HistoriaUzdrawiali, wskrzeszali, a ich ciała nie rozkładały się. Te historie zdarzyły się w Krakowie

Uzdrawiali, wskrzeszali, a ich ciała nie rozkładały się. Te historie zdarzyły się w Krakowie

„Felix Saeculum Cracoviae”, obraz Łukasza Porębskiego (XVII wiek). Od lewej: Michał Giedroyć, Jan z Kęt, Stanisław Kazimierczyk, Szymon z Lipnicy, Świętosław Milczący.
„Felix Saeculum Cracoviae”, obraz Łukasza Porębskiego (XVII wiek). Od lewej: Michał Giedroyć, Jan z Kęt, Stanisław Kazimierczyk, Szymon z Lipnicy, Świętosław Milczący. / Źródło: Wikimedia Commons
Dodano 10
W 1482 roku w Krakowie szalała zaraza, zwana morowym powietrzem. Szymon z Lipnicy, bernardyn, opiekował się chorymi porzuconymi przez zdrowych, nosił im jedzenie, pielęgnował, wynosił ciała zmarłych. Swoją ofiarność przypłacił życiem. Był jednym z sześciu świątobliwych i i zakonników żyjących w cieniu Wawelu w XV wieku, do dziś pamiętanych i czczonych. Dzięki ich wstawiennictwu odnotowano wiele cudów - uzdrowienia, a nawet wskrzeszenia zmarłych.

W kościele Bożego Ciała na krakowskim Kazimierzu znajduje się siedemnastowieczny obraz Łukasza Porębskiego. Wyobrażony jest na nim Szymon z Lipnicy w towarzystwie Jana z Kęt, Michała Giedroycia, Stanisława Kazimierczyka, Świętosława Milczącego. Brakuje tylko Izajasza Bonera. Obraz nazywa się „Felix Saeculum Cracoviae”, czyli szczęśliwie stulecie Krakowa. Żyło wtedy, w piętnastym wieku, aż sześciu duchownych, którzy zostali świętymi, błogosławionymi lub jeszcze czekają na wprowadzenie na ołtarze. Można tylko sobie wyobrazić, jak bardzo wpływała ich pobożność, pełna miłosierdzia posługa, charytatywna działalność i kazania na umysły krakowian.

Płaszcz dla biedaka

Ksiądz Jan z Kęt, zwany Janem Kantym, był absolwentem Akademii Krakowskiej i jej profesorem, dziekanem wydziału sztuk wyzwolonych. W jego biografii, która ukazała się w serii „Boże Kłosy” napisano otwarcie, że nie był wielkim uczonym, wytyczającym drogi, którymi idzie myśl ludzka, nic też wielkiego nie objawił światu. Zaznajamiał studentów z dziełami Ojców Kościoła i innych pisarzy katolickich, dodając jedynie swoje uwagi i komentarze. Nie na tym więc polegały jego zasługi, lecz na tym, że „wykładał świętość”.

Jan Kanty był człowiekiem miłosiernym, kupował biednym odzież i buty, a nawet oddawał własne odzienie. Pewnego razu, jak zapisano w jego hagiografii, oddał w noc Bożego Narodzenia płaszcz biedakowi, który drżał z zimna. Gdy wrócił do domu, objawiła się mu Matka Boska i zwróciła płaszcz. Zapewne jednak nie zostawiła biedaka bez opieki i dała mu inne okrycie...

Jan Kanty był niezdolny do kłamstwa, nawet mimowolnego. Zdarzyło się, że napadli go rabusie. Zapewne byli złoczyńcami-dżentelmenami, bo zamiast obszukać dokładnie uczonego księdza, zażądali, by tylko przysiągł, że nie ma przy sobie pieniędzy, a puszczą go wolno. Jan Kanty przysiągł, ale gdy się oddalił, wymacał w kieszeni płaszcza kilka dukatów. Popędził za bandytami i wręczył im monety, nie chciał bowiem wyjść na kłamcę. Opowieść kończy się umoralniającą pointą. Zszokowani wyznaniem prawdy rabusie nie przyjęli pieniędzy, mówiąc „Niech Bóg ma nad nami miłosierdzie”.

W danych wiekach cuda zdarzały się częściej niż teraz. Trudno się dziwić, skoro „wiara czyni cuda”, a wówczas bez wątpienia ludzie wierzyli mocniej i powszechniej niż dziś. Cudowne zdarzenia, głównie uzdrowienia były szczegółowo spisywane. Tak też było w przypadku Jana Kantego. Wracając do Krakowa spotkał w Łobzowie służącą lamentująca nad rozlanym mlekiem i stłuczonym glinianym garnkiem. Działo się to, jak skrupulatnie zapisano, 16 czerwca 1464 roku. Jan Kanty wziął garnek w ręce i scalił, po czym nakazał dziewczynie zaczerpnąć wody z rzeczki. Zamieniła się, oczywiście, w mleko.

Podczas jednej z mszy odprawianej przez Jana Kantego, bardzo przeszkadzała mu latająca w świątyni jaskółka. Złapał ją, co już zakrawało na cud, o czym wie każdy kto widział lot jaskółek. Okazało się, że w szalejącego ptaka wcielił się zły duch. Gdy Jan Kanty rzucił ptakiem o ziemię, ten zamienił się w ohydnego węża i zniknął.

Jan Kanty nie był skrajnym ascetą, biczującym się i używającym włosiennicy, jakich wówczas nie brakowało, jednak dla umartwienia odmawiał sobie mięsa. Pewnego razu, gdy wzięła go chętka na wieprzowinę, zamiast ją zjeść porwał mięso z ognia i zaczął się nim okładać. Należną mu sztukę mięsa oddał ubogiemu, ale zaraz potem „przed nim druga sztuka mięsa cudownie na stole pokazała się, którą, Bogu dzięki oddawszy pożywał”. Złamał wówczas swoją wegetariańską dietę. Nie zjeść mięsa, które za sprawą interwencji niebios zjawiło się, byłoby obrazą boską.

Pochowany został w kościele św. Anny. Ponieważ modlił się często przed obrazem Miłosierdzia w Collegium Maximum, na którym wyobrażeni byli Matka Boska i Jezus, postanowiono przenieść na jego grób ten wizerunek. Ale, jak pisał ks. Florian Jaroszewicz w dziele „Matka Świętych Polska”... Chrystus „pokazawszy się jednemu z akademików, na dawne miejsce kazał się odnieść”.

Czytaj także:
Arcybiskup Tysiąclecia. Polska zawdzięcza mu zjednoczenie

W 130 lat po śmierci Jana Kantego otwarto jego grób, a doszedł z niego „zapach cudowny i wdzięczny”. Niezwykłe zjawisko potwierdzili pod przysięgą świadkowie. Jan Kanty został beatyfikowany, w 1680 roku, a w 1767 roku nastąpiła kanonizacja.

Natchniony kaznodzieja

Podczas epidemii morowego powietrza, dżumy lub cholery, Szymon z Lipnicy (rodowe nazwisko: Pitułka) w kazaniach nie objaśniał jej gniewem Bożym, wzywał jednak do pokuty. Był znakomitym kaznodzieją i miał zwyczaj trzykrotnie z mocą wymawiać słowo „Jezus”, a za nim czynili to wierni. Znaleźli się jednak tacy, którym nie podobała się to, jako nowość, rzekomo szkodliwa. W efekcie Szymon stanął przed sądem kapituły krakowskiej. Z żalu, a może i z oburzenia, wykrzyknął: „O dobry Jezu! Najsłodszy Jezu! A cóż to jest, że twoje imię najsłodsze, które jest słodsze niż plaster miodu, idzie w niesmak”. Bernardyn przypomniał duchownym sędziom, że napisano: „Kto będzie wzywał imienia Pańskiego, zostanie zbawiony”. Sędziowie przyznali mu rację, „przepraszali go wszyscy”.

Jako mistrz nowicjatu poddał pewnego razu kandydatów do zakonu szokującej próbie, każąc im przejść bosymi stopami po rozżarzonych węglach. Tylko jeden się zdecydował. Przypalana skóra skwierczała, lecz nowicjusz nie odczuwał żadnego bólu. Co więcej, stwierdził, że chodził jakby po kwiatach. Szymon z Lipnicy skomentował to w ten sposób: „Takie cuda sprawia święta cnota posłuszeństwa”.

Nieposłuszni i niedowiarkowie nie mieli szans na ukończenie nowicjatu. Pewnego razu Szymon z Lipnicy kazał kandydatowi do zakonu wyrwać młody dąb i zasadzić korzeniami do góry. Młody człowiek zrobił to, ale był bardzo sceptyczny i uważał, że drzewko zmarnieje. A jednak z korzeni zaczęły wyrastać zielone gałązki. To jednak nie poruszyło podopiecznego Szymona z Lipnicy. Zakonnik wyrzucił go z nowicjatu, argumentując, że jest ślepy na jawne cuda Boże. Dąb rósł przez cztery stulecia, potem usechł i został wycięty w 1834 roku.

Choć ciała zmarłych na zarazę, pokryte wrzodami, cuchnęły, ciało Szymona z Lipnicy pachniało. Zaraz po jego śmierci tercjarki, zakonnice które opiekowały się zarażonymi klerykami, zaczęły modlić się do świątobliwego bernardyna. Okazało się to skuteczne. Klerycy błyskawicznie powrócili do zdrowia.

Woda ze studzienki, którą wykopał bernardyn na terenie klasztoru (dziś przy murze krakowskiego kościoła bernardynów na Stradomiu), miała własności uzdrawiające, likwidowała ślepotę i choroby oczu. Jak zapewniała biografia Szymona z Lipnicy, kazali ją sobie przynosić nawet Żydzi z Kazimierza.

Dziwne rzeczy działy się w Lipnicy w miejscu, gdzie stał dom rodzinny bernardyna. Widziano tam „jakieś światła”. Magnat Stanisław Lubomirski postanowił w tym miejscu wystawić kaplicę. Miał ku tego osobisty powód: Szymon z Lipnicy ukazał mu się przed wygraną bitwą.

Świątobliwy i cuda czyniący bernardyn został pochowany w kościele bernardynów na Stradomiu. Przechowywany jest tam jego płaszcz, który był „skuteczną tarczą przeciw różnym niebezpieczeństwo i chorobom,czego osobliwie doznają bolejące przy rodzeniu kobiety i opętani od szatana”, jak zapewniał ks. Jaroszewicz. A niezależnie od tego za wstawiennictwem Szymona z Lipnicy odnotowywano liczne uzdrowienia m. in. ze ślepoty i głuchoty, a zdarzały się wypadki, gdy zmarli odzyskiwali życie. Beatyfikacja Szymona z Lipnicy nastąpiła w 1685 roku, ale na kanonizację musiał poczekać do 2007 roku.

Święty z Kazimierza

Krakowski Kazimierz, niegdyś odrębne miasto, jest dziś najczęściej identyfikowany z dziejami zamieszkującej go do Holokaustu społeczności żydowskiej. Świadectwem ich wielowiekowej obecności jest kilka synagog. Wznosi się tam także kościół Bożego Ciała, z którym związany był Stanisław Kazimierczyk, a właściwie Stanisław Sołtys, syn rajcy kazimierskiego. Ten zakonnik, kanonik regularny laterański, był znakomitym kaznodzieją i według hagiografów kierował katedrą teologii Akademii Krakowskiej. W życiorysie Kazimierczyka odnotowano także, iż w dzień jego patrona ukazała mu się Matka Boska oraz święty biskup Stanisław. Kazimierczyk usłyszał od Matki Boskiej, że cokolwiek czyni, ma czynić dobrze, a nie minie go zapłata w niebie. Naturalnie, „odtąd zaś jeszcze do większych cnót się wspinał”, jak zapewniał ks. Jaroszewicz. Należała do nich cnota pokory. Ten wykształcony zakonnik-teolog posługiwał chorym, mył nogi swoim współbraciom i gościom zakonu, prał habity, opiekował się chorymi.


Do końca XVII wieku odnotowano 294 cudów za jego przyczyną, głównie uzdrowień. Zaczęło się od uzdrowienia Reginy Czarnej, żony rajcy kazimierskiego wkrótce po śmierci Kazimierczyka. Ukazał się jej i powiedział jej, być może ze zniecierpliwieniem: „Pókiż tu będziesz leżeć niewiasto. Wstań a idź do grobu mego, tam od twej niemocy uzdrowiona będziesz”. Tak też się stało.

Oczywiście, musiał znaleźć się niedowiarek, Stanisław Kaszych, rajca kazimierski. Doznał masywnego, niekończącego się ślinotoku. Nie miał wyjścia jak tylko ukorzyć się i udać do grobu świętego w kościele Bożego Ciała, by pozbyć się dolegliwości.

Kazimierczyk dość wstrzemięźliwie reagował na modlitwy – dokonywał się za jego wstawiennictwem jeden cud rocznie – zważywszy, że proszących o łaskę uzdrowienia było bardzo wielu. Jednak ta skąpość łask za przyczyną Kazimierczyka, uwiarygodnia zaistnienie cudownych uzdrowień, które nie dzieją się przecież na życzenie i nie każda prośba jest uwzględniana. Trudno też przyjąć, że wszystkie 294 przypadki uzdrowień były spowodowane przyczynami naturalnymi.

Cudownym zjawiskiem było też to, że gdy w 1635 roku w 140 lat po „podniesieniu relikwii” Stanisława Kazimierczyka otwarto jego trumnę, znaleziono obok kości, gałązki rozmarynu, które wyglądały jak świeżo zerwane. Gdy zaś obmyto kości Kazimierczyka w winie kościół napełnił się „dziwnie wdzięczną wonią”. Stanisław Kazimierczyk został beatyfikowany w 1993 roku i bardzo szybko kanonizowany – w 2010 roku.

Z kniaziowskiego rodu

Michał Giedroyć pochodził z Wielkiego Księstwa Litewskiego, z kniaziowskiego (książęcego rodu), jednak chyba niezbyt liczącego się. W przeciwnym razie Giedroyć doszedłby do wysokich stanowisk kościelnych, a tak się jednak nie stało. Chyba, że nie zrobił kariery z innej przyczyny.

Ks. Jaroszewicz pisał otwarcie o Giedroyciu, że „wzrostu był małego i nauki miał też bardzo mało”. Najpewniej z tego powodu i z racji kompleksów, jakie miał Michał na punkcie swego niewielkiego wzrostu i dlatego, że kulał (jedną nogę miał krótszą), rodzice stwierdzili, że nie nadaje się „do świata” i skierowali go do zakonu. Co prawda, Jaroszewicz sam sobie przeczył, bo pisał także, iż Giedroyć, chodził na wykłady do Akademii Krakowskiej i został bakałarzem. Z drugiej jednak strony Michał Giedroyć miał tylko śluby zakonne, nie był kapłanem. Albo wynikało to z braku predyspozycji, albo z pokory.

Był zwykłym członkiem zakonu Kanoników Regularnych od Pokuty. Mieszkał przy kościele św. Marka w Krakowie, pełniąc funkcję zakrystiana. „Mądrość Giedroycia był tą mądrością krzyża, którą świat nazywa szaleństwem, bo mądrość świata każe świat kochać – mądrość krzyża każe światem gardzić” - pisał ksiądz Karol Bołoz-Antoniewicz w „Grobach świętych polskich”.

Gardził więc Giedroyć dobrym jedzeniem, gotował „podłe potrawki”, zadowalał się często chlebem z solą, zaś oleju i masła używał tylko podczas choroby. Często widziano go ze śladami pobicia. Raczej wątpliwe jest, by zakonnik padał notorycznie ofiarą przemocy ze strony ludzi. To złe duchy, diabły, które dręczyły Giedroycia, jak to się zdarzało wielu przyszłym kandydatom na ołtarze. „Rózgami go diabeł usiekł, tak że je o jego ciało potrzaskał, a na grzbiecie pozostawił pręgi krwią zawrzałe widać było” - opisywał ks. Florian Jaroszewicz. Diabły ciągały go też i rzucały po kościele.

Był w świątyni cudowny krucyfiks „który rozmawiał z bratem Michałem”, jak informował ks. Piotr Jacek Pruszcz w „Kleynotach stołecznego miasta Krakowa, albo kościołach”... Wierni przychodzili do ascety-zakonnika, gdyż uzdrawiał znakiem krzyża i miał dar jasnowidzenia. Uzdrowienia były szczególnie liczne za wstawiennictwem Giedroycia już po jego śmierci. Ale też potrafił wyjednać przywrócenie życia umarłym. W kronice cudów zapisano, że tak stało się z dwoma topielcami, a jeden z nich spędził dzień pod wodą, i z martwo urodzonym dzieckiem. Kult Giedroycia trwał przez wieki i na tej podstawie został w 2018 roku beatyfikowany.

Jasnością otoczony

Augustianin Izajasz Boner, z krakowskiej rodziny, miał solidne wykształcenie, gdyż odbył studia nie tylko na Akademii Krakowskiej, ale też ukończył zakonne studia teologiczne w Padwie. Został profesorem krakowskiej uczelni i autorem czterech ksiąg teologicznych. Bardziej jednak ceniono Bonera jako nauczyciela pobożności, niż teologii. Podczas kazań nie nadużywał więc swej erudycji, oddziaływał natomiast na emocje wiernych i „rozczulał do łez”. Widziano, że gdy się modlił był „niezwykła jasnością otoczony”, jak pisał Bołoz-Antoniewicz. Praktykował ostrą ascezę: chodził boso po mrozie, a od zimna i kamieni nogi miał pokrwawione, używał też włosiennicy.

W kościele św. Katarzyny należącym do Augustianów modlił się szczególnie przez wymalowanym z własnej inicjatywy na murze wizerunkiem Matki Boskiej Pocieszenia Strapionych. Hagiografia Bonera mówi, że gdy stał przed tym obrazem, wkrótce po jego powstaniu, a do kościoła wprowadzano trumnę zmarłego, zwrócił się do Madonny słowami „Mostra te esse matrem” (Pokaż, że jesteś matką), po czym dwa dni wcześniej zmarły „z podziwieniem wszystkich do życia się wrócił”. Tak Boner zapoczątkował historię wizerunku Matki Boskiej, „którego cudów gdyby rachować przyszło, pewnieby się prędzej nie jednemu przykrzyło zaczemby ich z komputował”, jak stwierdzał ks. Piotr Jacek Pruszcz.

Gdy Boner zmarł jego grób „otaczała jasność nadprzyrodzona”, a przybywali do niego chorzy z nadzieją na uleczenie, co też czasami się działo. Gdy przed grobem stanęły dwie kobiety „bawiące się nierządem”, jakaś wielka siła rzuciła je o ziemię i odepchnęła od miejsca, gdzie spoczywał Boner, tak, że o mało nie umarły od strachu. Nie wiadomo, czy porzuciły swoją profesję. Zresztą to wydarzenie wyglądało bardziej na chęć zademonstrowania niechęci Bonera do niemoralnego życia niż na zamiar nawrócenia prostytutek na drogę pobożnego życia.

Jednak ewidentna świątobliwość Bonera i cuda dokonywane za jego wstawiennictwem, nie spowodowała dotąd jego beatyfikacji. W 1997 roku Stolica Apostolska wydała dekret o ważności diecezjalnego procesu beatyfikacyjnego, odtąd więc przysługuje mu tytuł Sługi Bożego.

Milczenie jest złotem

Jeśli ktoś zazwyczaj milczy, jak ksiądz Świętosław, a w dodatku nie pozostawia po sobie pisanych dzieł, niewiele można o nim powiedzieć. A jest to przypadek Świętosława Milczącego Co prawda, nie odmawiał sobie rozmowy „o rzeczach niebieskich” z pozostałą piątką świątobliwych kapłanów i zakonników. A także z grzesznikami, podczas spowiedzi, a miał sławę dobrego spowiednika.

Pochodził z ubogiej rodziny, najpewniej ze Sławkowa koło Olkusza, choć inne źródło mówi, że z Czech. Początkowo był szewcem. Pewnego dnia zauważył dziwny orszak z biskupem na czele idący w jego stronę. Starzec z siwą brodą z orszaku, poinformował go, że biskupem jest św. Stanisław i nakazał, żeby poszedł do Krakowa i powiedział o swoim widzeniu dominikaninowi o. Wincentemu. Co też Świętosław zrobił, ale zarazem wszedł na ścieżkę duchowną i został księdzem- mansjonarzem przy kościele Mariackim.

Modlił się tam przed cudownym krucyfiksem. Pewnego razu Jezus zapytał: „Świętosławie, czemu głucho jest w kościele”. Ksiądz zaczął więc śpiewać psalmy, a potem z jego inicjatywy dwaj rajcy miejscy ufundowali posady dla psałterzystów. Inna wersja mówi, że Chrystus odezwał się do Świętosława, gdyż psałterzysta zapomniał o śpiewaniu psalmów.

Najpewniej Świętosław nie miał wyższych studiów – nie odnotowany został w spisie studentów Akademii Krakowskiej, ale według biografów miał pokaźną bibliotekę, z której książki pożyczał, a nawet rozdawał i przekazywał klasztorom, według drugich założył wypożyczalnię książek.

Jest szansa, że małomówny ksiądz z kościoła Mariackiego trafi na ołtarze, gdyż w 1998 roku rozpoczął się jego proces kanonizacyjny.

Czytaj także

 10
  • Munio IP
    Ten co to napisał grzeszy i to bardzo.Wskrzeszac zmarłych może tylko Bóg.
    Dodaj odpowiedź 3 2
      Odpowiedzi: 0
    • czloaz IP
      "W dawnych wiekach cuda zdarzały się częściej niż teraz."
      Podejrzewam, że i dziś się zdarzają ale wtedy mniej było ślepych.
      Dodaj odpowiedź 5 1
        Odpowiedzi: 0
      • Bronka IP
        Ciekawe, czy lubili też "zabawy" z ministrantami? ☹️💩🐷
        Dodaj odpowiedź 7 12
          Odpowiedzi: 0
        • Azazel IP
          alez smalone bzdury… ciemnota polska ciagle wierzy w wymyslonego przez zydow pana Jezusa, ktory NIGDY nie istnial…...…..
          Dodaj odpowiedź 9 38
            Odpowiedzi: 1
          • Tabloid z dolnej półki "do rzeczy" IP
            Zabobony...
            Dodaj odpowiedź 10 31
              Odpowiedzi: 1

            Czytaj także