie. Tak jak wtedy, gdy w latach 80., po dłuższej nieobecności w Polsce, pojawił się w krakowskim mieszkaniu państwa Voglerów. Jak relacjonuje Romana Próchniecka-Vogler, „wiedząc, że bardzo lubi kremówki, kupiłam ich całą masę. Sławek zjadł jedną, a wszystko, co powiedział w czasie tego dwu- czy trzygodzinnego spotkania, to było: »Kiedyś kremówki były większe«”.

Czytaj także:
„Ostatni z niekoronowanych królów Polski”. II RP była jego dzieckiem

Wojciech Plewiński, fotograf, autor 500 (!) okładek „Przekroju”, wspominał Mrożka: „[…] kiedyś zrozumiałem, jak bardzo negatywny jest jego stosunek do wsi, z której pochodził. Nie pamiętam już, o czym rozmawialiśmy, gdy nagle zasyczał zaciekle: »Jak ja tego wszystkiego, co chłopskie, nienawidzę!«. Ten jego zajadle negatywny stosunek ogromnie mnie zaskoczył. Zresztą, w swoich rysunkach nabijał się z zacofania i ciemnoty: sukmana, pawie pióro i rogatywka, kosynierzy, Polak to, Polak tamto – to były jego tematy. Chciał się odciąć od tego pochodzenia, zresztą, nie widać było po nim wsi. […] W 1990 roku przyjechał z zagranicy, gdy urządzono festiwal z okazji jego sześćdziesiątych urodzin. W ramach tego festiwalu odbyła się w Borzęcinie impreza, na której robiłem zdjęcia, ale nic ciekawego z nich nie wyszło, bo bohater był całkowicie obstawiony, siedział na jakimś tronie i słuchał hołdów oraz pieśni ludowych. Pomyślałem sobie wtedy: »Tak na nich plułeś, a oni cię wielbią«. Nie wiem, czy oni to robili do końca szczerze, czy ktokolwiek czytał Mrożka w Borzęcinie, i dziwne mi się wydało, że on, który w młodości miał niezwykle ostre i zjadliwe spojrzenie właśnie na takie rzeczy, chce w to brnąć”.

Jak huba drzewna

W 1964 r. Jan Błoński zarzucił twórcy „Indyka” – nie do końca wprost – mizantropię. Pisał w liście do Mrożka: „Rozmawiałem o Tobie (tj. o Twej twórczości) z Jurkiem Kwiatkowskim, który tu jest. Ten powiada tak: nigdy nie pisałem o Mrożku, bo nie chciałem kłamać, a widzę, że tak w gruncie rzeczy to jest on nie tyle antyustrojowy, ile po prostu antyludowy, on nie cierpi ludu, usymbolizowanego – ja dodaję – w dozorcy, w chamie, w dzikim wódczanym Polaczku. Na to Teresa [żona Jana Błońskiego – przyp. K.M.] moja słusznie dodała, że Ty właściwie ludzi nie lubisz, czyli jesteś mizantrop. Osobna kwestia: niemniej Jurek ma rację. Ty jadowicie niszczyłeś przeszłość, prowincję, XIX wiek, a sam – na początku – nie wiedziałeś, że niszczysz z resentymentu za to, że się rozleciały, że nie miały siły dość, by istnieć. Stąd dramat Twej sztuki, jesteś, nie gniewaj się, jak huba drzewna, jak perwersja intelektu: żyjesz z dzieła zniszczenia, ale poza tym dziełem czujesz pustkę, niszczysz formy, a poza nimi widzisz Nic, Instynkty, Złe, Nicość”.

Sławomir Mrożek udzielił znamiennej odpowiedzi: „Co do mojej mizantropii, o ile dla postronnych widoczne są jej objawy, co bardzo możliwe, to w każdym razie nie zgodziłbym się na ich interpretację, że jest to świadectwo nielubienia ludzi w ogóle. Moim zdaniem ludzi nie można ani kochać, ani nie kochać, bo nie ma w tym układzie »ja-ludzie« trzeciego partnera, nie ma trójkąta, nie ma wyboru [...]. To prawda, że raczej unikam ludzi, ale nie z »nielubienia«, tylko dlatego, że jestem na ludzi wrażliwy i dla mnie każde spotkanie, nie mówiąc już; uwikłanie, choćby najbłahsze i najbardziej codzienne, jest szokiem. Trudno uwierzyć, ale nawet kupienie gazety, czyli nieuchronny kontakt z kioskarzem, jest już dla mnie zaburzeniem, wtargnięciem obcej siły w mój układ, oczywiście zaburzeniem minimalnym i proporcjonalnie mniejszym od zaburzeń spowodowanych spotkaniami bardziej rozbudowanymi, ale jednak zaburzeniami”.

Czytaj także:
Tajna gra aktorów przeciw PRL

Janusz Majewski zwracał uwagę jeszcze na coś innego: „[…] po chorobie pozrywał wszystkie kontakty, nie tylko ze mną, i nie był w stanie do nich wrócić. Podałem mu na przykład krakowski adres naszego wspólnego przyjaciela z architektury, z którym spotkał się także we Włoszech i miał bardzo dobre stosunki, a mimo to Sławek nigdy się do niego nie odezwał. Nie odnowił znajomości z jeszcze jednym naszym wspólnym kolegą, też architektem, o podobnych zamiłowaniach jak on, który też zaczynał od rysunkowych żartów, choć Mrożek kreską uproszczoną, a tamten realistycznie. Już nie wspominając o jego partnerze z »Ronda«, Szlachtyczu, z którym nawet nie chciał się przywitać. Czy ktoś mu go przedstawił jako strasznego komucha, bo Szlachtycz był naczelnym reżyserem w peerelowskiej telewizji? Uważano, że Mrożek zdziwaczał kompletnie i z niewiadomych powodów chce się odciąć od wszystkich krakowskich kolegów. Niektórzy z nich sądzą, że powodem tego była bezbrzeżna pycha, że poświęcił stare przyjaźnie dla największej miłości swojego życia: miłości własnej”.

Zapewne niedalekie to od prawdy, co nie zmienia faktu, że miał rację Ludwik Flaszen, nieco patetycznie przypominając: „Jest taka tradycja, że wdzięczni rodacy przebaczają bluźnierstwa i szyderstwa swoim wielkim, a potrzeba wielkich jest tu nieustająca”.

Isolamento

Zaraz po wydarzeniach marcowych 1968 r. Mrożek napisał: „Mogę robić tylko jedno, tylko jeden sposób zachowania muszę sobie wyznaczyć. Nie udawać, że cierpię. Siedzę poza krajem, bo mi tak lepiej. [...] Może przyjść moment, kiedy moje siedzenie cicho stanie się podejrzane, nieetyczne. Poczekamy, zobaczymy”. Nie czekał długo, 16 października 1968 r. zapisał: „Władze polskie odmówiły mi przedłużenia ważności paszportu. Władze polskie o mnie każą wypisywać, że jestem zdrajcą. A ja władze polskie mam w dupie”.


Najciekawsze, że ten pisarz, dystansujący się od komunizmu, a następnie dyskredytujący ów system pod każdym względem, w młodości był aktywnym członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dokładnie w latach 1953–1959. Teraz niektóre zapiski Mrożka rzucają nowe światło na jego wczesną twórczość, przed 1956 r. mocno zaangażowaną w tworzenie tzw. nowej rzeczywistości. Wprawdzie z całą mocą stwierdza: „Komunizm nie jest wcale religią, jak to czasem się powiada bez zastanowienia. Zabił ją, ukradł jej papiery, przylepił do jej legitymacji swoje zdjęcie i się nią legitymuje […]”, ale np. w czerwcu 1969 r., dywagacje o „gorszości” nazizmu czy faszyzmu od komunizmu i odwrotnie, kończy zdaniem: „[...] ja sam jestem zanurzony i tylko czasem wychylam głowę”.

W swoim „Dzienniku” 7 września 1964 r. wyjaśniał, „dlaczego w dwudziestym pierwszym roku życia był już zapalonym entuzjastą Józefa Stalina”. Całą, tylko na pozór tajemniczą, sprawę tłumaczy „według Fromma”. Otóż, pisał Mrożek, jako „pacholę o straszliwym poczuciu izolacji uważałem się za wyjątkowo miłującego wolność, bo mnie się ani ojciec nie podobał, ani cała rodzina. Isolamento (wł. odosobnienie) pięknie dało się załatwić przez akces do komunistycznej ideologii. Podwójnie nawet, jako przez przynależność do »Wielkiej Rodziny«, jako debiut, ogłaszanie się drukiem, co ta przynależność mi zapewniła. »Mała rodzina« była przeciw »Wielkiej Rodzinie«, ale parę miliardobilionów od niej słabsza. »Wielka Rodzina« drwiła z »małej rodziny« i obiecywała, że wnet zrobi z nią porządek, zapraszając mnie jednocześnie do tej roboty. Opiekun mój A.W. [Adam Włodek, małżonek Wisławy Szymborskiej – przyp. K.M.] – był i jest do tej pory klasycznym, preparatowym niemal typem autoritaria według klasyfikacji i nomenklatury Fromma, o jaskrawej potrzebie zarówno subordynacji, jak i dominowania, pierwsze w górę, drugie w dół. [...]

Fromm pisze, że typ autoritario (sadystyczno-masochistyczny) niekoniecznie znajduje autorytet na zewnątrz siebie, że można sobie zafundować piękny autorytet do ulegania mu, także ze wszystkimi rozkoszami niewygody i cierpienia – instalując na przykład wewnątrz siebie poczucie imperatywnego obowiązku”.

W 1953 r. po procesie ks. Lelity i „innych agentów wywiadu amerykańskiego” w „Dzienniku Polskim” w felietonie „Zbrodnia główna i inne” przyszły autor „Tanga” apelował: „Potrzebna jest nasza czujność. Nie ma zbrodni, której byśmy się po nich nie mogli spodziewać. Zaciekłość niedobitków będzie tym większa, im bardziej będą się upodabniać do SS-manów, do rycerzy płonącego krzyża Ku Klux Klanu, do brunatnych i czarnych koszul, występując w tym samym co SS-mani, krzyżowcy, koszule i inni falangiści interesie”.

Ja się nie staram

„Pochodzę z kraju położonego na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu” – napisał w 1986 r. w sztuce „Kontrakt”.

W 2010 r. spytałem Sławomira Mrożka, czy rozumie otaczający go świat? „– Nie rozumiem – odpowiedział. – A czy w ogóle warto starać się, by go zrozumieć? – Ja się nie staram. Ale w ogóle to nie – nie warto”.

Czytaj także:
Pisarze donosów

Z niepokojem co raz odnotowywał w dzienniku: „Bęc fajeczkę. Bęc szklaneczkę”, w pewnym momencie ujawniając swój nadmierny pociąg do alkoholu. W ogóle Mrożek jest w „Dzienniku” zadziwiająco szczery i otwarty. Po śmierci pierwszej żony, Marii Obremby, siostry pierwszej żony Andrzeja Wajdy, w listopadzie 1969 r. wybuchnął np. niesłychanym, niemożliwym do skomentowania samooskarżeniem. Następnego dnia napisał, że ma ochotę zniszczyć ten, rzeczywiście, mocno histeryczny tekst. „Nie zniszczę jednak tego – napominał sam siebie – jeżeli chcę mieć świadectwa nie tyle mojej wspaniałości i zapisywanie nie tyle ma służyć skomponowaniu siebie w taki czy inny kształt estetyczny, ale chcę mieć świadectwa tout court”.

W maju 2002 r. przeszedł udar mózgu, którego wynikiem była afazja – utrata zdolności posługiwania się językiem, spowodowana uszkodzeniem pewnych struktur mózgowych. Po odzyskaniu mowy w ramach terapii zaczął pisać swoją autobiografię. Tak narodził się „Baltazar”, w trakcie którego powstawania pamięć stopniowo mu powracała.

Już wcześniej kilkakrotnie był o krok od śmierci. W 1989 r. w Meksyku zdiagnozowano u niego tętniaka aorty. Szansa przeżycia operacji wynosiła 1 do 9. Wykorzystał ją, zamiast usuniętej aorty nosił w sobie rurę z teflonu.

Najważniejsze – najprostsze

Żadnego chyba polskiego pisarza nie pytano tak często jak jego właśnie o to, jak żyć. Jakbyśmy przeczuwali, że ma na to nasze życie jakąś skrywaną przed całym światem receptę, którą nagle – Bóg raczy wiedzieć dlaczego – udostępni.

„O tym, jak żyć, napisałem tysiące stron. I dalej tego nie wiem, powtarzając sobie, że już się nie dowiem. Wobec tego czuję się swobodniejszy. Dużo czytam, to jedna z moich ostatnich przyjemności – mówił mi z uśmiechem w przywoływanej już tutaj rozmowie z 2010 r. – jakie mi pozostały. Choć, oczywiście, lektura nie każdej książki jest przyjemna”.

Samochodem już wówczas od dawna nie jeździł, o paleniu zapomniał, ale po kieliszek wina sięgał chętnie, tyle że natychmiast spoczywało na nim czujne spojrzenie żony (po raz drugi ożenił się w roku 1987 z Suzaną Osario Rosas, Meksykanką, reżyserką teatralną). Czy choroba i wiek sprawiały, że częściej niż kiedyś myślał o sprawach ostatecznych, eschatologicznych? Pamiętam, że pokręcił głową przecząco i powiedział: – To, co najważniejsze, jest najprostsze. Ale z Panem Bogiem trzeba ostrożnie.

Za wolność wybili!

W lipcu 1965 r. w Teatrze Współczesnym w Warszawie odbyła się premiera najważniejszej chyba sztuki Sławomira Mrożka – „Tanga”. Długo nie schodziła z afisza, dzięki czemu zdążyłem ją jeszcze obejrzeć osobiście i niezależnie od tego, że byłem wówczas bardzo młodym człowiekiem, tę inscenizację w reżyserii Erwina Axera uważam za najwybitniejsze przedstawienie teatralne, jakie widziałem kiedykolwiek. Był to aktorski majstersztyk z: Barbarą Ludwiżanką, Tadeuszem Fijewskim, Mieczysławem Czechowiczem i Wiesławem Michnikowskim.

W następnych latach tworzył historię polskiego teatru, zapisywał jej piękne karty: a to „Vatzlavem”, a to „Rzeźnią”, to znów „Garbusem” i „Portretem”. Prozę pisywał rzadziej, ale jeśli już, to miała ona rangę „Monizy Clavier” z takimi niepowtarzalnymi frazami: „O tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując palcem na zęby trzonowe. – O tu, wybili, panie, za wolność wybili!

Nastąpiło zamieszanie. Ucichli, patrzyli na mnie, nie mogąc zrozumieć, o co mi chodzi. A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu. To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało.

– Popatrz, pan – powiedziałem, podchodząc do jednego grubszego i szerzej otwierając usta. – Tu, aaoo...

Gruby odchrząknął i odwrócił wzrok. – Przepraszam – powiedział i odszedł. Rzuciłem się więc do następnego z kolei, tak samo demonstrując.

– Tu. O! Brakuje. Wybili, panie, za wolność! Ooo!”.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 7/2017
Artykuł został opublikowany w 7/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 1
  • patrz Wikipedia: Reichsparteitag IP
    BEŁKOT D. TUSKA - SAME SLOGANY …
    na spędzie przedwyborczym „Koalicji Europejskiej” (PO+NOWOCZESNA+PSL+ZIELONI+UED) w Warszawie …

    Cała narracja D. Tuska to popłuczyny po jego „wykładach” - nic oryginalnego, już się po prostu zapętlił …

    Obrazek: na tle obrazu pędzla E. Kopacz pt. „DINOZAURY” - stoją tam:
    i G. Schetyna, i ex-prezydent B. Komorowski,
    i ex-prezydent A. Kwaśniewski,
    i inne popłuczyny po PZPR & SLD typu tow. W. Czarzasty, …
    a także działacze PSL, działacze (i „działaczki”) KOD,
    oraz zaawansowana wiekowo młodzież typu B. Nowacka,
    K. Lubnauer, W. Kosiniak-Kamysz, …

    Podsumowanie: ZERO PROPOZYCJI PROGRAMOWYCH DLA NORMALNYCH LUDZI!

    I tylko … lider PO G. Schetyna jakiś taki markotny bo …
    tłumek w kółko skanduje „Donald Tusk”,
    a nawet ktoś krótko pokrzykiwał „Bronek, Bronek”,
    gdy do mikrofonu dopchał się Komorowski,
    a nikt nawet przez moment nie bałaknął „Grzegorz Schetyna” …

    PS! może w/w „dinozaury” cierpią już na zaniki pamięci
    ale ludzie pamiętają i czasy PRL-u i czasy 8 lat rządów PO+PSL
    D. Tuska & E. Kopacz, a także czasy rządów tow. L. Millera.

    I jeszcze jedno: frekwencja kiboli PO-KO jakaś taka mizerna …
    chyba nawet poniżej tej na meczach 2-giej ligi piłki nożnej (oj haratnęło by się w gałę) …
    Dodaj odpowiedź 1 0
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także