Imperialne zapędy Francji i dyktatorzy, którzy doprowadzili Afrykę na skraj przepaści
  • Anna SzczepańskaAutor:Anna Szczepańska

Imperialne zapędy Francji i dyktatorzy, którzy doprowadzili Afrykę na skraj przepaści

Dodano: 3
Obóz dla uchodźców, prowincja Kiwu, Demokratyczna Republika Konga (wówczas Zair)
Obóz dla uchodźców, prowincja Kiwu, Demokratyczna Republika Konga (wówczas Zair) / Źródło: Wikimedia Commons
Środkowa Afryka była niespokojna od lat. Apogeum terroru nastąpiło w roku 1994 w Rwandzie, kiedy miało miejsce ludobójstwo ludności Tutsi. To nie był jednak koniec cierpień milionów ludzi. Cały region wrzał. Wystarczyła niewielka iskra, aby wszystko zapłonęło.

Największy konflikt po II wojnie światowej rozegrał się w Afryce – o czym chyba wiele osób nie ma pojęcia. II wojna w Kongu, zwana też wielką wojną afrykańską rozgrywała się w latach 1998-2003, lecz poprzedziły ją niemal równie krwawe lata i liczne mniejsze konflikty. W ciągu kilku lat zginęło w Afryce około 6 mln osób, a kilka milionów – ile dokładnie, nikt nie wie – zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Skutki tamtego konfliktu odczuwane są do dzisiaj.

Hutu i Tutsi

Po 1994 roku sytuacja w centralnej Afryce była bardzo niestabilna. W Rwandzie dopiero co zakończyła się krwawa rozprawa Hutu z Tutsi, w wyniku której doszło do ludobójstwa – zginęło milion ludzi z grupy etnicznej Tutsi. Aby rozprawić się z reżimem Hutu, do kraju ruszyły oddziały Paula Kagame – przywódcy Rwandyjskiego Frontu Wyzwoleńczego, zbrojnego ramienia Tutsi, które formowało się na terytorium Ugandy. Po zwycięstwie wojsk Kagame nad rządami Hutu, z kraju uciekło 1,5 mln ludzi, współodpowiedzialnych czy uczestniczących w ludobójstwie, w obawie przed zemstą ze strony nowych władz – ci z kolei uciekli do Zairu (od 1997 roku Demokratyczna Republika Konga, DRK).

Wojna w Rwandzie przyczyniła się tym samym do migracji ogromnej ilości ludzi – najpierw Tutsi próbowali ratować się przed masowymi mordami, osiedlając się w Ugandzie, a później Hutu, bojąc się odwetu, uciekali do Zairu. Ponad 2 mln ludzi (!) żyło więc na obczyźnie, bojąc się wrócić do kraju. Przy granicy z Rwandą powstały ogromne slumsy, obozy dla uchodźców, do których szerokim strumieniem lała się pomoc humanitarna. Ludzie, mimo wielomilionowej pomocy nie odczuwali jednak poprawy swojego losu, gdyż pieniądze w „magiczny sposób” lądowały w kieszeniach tych, którzy mieli tymi środkami zarządzać, nie zaś u tych, którzy tych pieniędzy naprawdę potrzebowali. Kryzys był coraz bliżej, a napięcia rosły.

Ten, który pozostawia za sobą zgliszcza

Cały region był zresztą od dawna niespokojny. W Zairze (dzisiejsza DRK) rządził Mobutu Sese Seko, a właściwie Joseph-Désiré Mobutu. Sese Seko było przydomkiem pochodzącym z jego rdzennego języka ngbandi, który oznaczał: „Wszechpotężny wojownik, który nie zaznał porażki z powodu swej niezwykłej wytrzymałości i niezłomnej woli i który, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa, pozostawia za sobą zgliszcza” – tak właśnie kazał się tytułować.

Mobutu Sese Seko, przywódca Zairu

Początkowo ulubieniec Zachodu. To w końcu właśnie on w roku 1960 obalił znienawidzonego komunistę, Patrice’a Lumumbę, którego usunięcie ze urzędu prezydenta inspirowały Stany Zjednoczone, Francja i Belgia. Mobutu miał być ich człowiekiem, który zagwarantuje, że Kongo nie dostanie się w ręce komunistów - przekształcił je zaś w prywatny folwark. Był gorącym zwolennikiem (rozumianego po swojemu) afrykanizmu. W roku 1971 nakazał zmianę wszystkich nazw własnych w państwie – od nazwy kraju, którą zmienił z Konga na Zair, poprzez nazwy miejscowości (np. stolicę przemianowano z Leopoldville na Kinszasę), aż po… nazwiska. Ludzie mieli dwie doby, aby zmienić sobie nazwiska na afrykańskie. Sam przywódca nakazał się tytułować Sese Seko. Wkrótce wprowadził kult jednostki i ogłosił idee „mobutyzmu” – swojej własnej ideologii. Należało odrzucić wszystko, co europejskie i co przypomina o epoce kolonializmu.

Kongo było i jest krajem bardzo bogatym, a raczej: mogłoby być. Dysponuje wieloma cennymi kopalinami. Wydobywa się tam diamenty, złoto, srebro, miedź, nikiel, tantal, kobalt, uran i ropę naftową. Jest największym na świecie producentem kobaltu oraz posiada 30 procent światowych zasobów diamentów. Wszystko to wskazywałoby, że mieszkającym tam ludziom powinno się żyć jak w raju. Niestety. Przez lata sytuacja gospodarcza była katastrofalna. Mobutu prowadził grabieżczą politykę surowcową. Na wydobyciu zarabiała garstka najbliższych współpracowników przywódcy i on sam. Ludzie codziennie ryzykowali życie w kopalniach należących do kilku milionerów, a jednocześnie sami wciąż żyli w nędzy, gdyż otrzymywali bardzo skromne pensje.

W latach 90. w Zairze było wiele miejsc, gdzie samochód widywano częściej w okresie belgijskiej kolonizacji, aniżeli rządów Mobutu. Budowane w latach 40 i 50-tych drogi asfaltowe czy tory kolejowe zarastały lasem, aż w końcu trudno było je dostrzec w otaczającym buszu. Mobutu samodzielnie odciął swoich „poddanych” od takich luksusów jak samochody, asfalt, linie telefoniczne czy prąd elektryczny. Zrobił to nie tyle nawet z obrzydzenia do takich wynalazków, lecz po prostu dlatego, że nie uważał za potrzebne wydawać pieniędzy na utrzymanie takiej infrastruktury – kto by się przejmował jakimiś wieśniakami ze środka dżungli, którzy do najbliższego miasta mieli kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów? Na pewno nie Mobutu.

Do takiego Zairu wyruszyli w 1994 roku Hutu z Rwandy. Zairu, gdzie na porządku dziennym była przemoc, a sami Zairańczycy nie mieli, co jeść. Zairu, gdzie rządzili lokalni watażkowie, gdyż władza centralna znajdowała się w odległej o 2,2 tys. kilometrów stolicy.

Mobutu rządził Kongiem od 1960 roku. Były lata 90. i choć większość krajów świata – łącznie z USA, które kiedyś tak go ceniły – odcinały się od związków z szalonym przywódcą Zairu, był jeden kraj, który wciąż bardzo intensywnie go promował: Francja.

Francuskie interesy w Afryce

Francja, kraj posiadający niegdyś ogromną ilość kolonii i rządzący bez mała jedną trzecią Afryki wciąż nie mogła (i tak naprawdę dotąd nie może) pogodzić się z utratą dawnych posiadłości. Kongo, co prawda, nigdy francuskie nie było, lecz z racji używanego tam języka francuskiego, Paryż zaliczał potężne państwo w centrum Afryki, do swojej strefy językowej, a tym samym do swojej strefy wpływów. Podobnie jak Rwandę i Burundi – to także były kiedyś kolonie Belgii, gdzie mówiono po francusku.

W przypadku Rwandy Paryż zaczął mieć jednak problem – Paul Kagame, nowy prezydent wywodzący się z Tutsi, choć nie usunął francuskiego z przestrzeni publicznej, to coraz bardziej zaczął lansować powszechne używanie języka angielskiego. Poza tym był ulubieńcem Stanów Zjednoczonych i powszechnie uważany za tego, który zakończył rwandyjskie ludobójstwo. Niestety – dla Paryża – zaczął wymykać się ich wpływom. Hutu byli Francji zdecydowanie bardziej posłuszni i to za nimi, niedawnymi ludobójcami przecież, po cichu wzdychano we Francji. W listopadzie 1994 roku podczas szczytu francusko-afrykańskiego w Biarritz (Francja) prezydent Jacques Chirac uczcił minutą ciszy nieżyjącego rwandyjskiego, należącego do Hutu, prezydenta, Juvénala Habyarimanę (prowadził on bardzo ostrą rasistowską politykę wymierzoną w Tutsi). Ani słowem francuski prezydent nie zająknął się natomiast na temat ofiar ludobójstwa i ponad milionie zabitych Tutsi.

Paul Kagame, prezydent Rwandy

Francuzi chcieli, aby wiodącą postacią w środkowej Afryce stał się popierany przez nich Mobutu – był przywódcą potężnego kraju, stało za nim wojsko i wielkie pieniądze. Stanowił on konkurencję dla popieranego przez Stany Zjednoczone, Yoweri Museviniego, prezydenta Ugandy, który wyrastał wówczas na głównego rozgrywającego w regionie (swoją drogą, Museveni rządzi Ugandą od 1986 roku do teraz i na razie nic nie zapowiada zmian).

Francuzi bardzo chcieli odzyskać znaczenie i wpływy w środkowej Afryce. Kiedy w 1994 roku Stany Zjednoczone zaproponowały organizację konferencji w sprawie Rwandy na terytorium Tanzanii (anglojęzycznej), to Francuzi i Mobutu odrzucili ten pomysł.

Hutuland

Tymczasem w Zairze, w prowincji Kiwu, przy granicy z Rwandą uciekinierzy Hutu, bojący się odwetu ze strony Tutsi, utworzyli własnej quasi-państewko, które historyk Martin Meredith określił kiedyś roboczo jako „Hutuland”. Hojnie dotowane przez samego Mobutu oraz liczne organizacje międzynarodowe. I tu ciekawostka – przeważająca większość organizacji międzynarodowych, które wysyłały pomoc biednym, dopiero co zabijanych Rwandyjczykom, lądowała nie w samej Rwandzie i u ludzi, którym wymordowano całe rodziny i spalono domy, ale właśnie w ogromnym obozie dla uchodźców w Zairze. Dbał o to bardzo skrupulatnie również sam Mobutu, który miał być pośrednikiem w przekazywaniu środków pomocowych. Nie wysyłał ich przecież do Kigali i znienawidzonego Paula Kagame. Część pieniędzy zostawił sobie, za inną część kupił trochę broni własnemu wojsku, a resztę wysłał komendantom Hutu zarządzającym obozem w Kiwu. Biznes kręcił się przez dłuższy czas, a zachodnie agencje pomocowe miały czyste sumienie i mogły pochwalić się, że COŚ robią, pomagając głodującej i umęczonej Rwandzie.

Jednocześnie sami Hutu z Kiwu rośli w siłę. Obóz był zarządzany przez wojskowych, którzy regularnie zakupywali broń i rekrutowali nowych członków do swoich oddziałów. W latach 1995-1996 było to już około 50 tysięcy regularnego wojska. Atakowali oni sporadycznie, choć regularnie terytorium Rwandy, a także mordowali Tutsi zamieszkałych w Zairze.

Ataki na Tutsi nasilały się. W końcu do Hutu dołączyły także siły zairskie. Ludzi mordowano tylko dlatego, że należeli do takiej, a nie innej grupy etnicznej. Tutsi stali się wrogiem numer jeden także w całym wschodnim Zairze. Choć mało który spośród zairskich Tutsi mieszkał kiedykolwiek w Rwandzie, to wszyscy oni stwierdzili, że o pomoc i ratunek mogą zwrócić się tylko do Paula Kagame, prezydenta Rwandy.

Kobiety Tutsi podczas spotkania ofiar przemocy seksualnej

W lipcu 1996 roku Kagame przebywał z wizytą w Waszyngtonie. Poinformował wtedy wprost prezydenta Billa Clintona, że jeżeli społeczność międzynarodowa nie zareaguje na ludobójcze ataki na Tutsi w Zairze i Rwandzie, to on sam rozprawi się z wrogiem. Stanowisko Kigali poparł także Museveni z Ugandy. Waszyngton nie zaakceptował takiego rozwiązania, ale też się mu nie sprzeciwił. Kagame zaczął szykować się do wojny.

Wojna afrykańska

Wystarczy spojrzeć na mapę, aby dostrzec dysproporcje: maleńka Rwanda postanowiła rzucić wyzwanie ogromnemu Zairowi. Starcie Dawida z Goliatem. Jednak tak jak w przypadku biblijnej opowieści, tak w trakcie II wojny w Kongu, zwanej też wielką wojną afrykańską, to nie wielkość zdecydowała o zwycięstwie.

Kagame nie ukrywał, że jego celem jest nie tylko rozprawienie się z ludobójczymi bojówkami i rozbicie ich, ale także zmiana sytuacji w Zairze i obalenie Mobutu. Wsparcia od razu udzieliła Uganda i RPA, dla których Mobutu był już tylko reliktem przeszłości, którego należało się pozbyć. Wkrótce dołączyła też Angola, która miała z Mobutu „osobiste” porachunki z czasów własnej wojny o niepodległość.

To samo zamierzenie chcieli zrealizować także zairscy przeciwnicy Mobutu. Na ich czele stał Laurent-Désiré Kabila, który w listopadzie 1996 roku ogłosił, że idzie na Kinszasę. W Zairze rozpętała się wojna domowa – wojska rządowe co rusz ścierały się z oddziałami Kabili. W tym czasie Mobutu, chorujący na raka, przebywał na leczeniu w Europie i coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością. Jednak nawet wówczas Francja nie zamierzała rezygnować z popierania jego reżimu. Prezydent Chirac oficjalnie mówił, że Francja będzie interweniować w obronie rządów Mobutu. Zrobiła to – wysyłając na wojnę w Kongo opłaconych przez siebie 300 Serbów, którzy dopiero co brali udział w wojnie w Jugosławii.

Dla Mobutu wojna od początku była właściwie przegrana. Na nic zdała się pomoc Francji. Wojska rządowe były skorumpowane i coraz słabsze, a armia Kabili zdeterminowana i wspierana przez rwandyjskie oddziały Paula Kagame. Po ośmiu miesiącach walk Kabila zdobył Kinszasę, stolicę. Mobutu nie był bezpieczny w żadnym miejscu Konga, wsiadł zatem w samolot z najbliższą rodziną i uciekł do Maroka. 17 maja 1997 roku Laurent Kabila został prezydentem Zairu, którego nazwę zmienił na Demokratyczna Republika Konga.

Początkowo uważano go za zbawcę całego regionu i powiew świeżości w skostniałym starymi układami Kongu. Okazał się jednak kolejnym tyranem, postacią bez osobowości, a do tego bez zaplecza politycznego i partii. Jego posunięcia były, de facto, kontrolowane przez Rwandę. To Paul Kagame rozdawał karty, podczas gdy Kabila skupił się na utrzymaniu poprzez terror i prześladowania trzęsącego się wciąż w posadach kraju. Ten układ nie trwał jednak długo – Kongijczycy zaczęli buntować się przeciwko wszechobecnym wpływom Rwandyjczyków. Kabila zaczął więc tę samą grę, co nie tak dawno Mobutu – uderzył w Tutsi. Ataki na nich rozpoczęły się na nowo, całe wschodnie DRK ponownie się zapaliło.

Był to początek kolejnego, czy raczej kontynuacja poprzedniego, konfliktu, w którym udział wzięło łącznie 8 państw i liczne bojówki. W literaturze zapisała się jako II wojna w Kongu lub wielka wojna.

Trwała do roku 2003, a w jej wyniku śmierć poniosło 5,5 miliona ludzi, a kilka milionów odniosło rany, straciło domy i musiało opuścić swoje miejsce zamieszkania. Był to największy konflikt od czasu zakończenia II wojny światowej.

Czytaj też:
Milion zamordowanych w 100 dni. Największy wyrzut sumienia ONZ

Źródło: DoRzeczy.pl
 3
Czytaj także