HistoriaWarszawskie polowanie na gestapowców

Warszawskie polowanie na gestapowców

Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Rys. Krzysztof Wyrzykowski
Dodano 10
W okupowanej stolicy niemieccy oprawcy nie mogli czuć się bezpiecznie. Na każdym kroku czyhali na nich zamachowcy z AK.

Większość Polaków słyszała o zamachu na dowódcę SS i policji gen. Franza Kutscherę, który został zastrzelony 1 lutego 1944 r. w Alejach Ujazdowskich. W cieniu tej słynnej akcji pozostaje kilkaset mniejszych operacji likwidacyjnych przeprowadzonych przez Armię Krajową na terenie stolicy. Wiele z nich było zaś równie spektakularnych i dramatycznych co wykonanie wyroku na „Kacie Warszawy”.

Wśród historyków trwa dyskusja, czy w obliczu masowych odwetowych rozstrzeliwań dokonywanych przez okupanta operacje takie nie przynosiły więcej szkód niż pożytku. Wszyscy uczestnicy debaty zgadzają się jednak, że egzekutorzy Polskiego Państwa Podziemnego wykazali się niebywałym bohaterstwem i zasługują na najwyższy szacunek. Oto historia likwidacji sześciu bandziorów w niemieckich mundurach.

I Sierżant Franz Bürkl

To była pierwsza akcja „Agatu” (skrót od antygestapo), specjalnej komórki likwidacyjnej Kedywu, która z czasem została przemianowana na „Pegaz”. Cel wybrano nieprzypadkowo. „Bürkl był jednym z najokrutniejszych członków załogi Pawiaka – pisał historyk Tomasz Strzembosz w swoich »Akcjach zbrojnych podziemnej Warszawy«. – Sadysta mordujący ludzi dla osobistej satysfakcji, wymyślający dla więźniów wciąż nowe, coraz straszniejsze tortury”.

Zamach poprzedziła długa praca wywiadowcza. Ustalono, że Bürkl codziennie rano idzie do pracy tą samą trasą i za najbardziej dogodne miejsce do uderzenia uznano skrzyżowanie Marszałkowskiej i Litewskiej. Akcję zaplanowano na 7 października 1943 r. Tego dnia gestapowiec nieoczekiwanie pojawił się na ulicy nie ze swoim wilczurem Kastorem (szczuł nim więźniów), ale w towarzystwie żony pchającej wózek z małym dzieckiem. Było jednak za późno, by odwołać operację…

Dwaj Polacy podchodzą do Bürkla, wyszarpują pistolety i otwierają ogień. Jednocześnie za spust pociągają Jerzy Zborowski „Jeremi” i Bronisław Pietraszewicz „Lot”. Niemiec z jękiem osuwa się na ziemię, a jego żona wrzeszczy w niebogłosy. Rzuca się na „Lota”, drapiąc go po twarzy i rękach. Na ulicy rozpoczyna się pandemonium. Na pobliskim przystanku tramwajowym stoi bowiem grupa Niemców, którzy wyszarpują broń i zaczynają strzelać w stronę zamachowców. Chłopców ratuje idealnie rozstawione ubezpieczenie – kolejnych dwóch żołnierzy AK zaczyna ostrzeliwać Niemców od tyłu. Ci rozbiegają się w panice.

AK-owcy wykorzystują zaskoczenie przeciwnika, wskakują do samochodu i odskakują z miejsca akcji. Strat własnych nie było, a oprócz Bürkla zginęło i zostało rannych jeszcze kilku żandarmów. Akcja trwała 90 sekund. Niestety, jeszcze tego samego dnia na Pawiaku w odwecie za tę akcję zgładzono 30 zakładników… Na koniec warto jeszcze odnotować pewien malowniczy szczegół – otóż jeden z Polaków pistolet maszynowy na miejsce akcji przyniósł w futerale na skrzypce.

II Kapitan Jacob Lechner

Celem tej operacji miał być Alfred Milke, przedwojenny polski policjant, a podczas okupacji szef jednej z siatek agenturalnych gestapo. Człowiek wyjątkowo groźny. Według planu miał zginąć razem ze swoją kochanką Ireną Lis oraz dozorcą i dozorczynią domu, w którym mieszkał na alei Szucha 8. Oni również byli konfidentami okupanta. Plan zakładał, że agenci zginą w bramie kamienicy rano 5 października 1943 r. Początkowo wszystko szło zgodnie z planem…

Czytaj także:
Kaźń bohaterów z AK. Zachód umył ręce wobec tej zbrodni

Jest 7 rano. Zamachowcy wchodzą do mieszkania dozorców, Tadeusz Kamiński „Olek” terroryzuje parę bronią i każe jej położyć się na podłodze. Teraz wystarczy już tylko spokojnie czekać na pojawienie się Milkego i Lisowej, którzy niedługo powinni opuścić mieszkanie.

Sytuacja wymyka się jednak spod kontroli. Stojący w pobliżu samochód BMW z żołnierzami AK wzbudza zainteresowanie przechodzącego oficera gestapo. Niemiec podchodzi z pistoletem w dłoni do szofera i pyta ostro, co tutaj robi. W odpowiedzi dostaje kulę od siedzącego za kierownicą Tadeusza Kostrzewskiego „Niemiry”. Gestapowiec wali się na ziemię, a na ulicy – rzecz dzieje się w dzielnicy niemieckiej – wywiązuje się dzika strzelanina. Jeden z żołnierzy podziemia dostaje śmiertelny postrzał, a czterech zostaje rannych. O kontynuowaniu akcji na Milkego nie ma już oczywiście mowy.

Polacy likwidują więc dozorców – niestety, w mieszkaniu znajduje się dwoje ich małych dzieci – i rzucają się do ucieczki. Po drodze dostają się jednak pod silny ogień nieprzyjaciela i kierowca traci panowanie nad pojazdem. BMW ścina przydrożne drzewo i ciągnie je za sobą po ulicy. Spod maski wydobywają się płomienie – trzeba porzucić podziurawiony samochód. W środku znajduje się ciało Eugeniusza Poszepczyńskiego „Ssaka” (według innej wersji ciężko ranny „Ssak” żył i został dobity strzałem w głowę przez niemieckich żandarmów, którzy wyciągnęli go z płonącego wraku).

Reszta uczestników akcji rozbiega się po bramach i wtapia w tłum. Niemcom, mimo przeprowadzonej obławy, nikogo nie udało się schwytać. Dopiero potem okazało się zaś, że zastrzelonym oficerem gestapo był kapitan Jacob Lechner, zbrodniarz kierujący referatem w IV wydziale warszawskiej Sipo. Na skutek szczęśliwego zbiegu okoliczności trafiono więc znacznie grubszego zwierza, niż pierwotnie planowano.

III Emil Braun

Braun był szefem niemieckiego Urzędu Kwaterunkowego. W ścisłej współpracy z gestapo organizował łapanki i przesiedlenia warszawiaków. Podziemie postanowiło zlikwidować go 13 grudnia 1943 r. Braun miał zginąć na ulicy Daniłowiczowskiej 1/3, przed samym wejściem do kierowanej przez niego instytucji. Miało to wywrzeć efekt psychologiczny, przekonać Niemców, że nigdzie nie mogą się czuć bezpiecznie…

Czarna limuzyna podjeżdża pod bramę urzędu. Ze środka wysiadają dwóch mężczyzn i kobieta. W ich stronę biegnie kilku młodych ludzi. Znajdujący się na przedzie Jerzy Sarnowski „Polluks” wyszarpuje rewolwer i mierzy do Brauna, ten jednak uchyla się przed kulą. Wywiązuje się walka z drugim Niemcem. Zostaje on skoszony serią z pistoletu maszynowego przez Jerzego Kozłowskiego „Kastora”. Dopiero wtedy „Polluks” może wykonać wyrok. Pakuje w Niemca trzy kule. Pierwsza trafia go w brzuch, dwie pozostałe w głowę. Robota jest wykonana pewnie.

Przy okazji ginie dwójka Polaków. Nie są to jednak zamachowcy. Pociski dosięgają Polkę, która przyjechała z dwoma Niemcami samochodem, oraz granatowego policjanta, który znalazł się w złym miejscu o złej porze. Operacja zostaje przeprowadzona jak w zegarku – żołnierze AK ubezpieczający obu zamachowców ostrzeliwują z broni maszynowej i obrzucają granatami okoliczne urzędy, paraliżując reakcję Niemców. Następnie cała ekipa ewakuuje się bez strat na Nowe Miasto.

Czytaj także:
Strzały na granicy z Sowietami. Zabicie zdrajców Polski wywołało gigantyczny kryzys

Według prof. Tomasza Strzembosza dopiero po kilku latach okazało się, że zabitym wraz z Braunem mężczyzną był narodowosocjalistyczny architekt fanatyk Friedrich Pabst. Autor niedorzecznego i zbrodniczego planu przekształcenia Warszawy w „nowe niemieckie miasto”, który zakładał masowe wysiedlenie jej polskich mieszkańców. W odwecie za ten zamach – i jeszcze jedną akcję AK – okupant zamordował 270 Polaków.

IV Sierżant Karl Schmalz

Ta operacja nosiła kryptonim Panienka. Takie przezwisko warszawiacy nadali bowiem sierż. Karlowi Schmalzowi, dowódcy wartowni niemieckiej policji kolejowej na Dworcu Zachodnim. Delikatna, dziewczęca uroda tego podoficera jaskrawo kontrastowała z jego zachowaniem wobec Polaków.

„Typowy zboczeniec, kat, morderca, zbrodniarz – napisano o nim w dokumencie AK – typ w normalnym niemieckim społeczeństwie wybitnie patologiczny. Z sadystyczną rozkoszą znęca się nad swoimi ofiarami, sam własnoręcznie katuje i morduje. Ma on na sumieniu około 200 ofiar, jest postrachem okolic, potwornym zjawiskiem na Woli”.


Jak głosi legenda, Schmalz przebierał się za kobietę i polował w tym przebraniu na polskich chłopców zbierających na torach kawałki węgla. Czuł się bezkarny, był przekonany, że grube mury wartowni zapewniają mu pełne bezpieczeństwo. Rzeczywiście wydawało się, że jest to twierdza nie do zdobycia. Otoczona zwojami drutu kolczastego, wyposażona w otwory strzelnicze i dużą ilość broni mogła się oprzeć każdemu atakowi. Dlatego 1 marca 1944 r. członkowie oddziału por. Stanisława Sosabowskiego „Sasinka” (syna słynnego generała) zdecydowali się wziąć Schmalza fortelem…

Żołnierze AK opanowują sąsiadujący z wartownią zakład budowlany Severin. Jego dyrektor, Niemiec, dostaje rozkaz przesunięcia betoniarek w pobliże miejsca akcji. Ich praca ma zagłuszyć odgłosy strzałów. Następnie, przy pomocy robotników z Severina, Polacy wybijają dziurę w murze odgradzającym zakład od dworca. Przechodzi przez nią trzech żołnierzy. Dwóch przebranych w niemieckie mundury, a jeden – obmazany krwią i ziemią – ma udawać schwytanego polskiego złodzieja. Trójka ta nie wzbudza podejrzeń Schmalza, zostaje wpuszczona do wartowni.

– Co tam ukradłeś? – pyta Schmalz, patrząc obojętnie na Polaka.

Ten spokojnie wyjmuje z worka pistolet maszynowy. Widząc to, „Panienka” schwyta za kaburę. Jeden z żołnierzy przebranych za Niemców – Krzysztof Sobieszczański „Kolumb” – jest jednak szybszy. Otwiera ogień z pistoletu maszynowego. Kule wystrzelone z tak bliskiej odległości dosłownie masakrują „Panienkę”. Razem z nim ginie dwóch innych żandarmów. W tym samym czasie do wartowni wdzierają się kolejni Polacy.

„My od tyłu wpadamy do środka – opowiadał po latach jeden z uczestników akcji Stanisław Likiernik. – Nagle przede mną staje bahnschutz. Miałem w ręku parabelkę, strzeliłem mu w brzuch i pamiętam – on zniknął. Mignęła mi tylko jego zdziwiona twarz, taka zdumiona, to trwało ułamek sekundy. Upadł, a ja pobiegłem dalej”.

Polacy w wartowni zabili w sumie pięciu Niemców. Szósty podniósł ręce do góry. „Zaczął błagać, aby go oszczędzić – relacjonował Likiernik. – Był po cywilnemu. Mówił, że nie ma z tymi strażnikami nic wspólnego, płakał. Nawet pomagał nam nosić tę zdobyczną broń. W pewnym momencie, gdy zadzwonił telefon, podniósł słuchawkę i wyjaśnił po niemiecku, że „Panienka” nie może podejść do aparatu, bo jest kontrola. Bardzo ładnie to powiedział. Przez chwilę był naszą sekretarką! Oszczędziliśmy go”.

Niemiec został związany i pozostawiony na podłodze. Wcześniej polscy żołnierze podstawili pod wartownię ciężarówkę, na którą jak gdyby nigdy nic zapakowali zdobyczną broń, której była olbrzymia ilość. Akcja zakończyła się więc pełnym sukcesem. Oprawcy z Dworca Zachodniego wymierzono sprawiedliwość.

Sprawa niestety miała smutny ciąg dalszy. Niemcy aresztowali bowiem wkrótce kierującego operacją Kazimierza Jakubowskiego „Kazika” i jego żonę. Oboje zostali zakatowani w siedzibie gestapo na Szucha. Okazało się, że „Kazika” rozpoznał w tramwaju… ów ocalony niemiecki policjant. Dodatkowo – między innymi w odwecie za likwidację „Panienki” – okupant rozstrzelał 140 polskich więźniów.

V Pułkownik Erwin Gresser

Gresser był dowódcą 17. Pułku Policji Porządkowej. Jego ludzie byli zaangażowani we wszystkie poważniejsze akcje represyjne na terenie stolicy. Łapanki, rozstrzeliwania zakładników, a wcześniej rozprawę z warszawskimi Żydami. Gresser był więc bez wątpienia groźnym zbrodniarzem wojennym. Zginął jednak, podobnie jak Lechner, przez pomyłkę.

Celem akcji, która odbyła się 26 kwietnia 1944 r., miał być ktoś zupełnie inny: płk Wilhelm Rodewald. Wywiadowcy z „Pegaza” bardzo dokładnie opracowali jego codzienną trasę przejazdu do pracy i postanowili uderzyć na Chocimskiej…

Czytaj także:
Jeden z nich sam zabił 10 tys. ludzi. Kim byli mordercy z Katynia

Trzech młodych mężczyzn wychodzi z bramy na ulicę. Rozpinają płaszcze i wyszarpują pistolety maszynowe. Jest 8.55, na Chocimską wjeżdża niemiecki samochód osobowy. Szofer widząc zamachowców, wciska pedał gazu, ale jest za późno. Na pojazd sypie się grad pocisków. Strzelają Stanisław Jastrzębski „Kopeć” i Tadeusz Chojko „Bolec”. Trzeci pistolet się zacina.

W samochodzie lecą wszystkie szyby, kule dziurawią karoserię. Ciężko rannemu szoferowi udaje się wyminąć strzelających polskich żołnierzy, ale drogę zajeżdża mu opel kadett kierowany przez Zdzisława Santarka „Kajtka”. Niemiec zatrzymuje pojazd, wyskakuje z szoferki i brocząc krwią, ucieka do najbliższej bramy.

„Podbiegam do wozu od strony prawych przednich drzwiczek – relacjonował później »Kopeć«. – Otwieram je szybko i wyrywam zza paska colta. Niemiec usiłuje użyć małego pistoletu maszynowego, który trzyma na kolanach. Jednak sprawność ruchów ma ograniczoną, bo na siedzeniu przy kierowcy jest ciasno. Strzelam do niego pierwszy, jego oczy na chwilę spotykają się z moimi. Po pierwszych dwóch strzałach przypuszczalnie ma już dosyć – dla pewności oddaję jednak jeszcze dwa strzały. Huk rewolweru jest donośny, a ręka podskakuje mi po każdym strzale, jakbym trzymał w niej małą armatkę”.

Po wykonaniu wyroku egzekutorzy wskakują do opla i z piskiem opon odjeżdżają z miejsca akcji. Nad głowami gwiżdżą im kule wystrzelone przez nadbiegających niemieckich policjantów. Niestety, jedna z nich rozrywa oponę. Przez część drogi samochód jedzie więc na samej feldze, a gdy ta odpada, na samej osi. AK-owcom udaje się jednak zmylić pościg i uciec.

Była to jedna z najbardziej perfekcyjnych akcji Kedywu. Trwała zaledwie 20 sekund i nie pochłonęła żadnych strat własnych. Tyle że zabito innego oprawcę, niż planowano. Dopiero dwa dni później z niemieckiego obwieszczenia zdumieni egzekutorzy dowiedzieli się, że w samochodzie zginął nie Rodewald, tylko Gresser. Z obwieszenia tego dowiedzieli się również, że w ramach odwetu Niemcy zamordowali 50 Polaków.

VI Podporucznik Herbert Junk

Ta akcja nie była ściśle zaplanowana. Nie poprzedziły jej długie miesiące obserwacji celu. Znowu, jak to często bywa na wojnie, żołnierzom podziemia dopisało szczęście. Otóż Polacy – dzięki wtyczkom w aparacie okupacyjnym – dowiedzieli się, że samochody z tablicami rejestracyjnymi zaczynającymi się od OST 37, należą do gestapo. W połowie czerwca 1944 r. na ulice Warszawy wypuszczono więc wielu uzbrojonych patroli AK, których zadaniem było zapolowanie na takie pojazdy…

Jest 15 czerwca, godz. 17. Czteroosobowy patrol AK przemieszczający się po mieście samochodem namierza samochód z tablicą OST 37… na ulicy Krasińskiego. Polacy rzucają w niego dwie filipinki, czyli granaty domowej roboty. Pociski eksplodują z przodu i tyłu pojazdu. Ze środka wyskakuje dwóch funkcjonariuszy i zaczyna się zaciekle ostrzeliwać z pistoletów maszynowych.

Na miejscu walki nieoczekiwanie pojawiła się ciężarówka wypełniona żołnierzami Wehrmachtu. Leci w jej stronę kolejny granat, kierowca wrzuca wsteczny i wycofuje się pospiesznie. Najwyraźniej Wehrmacht nie chce się mieszać w potyczkę między gestapo i AK. Los obu zbirów jest więc przypieczętowany. Obaj zostają zastrzeleni.

Jednym z gestapowców okazał się być ppor. Herbert Junk, w latach 1942–1943 komendant Pawiaka, który wsławił się bestialstwem i okrucieństwem stosowanym wobec polskich więźniów. Niestety, w walce poległ również żołnierz AK Stefan Płotka „Mikołaj II”, a w odwecie za akcje Niemcy rozstrzelali w ruinach getta kilkudziesięciu Polaków.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 4/2015
Artykuł został opublikowany w 4/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 10
  • Aniaa IP
    Cześć, umówię się z Facetem na skromne i potajemne spotkania. Mam 22 lat, zapraszam do kontaktu przez ten czat: http://t453hj98tgh7949.gq
    Dodaj odpowiedź 0 7
      Odpowiedzi: 0
    • F6ugtty IP
      Za to zostało rozstrzelanych około 300 Polaków
      Dodaj odpowiedź 2 0
        Odpowiedzi: 0
      • Dlaczego? IP
        Schowane ten temat
        Dodaj odpowiedź 3 1
          Odpowiedzi: 0
        • 😬nacja IP
          Czy ten Braun i Grzegorz maja wspólnych przodków?
          Dodaj odpowiedź 7 0
            Odpowiedzi: 0
          • XXI wiek IP
            Teraz nie byłoby komu zrobić taką akcję.
            Dodaj odpowiedź 16 1
              Odpowiedzi: 0

            Czytaj także