HistoriaZagłada „Byłych ludzi”. Lenin starł ich na proch

Zagłada „Byłych ludzi”. Lenin starł ich na proch

Rodzina carska w 1892 r.
Rodzina carska w 1892 r. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 1
Pierwsze wzmianki o „byłych ludziach” pojawiają się już na początku 1917 r. Bolszewicy szybko zaadaptowali ten termin, który szeroko używany był potem w państwie sowieckim. Według marksizmu sprawa była jasna: stary reżim musiał obumrzeć, więc reprezentanci tego systemu musieli zginąć wraz z nim.
PIOTR WŁOCZYK: W lutym 1935 r. w ZSRS rozpoczęła się operacja „Byli ludzie”. Co się kryło za tym hasłem?

DOUGLAS SMITH: „Byłymi ludźmi” nazywano reprezentantów starej rosyjskiej elity – ludzi szlachetnie urodzonych. Niektórym z nich udało się jakimś cudem przeżyć rewolucję, wojnę domową i początek stalinizmu. W 1935 r. żyła ich garstka, skoro szacuje się, że w 1921 r. w Rosji bolszewickiej zostało około 12 proc. przedrewolucyjnej szlachty i arystokracji. Reszta albo została zabita, albo uciekła z kraju.

Ta operacja była elementem kampanii mającej rozniecić walkę klasową i rozpocząć kolejną fazę rewolucji. Jej celem miało być pozbycie się przedstawicieli „starego porządku”. W gruncie rzeczy było to coś na kształt polowania na czarownice. Lokalni partyjniacy konkurowali ze sobą w pościgu za ludźmi, którzy uważani byli za wrogów systemu. Był to pierwszy krok do czystek i wielkiego terroru. Wszystko zaczęło się w Leningradzie, ale potem to obłąkańcze polowanie na wrogów państwa rozlało się na inne największe miasta Związku Sowieckiego.

W grudniu 1934 r. zamordowany został Siergiej Kirow, pierwszy sekretarz miejskiego komitetu WKP(b) w Leningradzie. To zabójstwo było pretekstem do pozbycia się resztek starej elity?

Śmierć Kirowa była z pewnością iskrą, która zapoczątkowała ten proces. Jeden z bohaterów mojej książki, Władimir Michajłowicz Golicyn, młodszy wnuk byłego mera Moskwy z czasów caratu, zanotował wówczas w swoim dzienniku: „Cała rodzina jest przerażona. Wszyscy boimy się nowych represji. Daj Bóg, aby zabójca nie okazał się księciem, hrabią ani innym arystokratą”.

Co się stało z „byłymi ludźmi” w wyniku tej operacji?

Praktycznie wszystkich – a było ich już wtedy naprawdę niewielu – pozostających wciąż na wolności w Leningradzie przedstawicieli szlachty i arystokracji usunięto z miasta. Z tego, co udało mi się ustalić, większość ofiar tej operacji została wygnana do obozów pracy na Syberii bądź też do Azji Centralnej. Nie sposób ustalić, co się dalej działo z tymi ludźmi. Z bolszewickiego punktu widzenia operacja zakończyła się pełnym sukcesem.

Czytaj także:
Carat nie musiał upaść. Mikołaj II popełnił olbrzymi błąd

Skąd się wziął ten termin?

Pierwsze wzmianki o „byłych ludziach” pojawiają się już na początku 1917 r. Bolszewicy szybko zaadaptowali ten termin, który szeroko używany był potem w państwie sowieckim. Według marksizmu sprawa była jasna: stary reżim musiał obumrzeć, więc reprezentanci tego systemu musieli zginąć wraz z nim.

Kiedy doszło do ostatecznej zagłady rosyjskiej arystokracji?

Na początku wojny z Niemcami. Na tym okresie kończy się też moja książka. Aż do hitlerowskiej inwazji Sowieci byli skupieni na wrogu wewnętrznym. „Byli ludzie” stanowili idealny cel dla komunistycznej propagandy, która potrzebowała kozła ofiarnego, będącego wytłumaczeniem wszystkich niepowodzeń. Tuż po ataku III Rzeszy Stalin dokończył proces czyszczenia ZSRS z pozostałości dawnej elity. Bał się, że ci ludzie będą odgrywali rolę piątej kolumny. Nieliczni pozostający na wolności szlachcice i arystokraci trafili do więzień oraz obozów. Zaczynając pracę nad moją książką, myślałem, że całą opowieść zakończę w roku 1918, gdy carska elita została zmiażdżona przez bolszewików. Jednak w miarę postępu prac zakończenie odsuwało się coraz bardziej w czasie. Władze sowieckie wiele lat po rewolucji wciąż mówiły o wrogu z najwyższej klasy społecznej, a tymczasem niektórzy przedstawiciele carskiej elity wciąż żyli na wolności. Lenin mógł całą szlachtę i arystokrację wymordować na samym początku, ale zdecydował się niewielką część wrogów zostawić sobie „na później”. ZSRS potrzebował wroga wewnętrznego. Państwo bolszewickie nie mogłoby istnieć bez takiego przeciwnika. Po II wojnie światowej ten temat zupełnie zniknął. Arystokracja z czasów carskich została ostatecznie zgładzona.

Jak wypada w tym kontekście porównanie rewolucji francuskiej do przewrotu bolszewików?

Francuska arystokracja miała ogromne szczęście. We Francji szlachetnie urodzeni byli terroryzowani podczas rewolucji, ale Napoleon w dość szybko doszedł do władzy i zakończył rewolucję. Ta warstwa społeczna wyszła z zamętu bez większego szwanku i stała się częścią nowej elity z czasów napoleońskich. W Rosji zamiast Napoleona pojawił się Stalin, który dokończył zagładę elity.

Czym dla carskiej Rosji była ta elita?

Mówimy o około stu rodzinach, które miały tytuły książęce, hrabiowskie etc. Byli to ludzie dysponującymi niewyobrażalnymi fortunami. Arystokracja wraz ze szlachtą tworzyła filary, na których opierała się carska Rosja. Byli to świetnie wykształceni ludzie, więc spoczywało na nich administrowanie krajem. To oni wypełniali treścią to, co uważamy za rosyjską kulturę.

Bogactwo rosyjskiej arystokracji było czymś, czego szlachetnie urodzeni mieszkańcy innych europejskich krajów nie byliby sobie w stanie wyobrazić. Jeden z dwóch rodów, które szczegółowo opisuję w mojej książce – hrabiowie Szeremietiewowie – są w tym kontekście świetnym przykładem. W XIX w. książę Dmitrij Szeremietiew miał około 300 tys. poddanych i należało do niego ponad 700 tys. ha ziemi. Dla porównania – żyjący mniej więcej w tym samym czasie najbogatszy amerykański plantator z Południa miał około 1,5 tys. niewolników.

Jak rosyjska arystokracja przyjęła abdykację Mikołaja II?

W tamtym okresie widoczny jest wręcz nieprawdopodobny stopień utraty poparcia dla cara wśród arystokracji. Nawet monarchiści, którzy wierzyli w instytucję monarchii, stracili wiarę w to, że Mikołaj II był właściwą osobą do przewodzenia Rosji. To uczucie narastało przez lata. Panowało powszechne poczucie, że car nie potrafi rządzić tak, jak przystało na cara. Dobrym przykładem jest tu jedna z głównych postaci mojej książki – hrabia Siergiej Szeremietiew, patriarcha rodu Szeremietiewów. Ten człowiek dobrze pamiętał rządy Aleksandra III, ojca Mikołaja II, i był wstrząśnięty niemocą cara – wtrącaniem się do rządzenia jego żony Aleksandry, a także pozycją Rasputina. Ostatecznie więc Siergiej Szeremietiew nie był zaskoczony abdykacją cara. Wielu innych przedstawicieli rosyjskiej elity spodziewało się takiego rozwoju wydarzeń.

To nie tłumaczy jednak wywieszania przez arystokratów czerwonych flag nad pałacami.

Dla wielu była to polisa ubezpieczeniowa przed furią tłumów. Generalnie jednak arystokracja czuła, że nadszedł czas przebudowy kraju.

Chyba nie chodziło jednak o Lenina.

Absolutnie nie. Chodziło o ustanowienie w Rosji republiki. Część najbardziej przenikliwych przedstawicieli rosyjskiej elity – np. Mikołaj Nabokow, kuzyn pisarza Władimira Nabokowa – czuła, że ich uprzywilejowana pozycja w rosyjskim społeczeństwie była okupiona straszną ceną. Książę Władimir Golicyn, wieloletni mer Moskwy, pisał w swoich wspomnieniach, że nadszedł czas zapłaty za stulecia poddaństwa i represji, dzięki którym arystokracja się bogaciła. Tacy ludzie rozumieli, że to, co rewolucja przyniosła ze sobą, nie było tylko nieracjonalnym wybuchem nienawiści ze strony nizin społecznych.

Bolszewicy nie musieli chyba specjalnie zachęcać biedoty do grabienia majątków elity.

To fakt, nie trzeba było do tego specjalnej zachęty. Niektórzy historycy starają się przedstawiać ten problem nierzetelnie: Lenin i jego towarzysze pojawiają się nagle w normalnie funkcjonującym rosyjskim społeczeństwie i zatruwają nienawiścią niższe klasy. Oczywiście to prawda, że bolszewicy siali dokoła siebie nienawiść, ale faktem niepodlegającym dyskusji jest to, że nienawiść już od dawna była tam obecna. Można to porównać do wycieku benzyny. W takim przypadku pozostają do zrobienia dwie rzeczy: można zneutralizować wyciek albo rzucić zapałkę. Lenin zrobił to drugie.

Co wybuch rewolucji październikowej oznaczał dla arystokracji?

Niemal natychmiast doszło do wywłaszczenia. Rozpoczęło się przejmowanie pałaców, pieniędzy i kosztowności. Bolszewicy powołali specjalną instytucję rządową, która włamywała się do skrytek bankowych w całej Rosji. Dochodziło do dramatycznych napaści funkcjonariuszy Czeka, którzy dom po domu ograbiali rodziny arystokratów, aresztując przy okazji przedstawicieli elity bądź też rozstrzeliwując ich na miejscu. Rozpoczęło się też branie zakładników, za których bolszewicy żądali okupów. Wyrzucanie z nieruchomości zazwyczaj dokonywało się krok po kroku. Rodzina traciła stopniowo piętro po piętrze, aż pod koniec zostawał jej do życia tylko jeden pokój. Było to tzw. upłotnienije, czyli ścieśnianie. Był to jednak tylko etap niszczenia dawnej elity. Na koniec i tak arystokraci byli wyrzucani na bruk.


Jak ci ludzie próbowali żyć po przewrocie?

Wielu z nich udało się ukryć nieco kosztowności, więc przez pewien czas mogli wymieniać to na jedzenie. Chociaż generalnie ci ludzie nie mieli żadnych praktycznych umiejętności, potrafili jednak się bardzo szybko uczyć. Przykładem jest tu pewna kobieta z rodu książąt Golicynów, która przed rewolucją pracowała w organizacjach pomocowych, a po przewrocie zaczęła sama wytwarzać buty z materiałów, które pozostawiono w jej w domu, np. z dywanów.

Wiele przedstawicielek dawnej elity, które gorzej radziły sobie z przystosowaniem się do nowych warunków i które wyprzedały wszystko, co posiadały, lądowało na ulicy. Inne były zmuszane do tego przez nowe władze. Szacuje się, że na początku lat 20. 40 proc. moskiewskich prostytutek pochodziło z wyższych sfer.

Bolszewicy zmuszali arystokratów do odśnieżania ulic bądź też czyszczenia toalet. Głównym celem było tu oczywiście publiczne poniżenie tych osób.

Współistnienie z państwem bolszewickim było zupełnie niemożliwe?

Nie do końca. Niedługo po rewolucji nowe władze zrozumiały, że potrzebują wykształconych ludzi, aby skutecznie zarządzać krajem. Musiały więc wciągnąć do aparatu państwowego część przedrewolucyjnej elity, która była dobrze wyedukowana. Sytuacja tych ludzi była bardzo niejasna. Niektórzy próbowali ukryć swoje szlachetne urodzenie. Udawało się to jednak tylko tym, którzy pochodzili z niższych warstw elity. Przedstawiciele najbardziej prominentnych rodów nie mogli się w ten sposób zakamuflować.

Ta szara strefa, gdzie bolszewicy przez pewien czas tolerowali „byłych ludzi”, rozciągała się na jeszcze jedną sferę. Po tym, gdy majątki i pałace arystokracji zostały przejęte przez państwo, bolszewicy w wielu przypadkach wykorzystywali ich dawnych właścicieli do katalogowania rzeczy, które się w nich znajdowały. W końcu to oni najlepiej się na tym znali. W ten sposób niektórzy mogli przez jakiś czas odetchnąć.

W książce opisuję postać Pawła Szeremietiewa, jedynego hrabiego Szeremietiewa, który pozostał w bolszewickiej Rosji. On akurat przez długi czas żył w starym majątku Ostafjewo niedaleko Moskwy. Był swego rodzaju „kustoszem” muzeum, które działało w części rodzinnego pałacu. W ten sposób niektórzy arystokraci mogli zarobić kilka groszy. To wszystko skończyło się za rządów Stalina, gdy te muzea zostały zamknięte albo ich „kustosze” zostali wyrzuceni na bruk.

Czytaj także:
Wojna prewencyjna 1920. Dlaczego Polacy uderzyli jako pierwsi?

W 1918 r. wydany został w Jekaterynodarze (dzisiejszy Krasnodar) dekret o „socjalizacji dziewcząt i kobiet”. Co stało za tym hasłem?

To był okres najdzikszej przemocy podczas wojny domowej. Najwyraźniej niektórzy bolszewicy myśleli tak: „Wywłaszczymy nie tylko wasz majątek, ale także kobiety z waszej rodziny”. Na szczęście nie był to proceder szeroko rozpowszechniony – takie rzeczy działy się jedynie w kilku miejscach w Rosji. Gdy już jednak dochodziło do takich aktów przemocy, skutki były tragiczne. Lokalni dowódcy bolszewickich garnizonów rozmieszczali ogłoszenia nakazujące córkom przedstawicieli starej elity zjawienie się w danym miejscu w określonym czasie. Kobiety, które pojawiały się na miejscu, były traktowane jak niewolnice seksualne, a następnie mordowane. Bolszewicy nie bazowali jednak jedynie na ogłoszeniach – inną metodą „socjalizacji” było zwykłe porywanie szlachcianek z ulic.

Czemu tak wielu rosyjskich arystokratów nie chciało wyjeżdżać z kraju ogarniętego rewolucją?

Ta kwestia była dla mnie szczególnie interesująca. Arystokraci byli po prostu wielkimi patriotami. Chętnie uczyli się języków obcych, z przyjemnością wyjeżdżali do Monako, ich dzieci były uczone przez nauczycieli ściąganych z Anglii lub z Francji, ale mimo wszystko kochali swój kraj. Uważali się za synów i córki Rosji. Większość arystokratów rzeczywiście zdecydowała się na emigrację, ale spośród nich tylko garstka chciała naprawdę porzucić Rosję. Ci, którzy pozostali na miejscu, zrobili to z poczucia obowiązku – do ostatniej chwili mieli nadzieję, że uda im się wywalczyć lepszą Rosję. Poza tym musimy pamiętać, że na początku wojny domowej nikt nie mógł podejrzewać, jaką tragedię przyniosą ze sobą rządy bolszewików. Większość arystokratów sądziła, że Lenin i jego towarzysze nie utrzymają się przy władzy dużej niż kilka miesięcy, i w niedługim czasie powstanie umiarkowany rząd. Nawet po wygranej przez bolszewików wojnie, gdy szlachetnie urodzeni musieli uciekać, większość z nich uważała, że to tylko przejściowe kłopoty. Nie mamy tu konkretnych danych, ale można śmiało zakładać, że ostatecznie co najmniej połowa arystokratów wyjechała z kraju.

Jak emigranci byli zabezpieczeni pod względem materialnym? Dzisiejsi rosyjscy oligarchowie słyną z luksusowych majątków rozsianych po całej Europie.

Ci, którzy mogli sobie wtedy pozwolić na posiadłości we Francji bądź we Włoszech, stanowili bardzo niewielki ułamek rosyjskiej elity. Głównym bogactwem rosyjskiej arystokracji była przecież ziemia w Rosji. Ci jednak, którzy ulokowali część majątku za granicą, w czasie I wojny światowej ściągnęli go z powrotem do Rosji. Dlaczego? Tutaj też kłania się ich patriotyzm, który objawiał się także pod względem ekonomicznym. Dlatego jedynym majątkiem, na który mogli liczyć emigranci uciekający przed bolszewikami, było to, co udało im się wywieźć w walizkach z Rosji.

Jak wyglądało przejmowanie majątków arystokratów przez rewolucjonistów?

To jedna z najbardziej interesujących kwestii w całej tej historii. Bolszewicy doszli do władzy, demonizując elitę i opowiadając się za biednymi, ale bardzo szybko komunistyczna wierchuszka wprowadziła się do znacjonalizowanych pałaców i majątków ziemskich. Przykładowo Ostafjewo, była siedziba Szeremietiewów, zostało przejęte przez Anatolija Łunaczarskiego, ludowego komisarza oświaty. Sam Stalin przejął na własność niezliczoną ilość pałaców, pałacyków i dacz. Podobnie zachowywała się cała bolszewicka elita. Absolutny szczyt hipokryzji.

Dziennikarze z Zachodu zadawali w tej sprawie oczywiste pytania: „Wszczęliście wojnę z elitą, a teraz żyjecie w ich domach, korzystacie z ich porcelany i drogiej pościeli. Czym to usprawiedliwiacie?”. Bolszewicy odpowiadali: „Ale my przecież nie posiadamy tych wszystkich rzeczy na własność, tylko korzystamy z nich służbowo!”.

Czytaj także:
„Zajrzeć do mózgu Lenina” - najważniejsza misja wywiadu II RP

Dlaczego – żeby opowiedzieć o zagładzie rosyjskiej arystokracji – spośród stu rodzin wybrał pan akurat Szeremietiewów i Golicynów?

Chciałem pokazać tragiczny los rosyjskiej elity na przykładzie konkretnych ludzi. Zależało mi na opisaniu rodzin, które nie wyemigrowały z Rosji. Ważne było też to, że obie rodziny zostawiły po sobie mnóstwo dzienników, listów i fotografii, dzięki którym mogłem dobrze pokazać ich dzieje. Poza tym Szeremietiewowie bardzo różnili się od Golicynów pod względem politycznym. To dobrze pokazuje, że arystokracja nie była pod tym względem monolitem. Obie rodziny zostały połączone ślubem, co również okazało się bardzo interesujące.

Jak wyglądało ich życie przed rewolucją?

Do rewolucji październikowej obie rodziny były niezwykle majętne. Przekładając to na dzisiejsze realia: Szeremietiewowie byliby zapewne miliarderami, a Golicynowie byliby warci setki milionów dolarów.

Co dzisiaj zostało po tych rodach?

W Rosji żyje tylko jedna przedstawicielka Szeremietiewów, wspaniała kobieta, która mieszka w skromnym mieszkaniu w Moskwie, tak jak miliony innych Rosjan. Na ścianach wywiesiła ocaloną część portretów rodzinnych. To cały jej majątek. Jeżeli chodzi o Golicynów w Rosji, to sytuacja jest prawie taka sama. Wbrew planom bolszewików potomkowie tych rodów wciąż kultywują jednak pamięć o swojej bogatej historii. Niektórzy z nich śmiertelnie poważnie podchodzą do tego tematu.

Początkowo chciałem zatytułować moją książkę nieco inaczej: „Skazani. Zagłada rosyjskiej arystokracji”. Książę Golicyn, który żyje w Teksasie, wściekł się na mnie, gdy powiedziałem mu o pomyśle na tytuł. Powiedział: „Jak śmiesz tak mówić?! Naszej arystokracji nigdy nie udało się zniszczyć i ja jestem tego najlepszym przykładem!”. Ja oczywiście kompletnie się z tym człowiekiem nie zgadzam. Faktycznie, pojedyncze osoby przeżyły tu i tam, ale przecież ta klasa społeczna została kompletnie zniszczona – dziś więcej Golicynów żyje w Ameryce niż w Rosji.

Douglas Smith jest amerykańskim historykiem, znawcą dziejów Rosji. W lutym ukazała się w Polsce jego najnowsza książka pt. „Skazani. Ostatnie dni rosyjskiej arystokracji”. Był między innymi tłumaczem Ronalda Reagana, a także pracował jako analityk ds. ZSRS dla Radia Wolna Europa. Obecnie pracuje nad biografią Grigorija Rasputina.

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 3/2017
Artykuł został opublikowany w 3/2017 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 1
  • xxxxxxxxxxxxxxxxx IP
    Może nie było by socjalizacji szlachcianek czy porywania z ulic, gdyby przez wieki szlachta nie korzystała przez wieki z tego co umownie nazywa się czasem "prawem pierwszej nocy", młode chłopki pańszczyźniane, potem robotnice rolne, służące były wykorzystywane przez jaśnie panów. Ot zło rodzi zło
    Dodaj odpowiedź 10 5
      Odpowiedzi: 0

    Czytaj także