HistoriaSowiecki horror w kościele w Grodnie. Takiej metody mordowania nikt się nie spodziewał

Sowiecki horror w kościele w Grodnie. Takiej metody mordowania nikt się nie spodziewał

Grodno. Widok ogólny miasta i rzeki Niemen. 1931 r.
Grodno. Widok ogólny miasta i rzeki Niemen. 1931 r. / Źródło: FOT: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Dodano 6
Bolszewicy dokonali masakry Polaków na terenie kościoła. Publikujemy sensacyjną relację świadka.

Hipolit Statkiewicz jako mały chłopiec we wrześniu 1939 r. był świadkiem wymordowania obrońców Grodna. Jest to nieznana, masowa zbrodnia dokonana przez Sowietów w kościele garnizonowym pw. Wniebowzięcia NMP. Pan Hipolit po latach opisał dramatyczne sceny, które rozegrały się na jego oczach.

Dramatyczną relację do redakcji „Historii Do Rzeczy” przekazał ks. prof. Roman Dzwonkowski, wybitny badacz polskiej martyrologii w Związku Sowieckim. „Opis nie budzi zastrzeżeń – napisał ks. Dzwonkowski. – Swego rodzaju potwierdzeniem jego zgodności z prawdą może być fakt wysadzenia w powietrze w listopadzie 1961 r. tego liczącego 600 lat kościoła fundowanego pierwotnie przez Wielkiego Księcia Witolda”.

Poniżej prezentujemy obszerne fragmenty relacji Hipolita Statkiewicza: Sam byłem świadkiem obrony Grodna i męstwa jego obrońców, pamiętam wszystkie szczegóły.

17 września w okolicy miasta [Sowieci] trafili na wielki opór obrońców Grodna, wśród których byli mój ojciec i mąż mojej ciotki. Na miejscu bitwy pogrzebano więcej niż 200 sowieckich żołnierzy i około 100 Polaków. 19 września obrońcy zostali zaatakowani z tyłu. Zostali okrążeni i aresztowani jako jeńcy.

Jeńców ulokowano w kościele garnizonowym. Było ich wtenczas niemal 200 osób. My, chłopaki małe i większe, biegnące po obu stronach kolumny jeńców, szukaliśmy w szeregach swoich krewnych czy znajomych. Ja zobaczyłem brata matki, niektórzy widzieli swych ojców, braciszka czy bratanka.

Kościół garnizonowy był ulokowany na rogu ulic Zamkowej i Dominikańskiej, naprzeciw kościoła farnego i był czynny do września 1939 roku. Kościół był zbudowany z czerwonej cegły, kryty czerwoną dachówką. Przedstawiał sobą prostokąt o wymiarach 40 metrów długości i około 30 metrów szerokości. Nad frontowym wejściem wznosiła się dzwonnica.


W tym kościele byli osadzeni aresztowani obrońcy Grodna. Ale pewnej części obrońców udało się uniknąć okrążenia i aresztu, i udać się do okolicznych lasów i wsi.

Oni [członkowie Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi] donosili NKWD o miejscu pobytu oficerów, sierżantów, duchowieństwa, aktywu parafialnego. Natychmiast rozpoczęły się intensywne aresztowania w dzień i w nocy, na ogół całymi rodzinami. Wszystkich osadzali nocami w kościele garnizonowym, dołączając ich do obrońców. A ich opustoszone mieszkania zajmowali NKWD-ziści i nowi urzędnicy.

Kościół był obstawiony przez NKWD. Zbliżyć się do niego było niemożliwe, bo każdego chwytali i prowadzili do wnętrza kościoła, drogi powrotnej już nie było. Nie wiem, ile było tam ludzi, ale dorośli mówili, że kościół był napełniony jak beczka śledzi.

W tamtych czasach mieszkaliśmy na ul. Lidzkiej. 22 września, w urodziny ojca, przyszła ciotka i razem z matką ze łzami w oczach przeżywały los swoich małżonków. Siedząc przy obiedzie, usłyszałem jakiś łoskot na ulicy i wybiegłem z domu. Po ul. Lidzkiej jechała spycharka, a za nią biegły chłopaki, nie mniej niż dziesięciu. Przyłączyłem się do nich. Nasza dziecięca ciekawość poprowadziła nas za spycharką, która pojechała na cmentarz wojskowy.

Spycharka zaczęła ryć rów w odległości 20 metrów od płotu, akurat naprzeciwko prochowni, na szerokość spychacza, a o długości 40–50 metrów. Już ściemniało się, a my czekaliśmy na koniec tej roboty. Chcieliśmy już iść każdy do swego domu, ale nagle przyłączyły się do nas chłopaki starsze wiekiem i wtenczas na cmentarz wjechał samochód ciężarowy. Samochód zatrzymał się obok spycharki. Z szoferki wysiadł NKWD-zista, a z tyłu zeskoczyło ośmiu żołnierzy. My od razu ukryliśmy się w krzakach za drzewami. Oficer postawił jednego żołnierza na wejściu do cmentarza, po jednym na każdym końcu rowu i jednego obok naszych krzaków, a czterech trzymał przy sobie. My leżeliśmy pomiędzy krzakami cichutko jak myszy. Było chłodno, głodno i późno.

Czytaj także:
Polski satrapa Stalina. To on był katem sowieckiej Ukrainy

Niedługo usłyszeliśmy szum zbliżających się samochodów ze strony ul. Jerozolimskiej, a po kilku chwilach dwie ciężarówki podjechały tyłem na skraj wygrzebanego rowu. Po dwóch żołnierzy wyskoczyło z tyłu i od razu z nich w rów rzucano martwych ludzi, jak drzewo. Naliczyliśmy po 20 osób z każdego samochodu. Spycharka stała przy dolnym końcu mogilnego rowu i swoimi reflektorami oświetlała go. Samochody odjechały, a za jakiś czas przyjechały powtórnie i znowu zrzucili 40 trupów, przyjechali i trzeci raz, zrzucili jeszcze 40 trupów. Jak odjechały po raz trzeci, spycharka zaczęła zasypywać zrzucone tam trupy. Potem spycharka odjechała na poprzednie miejsce, wyłączyła światło i silnik. Przyjechało auto, oficer wsiadł i odjechał, a żołnierze pozostali na cmentarzu. My rozbiegliśmy się do swoich domów, zaczynało już świtać. Nasze matki szukały nas przez całą noc.

Po śniadaniu matka poszła ze mną do swojej siostry Jadwigi, która żyła na ul. Zamkowej, w domu naprzeciw kościoła garnizonowego. Tam siedziało kilka osób martwiących się o swoich małżonków. Ciotka opowiedziała matce, jak wczoraj przed południem widzieli przy głównym wejściu do kościoła sanitarny samochód z błękitnymi krzyżami. Dwóch ludzi w maskach przeciwgazowych i w specjalnych ubraniach rozciągało dwa długie gumowe węże od samochodu do wnętrza kościoła. Potem drzwi kościoła zamknęli, wsiedli do samochodu i za godzinę wysiedli. Wyciągnęli węże z kościoła, skręcili je i położyli do samochodu, zdjęli maski i specjalne ubrania i za chwilę samochód sanitarny odjechał. Ochrona pozostała. Przy każdym słupie ogrodzenia kościoła był wyznaczony jeden strażnik, a w bramie dwóch.


Ojciec był zmobilizowany do Armii Polskiej jeszcze w lipcu. My nie wiedzieliśmy, gdzie go mamy szukać. Matka myślała, że on może być w kościele razem z obrońcami. Pozwoliła mi pod nadzorem ciotki, razem z innymi chłopakami, obserwować to, co się działo wokół kościoła. Czekałem u ciotki w mieszkaniu na nastanie nocy. Jak się ściemniło, to usłyszeliśmy szum samochodów i razem z ciotką wyszliśmy na podwórko. Przez uchylone drzwi bramy zobaczyłem znajome już ciężarówki, które tyłem podjeżdżały do wejściowych drzwi kościoła i zasłoniły sobą cały widok. Była noc, ale nie było zbyt ciemno. Wtenczas postanowiłem wyjść na przeciwległą stronę kościoła. Teraz już dobrze widziałem, jak mordercy w maskach przeciwgazowych i specjalnych okryciach wynosili z kościoła trupy ludzi i kładli je na ciężarówki. Ktoś świecił im latarkami. Potem samochody odjechały i niezadługo przyjechały ponownie. Tak było cztery razy do świtu. Na każdy samochód ładowali 20 trupów.

Po czwartym odjeździe kościół zamknięto na klucz i postawiono strażników w cywilnych ubraniach. A my wszyscy poszliśmy do swoich domów bardzo cicho i niepostrzeżenie. Umówiliśmy się, że wieczorem pójdziemy na cmentarz wojskowy. Na cmentarz wieczorem przyszło bardzo wielu chłopaków. Ktoś ukrywał się za pomnikami, ktoś leżał między mogiłami, kilkoro z nas ukryło się w krzakach. Już ściemniało się i kierowca spycharki zapuścił silnik i włączył światła. Po chwili zjawiły się te same samochody ciężarowe stojące tyłem na skraju rowu. Znowu wyrzucano z nich trupy, z każdego po 20. W ciągu nocy przyjeżdżali cztery razy po dwa samochody. Ostatni raz, jak przyjechali, spycharka zaczęła zasypywać ludzi, ubijając ziemię gąsienicami i wyrównując gładko. Po wszystkim spycharka odjechała z cmentarza. Oficer raz jeszcze obejrzał zbiorową mogiłę, wsiadł w auto i odjechał. A ochrona opuściła cmentarz dopiero 15 października. W ten dzień my z matką poszliśmy położyć kwiaty, straży już wtedy nie było.

Obrońcy Grodna byli zamordowani w kościele garnizonowym przez uduszenie jakimś trującym, duszącym gazem podanym do wnętrza kościoła sanitarnym samochodem przez funkcjonariuszy NKWD. To był ohydny sposób wymordowania i pogrzebania tak znacznej liczby, niemal pół tysiąca ludzi, przez cały tydzień trzymanych w zamknięciu bez chleba, wody i toalety. Ta egzekucja nie była ostatnią, nie ostatnia była i zbiorowa mogiła na wojskowym cmentarzu. Były i nowe w miarę chwytania zbiegłych obrońców i patriotów Polski.

Nie bez podstawy ludzie starsi wiekiem nazywali kościół garnizownowy w okresach pierwszej i drugiej sowieckiej okupacji aż po jego zniszczenie kościołem łez i męczenników. Po rozprawie z obrońcami na drzwiach kościoła wisiały wielkie kłódki. Z przyjściem Niemców do Grodna w 1941 r. stelmach Zygmunt Zaniewski ze swoim synem Ryszardem zrobili i postawili na zbiorowej mogile obrońców trzy drewniane krzyże, które przetrwały do 1960 r.


Niemcy, napadając na Grodno 22 czerwca 1941 roku, okrążyli cały garnizon sowieckiej armii, ni jeden żołnierz nie uciekł. Jeńców umieszczono w byłych koszarach. Każdy dzień rano po ul. Artyleryjskiej Niemcy gnali 10–15 jeńców na cmentarz wojskowy kopać rów-mogiłę, a po południu wieźli tam na furmankach 10–15 całkowicie nagich trupów, zrzucali w rów i zasypywali ziemią. Tak było każdy dzień, dopóki nie skończyli się jeńcy.

Po wojnie na wojskowym cmentarzu postawiono obelisk poległym w latach 1941–1944 żołnierzom sowieckim. A na początku lat 70. dolną część cmentarza wojskowego zabudowano pięciopiętrowymi budynkami. Tam pracowały spycharki i koparki, ryły ziemię pod fundamenty budynków, a grunt razem z prochami pogrzebionych wywozili i zrzucali do najbliższych jam i rowów.

Tak czyn bohaterski obrońców Grodna został starty przez komunistyczny reżim sowieckich wandali z pamięci ludzi i historii Grodna. Ich prochy zostały rozproszone po ziemi grodzieńskiej i już nigdy nikt nie dowie się o patriotyzmie polskich obrońców Grodna 1939 roku, nie pozna ich imion i nie potrafi znaleźć miejsc, gdzie można położyć kwiaty chwały i podziękowania, uczcić pamięć swoich obrońców, którzy złożyli swoje głowy za wolność i szczęście grodnian.

Tak samo był zniszczony i żydowski cmentarz w latach 1965–1970, na miejscu którego urządzono boisko piłkarskie. Kościół garnizonowy był zamknięty w latach 1954–1956. Wtedy w kościele zostały założone ładunki wybuchowe, a jakiś czas później w nocy z soboty na niedzielę zagrzmiał wybuch. Rano ludzie zobaczyli tylko stos czerwonych cegieł. Ruiny usuwali przez długi czas komuniści, komsomolcy w niedzielę i dni wolne od pracy. W ten sposób z kościoła garnizonowego nie pozostał żaden ślad. W jego miejscu urządzono klomb-kwietnik. Tak skończył się tragiczny los tego kościoła. Ale kara Boża wcześniej czy później musi dosięgnąć winowajców. To wszystko, co napisałem, to prawdziwe zdarzenia, które wciąż stoją mi przed oczyma.

oprac. Piotr Włoczyk

Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 9/2015
Artykuł został opublikowany w 9/2015 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ pwł

Czytaj także

 6
  • xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx IP
    Jaka była powierzchnia przestrzenna kościoła ? Ile gazu trzeba by zużyć do jej zapełnienia ? Jak poradzono sobie z uszczelnieniem takiego obiektu ?
    Dodaj odpowiedź 12 16
      Odpowiedzi: 4

    Czytaj także