HistoriaPowstaniec w zakonie. Wielkie dzieła św. Brata Alberta

Powstaniec w zakonie. Wielkie dzieła św. Brata Alberta

Św. Brat Albert na obrazie Leona Wyczółkowskiego
Św. Brat Albert na obrazie Leona Wyczółkowskiego
Dodano
Niezwykły przykład Adama Chmielowskiego wpłynął na życiową decyzję Karola Wojtyły. Przyszły papież poświęcił mu dramat „Brat naszego Boga”.

Niewiele brakowało, by został carskim oficerem. Przeszkodzili temu rodzice.Niewiele brakowało, by został zarządcą majątku ziemskiego. Przeszkodził temu wybuch powstania. Niewiele brakowało, by podczas powstania został zastrzelony przez swojego dowódcę. Przeszkodziła złośliwość przedmiotów martwych. Niewiele brakowało, by do końca życia pozostał Adamem Chmielowskim, malarzem. Przeszkodził Bóg.

Adam Chmielowski był synem naczelnika komory celnej w Królestwie Polskim. Urodził się w 1846 r. w Igołomii. Uczył się bardzo dobrze i otrzymał stypendium do szkoły w Petersburgu. Po przyjeździe do stolicy imperium okazało się jednak, że za słabo zna rosyjski. „Ambitny chłopiec nie chciał zrezygnować z dalszej nauki i dlatego na własną rękę zapisał się do korpusu kadetów” – pisał ks. Władysław Kluz, biograf Adama Chmielowskiego.

W wojskowej szkole wyróżniał się i zwrócił na siebie uwagę Aleksandra II. Był z tego dumny. Kiedy przyjechał w odwiedziny do rodziców, z pewnością opowiadał o spotkaniu z carem. Kiedy jednak matkę zaczął nazywać z rosyjska „maminką”, nie pozwoliła mu już wrócić do korpusu kadetów. „Przedłożyła sprawę duszy dziecka i jego polskość nad przyszłą karierę oficerską w służbie cara i Rosji” – stwierdzał ks. Kluz. Aby zrobić jako Polak karierę w wojsku rosyjskim, musiałby zmienić rzymskokatolicką wiarę na wyznanie prawosławne albo przynajmniej ewangelickie.

W szeregach powstańców

Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie Chmielowski studiował w Instytucie Politechnicznym i Rolniczo-Leśnym w Puławach. Gdy wybuchło powstanie, wraz z grupą kolegów poszedł walczyć. Jego pierwszy oddział został rozbity. Chmielowski trafił do oddziału Rochebrune'a, był kawalerzystą. Wziął udział w wygranej bitwie stoczonej przez gen. Mariana Langiewicza pod Grochowiskami.

Zmuszony wraz ze swoim oddziałem do przejścia granicy z Austrią, został aresztowany. Uciekł z więzienia i powrócił do powstania. Służba w oddziale Zygmunta Chmieleńskiego omal nie zakończyła się dla niego tragicznie. O mało co nie zginął z rąk porywczego dowódcy, który bezpodstawnie przypisał mu winę za spóźnienie się jego plutonu. „Nie przebierając w wyrazach, zapytuje, gdzie jego pluton, a nie czekając odpowiedzi i nie dawszy się mu wytłumaczyć, łapie za swój rewolwer, lecz nie mógł go wyciągnąć z pochwy skórzanej; szczęście to było dla niewinnie napadniętego, w przeciwnym razie byłby mu pułkownik z pewnością w łeb palnął” – wspominał powstaniec Zygmunt Rzewuski.

Chmielowski został ciężko ranny w boju pod Mełchowem 30 września 1863 r. Konieczna była amputacja nogi. „Swoje kalectwo złożył Chmielowski w ofierze Panu Bogu na intencję wolności ojczyzny. Dlatego nikt przez całe życie nie usłyszał nawet słowa żalu za utraconą nogą” stwierdzał ks. Kluz.

Czytaj także:
Powstańcy styczniowi na Bałtyku. Niezwykła wyprawa Teofila Łapińskiego

Nie są jasne okoliczności wyjazdu Chmielowskiego do Paryża. Tam otrzymał protezę nogi, tak dobrą, że mógł chodzić bez laski, a nawet tańczyć. Być może w opuszczeniu Królestwa Polskiego pomogli mu francuscy oficerowie powstańcy, których władze rosyjskie odsyłały do rodzinnego kraju, a być może zadziałała interwencja rodziny u gen. Czengerego, który czasami zwalniał młodych powstańców.

Droga artysty

Chmielowski wrócił do kraju po częściowej amnestii w 1865 r. Nie na długo jednak. W ramach represji popowstaniowych władze rosyjskie zamknęły warszawską Szkołę Sztuk Pięknych, na której zaczął studia. Powrócił do Paryża, by uczyć się malarstwa, a po uzyskaniu stypendium od hr. Włodzimierza Dzieduszyckiego rozpoczął w 1869 r. studia w monachijskiej akademii sztuk pięknych. Był jednym z polskich artystów „monachijczyków”. Wśród nich znajdowali się m.in. jego rówieśnik i przyjaciel Maksymilian Gierymski, Józef Chełmoński, Józef Brandt.

„Żałuję bardzo, że mi się nic polskiego nie komponuje, a chciałbym bardzo. Co tu robić? Rodzajowych rzeczy nie potrafię, a ta fabrykacja historycznych ludzi nie smakuje” stwierdzał Chmielowski. Interesował się kulturą antycznej Grecji i Rzymu. W 1870 r. wystawił w Krakowie obraz „Sjesta włoska”.

Gdy Maksymilian Gierymski nie mógł znaleźć tematu, Chmielowski zapytał go, czy brał udział w powstaniu. Maksymilian odpowiedział, że tak. Usłyszał: „Dlaczego tego nie malujesz?”. Inspiracji Chmielowskiego zawdzięczamy więc słynny obraz „Patrol powstańczy”. Sam Chmielowski także malował sceny z powstania styczniowego.

Po opuszczeniu w 1874 r. Monachium zamieszkał w Warszawie. Dzielił pracownię ze Stanisławem Witkiewiczem w Hotelu Europejskim. Brał udział w przyjęciach organizowanych przez aktorkę Helenę Modrzejewską. Zaczął malować jej portret. Nie ukończył go. Maria Winowska, biografka Chmielowskiego twierdziła, że uwielbiał aktorkę, ale nie był w niej zakochany – co jednak sugerowano.

Modrzejewska pisała o Chmielowskim we wspomnieniach: „Był on i jest jeszcze, kiedy te słowa piszę, chodzącym wzorem wszystkich cnót chrześcijańskich i głębokiego patriotyzmu – prawie bezcielesny, natura czysta i nieznająca egoizmu, której dewizą powinno być: szczęście dla wszystkich, Bogu chwała i sztuce!”.

Chmielowski potrafił być człowiekiem wesołym i towarzyskim, ale jego najbardziej znane obrazy mają dość melancholijny, smutny nastrój. W Warszawie namalował „Portret samobójcy”, na którego widok miała zemdleć jego ciotka.

Przeniósł się następnie do Lwowa i dzielił pracownię z Leonem Wyczółkowskim. Z tego okresu pochodzą jego obrazy „Ogród miłości” i „Cmentarz Włoski”, „Szara godzina” (1876–1880).

W 1879 r. Chmielowski zaczął malować obraz „Ecce homo” – jeden z jego najsłynniejszych. Wyprosił go dla siebie Andrzej Szeptycki, późniejszy metropolita lwowski obrządku greckokatolickiego. Ksiądz Konstanty Michalski, biograf Chmielowskiego, wspominał, że metropolita był pod wielkim wrażeniem tego obrazu.

„– Niech ksiądz patrzy – zawołał z uniesieniem. – Niech ksiądz patrzy. To przecież nowy genialny sposób przedstawienia serca Pana Jezusa. […] Brat Albert zdeformował trochę ramię Chrystusa, lecz co z tego wyniknęło? Niech ksiądz popatrzy. Czerwona chlamida opada z ramion tak, że zarysowuje na ubiczowanej piersi olbrzymie serce. Cały Chrystus zamienia się w serce. To zbiczowane Boże Serce”.

W 1978 r. obraz „Ecce homo” został przywieziony do Polski i trafił do albertynek na drodze wymiany z lwowskim muzeum na obraz ukraińskiego malarza Iwana Trusza.

Świat jest jak złodziej

W 1880 r. 34-letni Adam Chmielowski wstąpił, ku ogólnemu zaskoczeniu, do zakonu jezuitów. W liście do Józefa Brandta pisał: „W myślach o Bogu i przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu”. Nałożył habit, bo – jak stwierdził – reguły i obowiązki nie pozwalały mu opadać niżej.


Helenie Modrzejewskiej napisał zaś: „Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi […]. Świat jak złodziej wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca”.

Kolegę-malarza, Józefa Chełmońskiego, pouczał: „Mój drogi Józefie, jeżeli z Panem Bogiem związek zerwałeś, zawiąż go na nowo i żyj jak prawy syn Boski”. I polecał, by jak najprędzej poszedł do spowiedzi.

Pobyt u jezuitów był krótki i zakończył się dramatycznie. Podczas rekolekcyjnych rozważań na temat śmierci doznał wstrząsu psychicznego. Tak silnego, że jezuici nie widzieli dla niego miejsca w zakonie. Chmielowski na krótko trafił do zakładu dla psychicznie chorych. Incydent, który przeżył, tak opisywał: „Byłem przytomny, nie postradałem zmysłów, ale przechodziłem okropne męki, skrupuły i katusze najstraszniejsze”. Ksiądz Władysław Kluz określił stan, w jakim znalazł się Chmielowski, jako epizod „nocy ciemnej”, po której dusza dochodzi do żywego płomienia miłości.

Do równowagi psychicznej Chmielowski dochodził na Podolu, nad Zbruczem w Kudryńcach, w majątku brata. Któregoś dnia w 1882 r. pojechał do kościoła w Szarogrodzie. Wyspowiadał się i „wrócił innym człowiekiem”. Dużo malował, odnawiał kapliczki i obrazy w kościołach. Zainteresował się ruchem tercjarskim, a jego wzorem stał się św. Franciszek, „biedaczyna z Asyżu”.

Dach i kawałek chleba

W 1884 r. przyjechał do Krakowa. Rozpoczynała się jego służba dla najbiedniejszych, bezdomnych.

Swoje mieszkanie przy ul. Basztowej podzielił na dwie części. W jednej była pracownia malarska, w drugiej mieszkali przygarnięci bezdomni. Jak pisał ks. Konstanty Michalski: „Kotara była zresztą czystą fikcją, gdyż po jednej i po drugiej jej stronie wyglądało mniej więcej tak samo. Nie było tam spokoju, ciągle żalili się sąsiedzi”. Niewdzięczni bezdomni okradli Chmielowskiego. Nie zraził się tym.

W 1887 r. nałożył tercjarski habit z szarego płótna. Od tego czasu będzie bratem Albertem, posługując ubogim. Mówił, że trzeba każdemu „dać jeść, bezdomnemu miejsce, a nagiemu odzież. Bez dachu i kawałka chleba może on już tylko kraść albo żebrać dla utrzymania życia”.

Miejskie ogrzewalnie dla bezdomnych przeraziły go. Miasto dbało tylko o to, żeby ludzie nie zamarzali pod mostem i na ulicach, ale nie robiło nic więcej. Ogrzewalnie były w istocie pijackimi i złodziejskimi melinami, w których rządzili przestępcy oraz prostytutki.

Brat Albert postanowił to zmienić. Zamieszkał w ogrzewalni na Kazimierzu, przy ul. Piekarskiej. „Ukochał to, czego żaden świat ukochać już nie chciał, nie umiał” – pisał ks. Michalski. Przyszedł z kiełbasą, ale też wódką. Ugoszczeni ludzie sprzeciwili się, gdy zdemoralizowany element rządzący w schronisku chciał wyrzucić brata Alberta. W 1888 r. – powstało wtedy Zgromadzenia Braci Albertynów, posługujących ubogim, a Chmielowski złożył śluby zakonne – miasto przekazało mu w zarząd ogrzewalnię. Dało także pewne fundusze, ale konieczna była kwesta, którą prowadził brat Albert.

„Pamiętam, jak jadąc swym wózkiem podobnym do trumny, nie wahał się zwoływać ludzi dzwonkiem, byleby coś zebrać dla swoich opuchlaków” – wspominał ks. Konstanty Michalski. Namawiano brata Alberta, by nadal malował, choćby po to, by sprzedawać obrazy, a pieniądze przeznaczyć dla biednych. Odmawiał. Mówił, że ma tylko jedną duszę. Gdyby miał dwie, jedną poświęciłby malarstwu.

Czytaj także:
Poncjusz Piłat – kim był człowiek, który osądził Jezusa?

Jan Paweł II, który był czcicielem brata Alberta, pisał: „Znalazłem w nim przykład na to, jak zostawić za sobą świat sztuki, literatury i kultury, znajdując w sobie powołanie do stanu duchownego”.

Ideą brata Alberta było zamienienie ogrzewalni w przytuliska. Chodziło o to, żeby bezdomnych nie tylko ogrzać, lecz także z miłością potraktować, przytulić. „Powinno się być dobrym jak chleb. Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić, nakarmić” – mówił brat Albert.

Starał się organizować pracę swoim podopiecznym, organizował warsztaty. W osobach przybyłej w 1891 r. z Podlasia Anny Lubańskiej i Marii Silukowskiej zyskał pierwsze współpracowniczki, które zajęły się ogrzewalnią dla kobiet przy ul. Skawińskiej. Według Marii Winowskiej zdesperowane kobiety tam mieszkające, mając dość terroru prostytutek i alkoholiczek, podpaliły ogrzewalnię, by schronić się w domu, w którym mieszkały Lubańska i Silukowska. Dom ten narażony został następnie na atak rozwścieczonego kryminalnego elementu. W 1891 r. powstało Zgromadzenie Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim.

Albertyni i albertynki nie cieszyli się początkowo szacunkiem. Dziwiło, śmieszyło i raziło ich ubóstwo, gorszyło, że zajmują się bardzo podejrzanym środowiskiem i w nim żyją. Tymczasem brat Albert uważał ubóstwo za warunek prowadzenia misji wśród najbiedniejszych i bezdomnych. Uważał, że ktoś, kto ma osobisty majątek, nie jest w stanie ich zrozumieć. Pisał: „Złotych zębów nie wolno Braciom ani siostrom nosić, bo to byłoby dla nas hańbą i zgorszeniem każdego, co by to widział […]. Chodzić w nędznym samodziale – boso i opasywać się powrozem, a w gębie nosić złoto, to jest bezwstyd i brak wszelkiej delikatności”.

Za przykładem Krakowa przytuliska zaczęły powstawać w innych miastach Galicji, m.in. we Lwowie, w Stanisławowie, Przemyślu i Jarosławiu.

Brat Albert, Adam Chmielowski zmarł 25 grudnia 1916 r. w Krakowie.

Jan Paweł II beatyfikował go w 1983 r., a następnie kanonizował w 1989 r. Relikwie świętego znajdują się w Sanktuarium Ecce Homo Świętego Brata Alberta w Krakowie przy ul. Woronicza 10.

Dziś dzieło brata Alberta kontynuują albertyni i albertynki, prowadząc m.in. przytuliska dla kobiet i mężczyzn, kuchnie dla ubogich, domy pomocy dla dzieci i młodzieży niesprawnych intelektualnie oraz przewlekle chorych, ośrodek dla ofiar przemocy w rodzinie.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 1/2017
Artykuł został opublikowany w 1/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 0

Czytaj także