Kornel Makuszyński. Bogacz i antyfeminista
  • Sławomir KoperAutor:Sławomir Koper

Kornel Makuszyński. Bogacz i antyfeminista

Dodano: 3
Karykatura Makuszyńskiego autorstwa Kazimierza Sichulskiego
Karykatura Makuszyńskiego autorstwa Kazimierza Sichulskiego / Źródło: Wikimedia Commons
"Trudno sobie obecnie wyobrazić, jak ogromną popularnością cieszył się przed II wojną światową Kornel Makuszyński. Uchodził za prawdziwego króla Midasa polskiej literatury, gdyż niezależnie, jaką jej dziedziną się zajmował, osiągał ogromny sukces. (...) Uważano go za czołowego celebrytę epoki, a ukoronowaniem jego kariery było członkostwo w Polskiej Akademii Literatury."

.Poniższy fragment to jeden z rozdziałów książki Sławomira Kopra pt. „Tajemne życie autorów książek dla dzieci” wydanej przez wyd. Fronda.

Po wojnie komuniści skazali jego twórczość na zapomnienie, uznając, że nie odpowiada potrzebom „przodującego ustroju”, a sam pisarz zmarł w zapomnieniu. Jednakże koniec epoki stalinizmu przyniósł renesans popularności Makuszyńskiego, ponownie był wydawany w ogromnych nakładach, a na podstawie jego książek kręcono filmy i seriale telewizyjne. Gdyby jednak z perspektywy lat ocenić, które dzieła najlepiej zniosły próbę czasu, zapewne sam ich autor byłby zaskoczony.

Obecnie nazwisko Makuszyńskiego kojarzy się bowiem głównie z przygodami pewnego upartego kozła, który wytrwale wędrował do Pacanowa, by tam dać się podkuć. Matołek jest dzisiaj znacznie bardziej popularny niż inni bohaterowie Makuszyńskiego: małpka Fiki-Miki, Irenka Borowska, Jacek i Placek czy Ewa Tyszowska. Zawzięty cap tak wrósł w naszą świadomość, że trudno sobie wyobrazić, iż kiedyś zgłaszano pod jego adresem zastrzeżenia natury wychowawczej, a nawet politycznej. W czasach II Rzeczypospolitej zdarzali się bowiem krytycy uważający, że przygody kozła mogą podobać się tylko prawdziwym matołkom, natomiast cenzorzy epoki PRL-u uznali go za wroga socjalizmu.

Antyfeminista Makuszyński

Autor Przygód Koziołka Matołka to jedna z najbarwniejszych postaci II Rzeczypospolitej. Był również bohaterem tak wielu anegdot, że obecnie trudno odróżnić prawdę od legendy, ale trzeba przyznać, że uczciwie zapracował na krążące o nim opinie. Chociaż bowiem był pracoholikiem, który wydawał co najmniej jedną książkę rocznie i stale publikował w prasie, to nie zwykł sobie odmawiać przyjemności życia. Czasami wygłaszał też dość kontrowersyjne poglądy, co jeszcze bardziej wzmagało zainteresowanie jego osobą.

Jednym z najbardziej prowokacyjnych tematów był stosunek pisarza do kobiet. Chociaż żenił się dwukrotnie i zawsze zwracał dużą uwagę na płeć piękną, to jednak już w pierwszych swoich publikacjach dał się poznać jako zajadły antyfeminista. Inna sprawa, że pod adresem kobiet wysunął zarzuty wyjątkowego kalibru.

W 1909 roku pojawił się w sprzedaży jego zbiór opowiadań Rzeczy wesołe, w skład którego weszła nowela „Rajska opowieść”. Tematem utworu była największa „fuszerka” Pana Boga, czyli stworzenie kobiety, która miała się okazać od początku do końca nieudanym produktem.

Ewa była bowiem osobą „niekształtną, niezgrabną i do niczego niepodobną”, z czego od razu zdali sobie sprawę mieszkańcy raju, a sam Pan Bóg również nie był specjalnie zachwycony. Tłumaczył jednak Aniołowi, że jego zamierzeniem było stworzenie istoty, która wprawdzie nie miała zbyt wiele myśleć, ale za to powinna „miłować męża swojego po wszystek dzień twojego żywota”. I chociaż przyznawał, że „ten interes” trochę się „nie udał”, ale „z czasem to się samo miało naprawić”.

Praktyka okazała się jednak inna i Adam był przerażony, gdy przedstawiono mu jego połowicę. Tym bardziej że na powitanie Ewa boleśnie ugryzła go w łydkę, ale na szczęście uderzona mocno prętem z wikliny „padła do zabłoconych nóg Adama” i „całowała je”. Szybko też zdobyła jego serce, szczególnie gdy zaczęła się stroić w pióra pawi i papug, które małżonek posłusznie jej przynosił. Najwyraźniej jednak nudziła się w raju, bowiem zainteresowała się „starym i łysym szympansem”, gdyż Adam okazał się osobnikiem „poczciwym i głupim”. Szybko też zdradziła męża ze starą małpą, czego nie przewidział nawet sam Stwórca, który przezornie zadbał o brak konkurencji dla Adama w raju.

„Zmęczony już byłem bardzo – tłumaczył Pan Bóg swojemu podopiecznemu – kiedym ją stwarzał, na dobre to nie wyszło. Sfuszerowałem ten interes, Adamie, przebacz mi, to moja wina”.

Opowiadanie ukazało się rok po ślubie Makuszyńskiego, który z wielkiej miłości ożenił się z urodziwą Emilią Bażeńską. Sądząc jednak z opinii współczesnych, raczej nie delektował się małżeńską stabilizacją, gdyż partnerka uchodziła za osobę wyjątkowo rozrywkową. Ponoć najbardziej interesowały ją życie towarzyskie i zachwyty innych mężczyzn nad jej urodą.

„Nie zaznał jednak młody żonkoś słodyczy tzw. ogniska domowego – wspominał kolega Makuszyńskiego z gimnazjum, krytyk Stanisław Wasylewski – bo pani Ema, nawdychawszy się powietrza młodopolskiego, postanowiła się wyżywać w żywiole restauracyjno-kawiarnianym. Nie zdarzyło się, by w domu wieczór spędzili. Pani Ema, poza tym bez zarzutu, musiała bez ustanku knajpować i gazować”.

Nie zachowały się jednak informacje o zdradach Emilii, być może zatem Makuszyński czerpał inspirację ze swojego życia przedmałżeńskiego lub z obserwacji związków znajomych. Tym bardziej że w wydanych trzy lata później „Awanturach arabskich” głosił, iż tylko martwa i zabalsamowana kobieta może być wierna. Temat kontynuował w publikowanych w późniejszym okresie felietonach prasowych, a głoszone przez niego poglądy można uznać za skrajnie seksistowskie. Dlatego warto przytoczyć dla przykładu kilka „złotych myśli” autora:

„Kobieta jest jak kaczka – za dużo dla jednego, za mało dla dwóch. (…)

Jeśli na twoje pytanie kobieta odpowiada – nie wierz jej, jeśli jednak milczy – nie wierz jej tym bardziej.

Jeśli kobieta cię zdradzi, zawsze mieć będzie żal do ciebie, że z twego powodu nie mogła uczynić tego wcześniej. (…)

Nie mów kobiecie »Bóg tak chce!« – bo powie, że jej zupełnie nie bierzesz pod uwagę.

Porównanie kobiety do diabła jest niemądre i niesmaczne. Cóż komu zawinił biedny diabeł?

Subtelność kobieca jest tak cudowna, że kobieta żałuje cię już kilka dni przedtem, zanim cię zdradzi”.

Dobrym przykładem antyfeminizmu Makuszyńskiego jest opowiadanie „Dziewięć kochanek kawalera Dorna”. Wprawdzie tytułowy bohater „nigdy nie miał żony”, ale „już samo dążenie” do ślubu okazało się niebezpieczne dla jego zdrowia umysłowego. Przyjaciele usiłowali przemówić mu do rozsądku, tłumacząc, że „małżeństwo może być zaliczone do największych klęsk świata”, ale najwyraźniej Dorn „był kulawy na umyśle”, gdyż pozostał głuchy na ich argumenty.

Pocztówka z Zakopanego, 1916 r.

Inna sprawa, że jego dobór obiektów uwielbienia faktycznie mógł wprowadzić w osłupienie. Kogo tam nie było! Łysa elegantka używająca peruki, przebrany za kobietę mężczyzna, dziewczyna ze sztucznym nosem i okiem, lunatyczka, katatoniczka, hrabina-kleptomanka, samobójczyni połykająca gwoździe oraz panna z dwoma żołądkami i sercem po prawej stronie. Gdy po licznych niepowodzeniach załamany Dorn powrócił wreszcie do kraju, spotkał dawną znajomą, w której zakochał się nieprzytomnie. Wydała mu się uosobieniem wszelkich cnót i kobietą, której zawsze szukał. Przyjaciel wyprowadził go jednak z błędu.

Okazało się, że dziewczyna nie tylko ma nieślubne dziecko „z Murzynem z jazz-bandu”, ale również była oskarżona o otrucie ciotki. Nic zatem dziwnego, że Dorn ostatecznie trafił do zakładu dla obłąkanych, gdzie wreszcie odseparowano go od kobiet. Na ich widok stawał się bowiem agresywny, gdyż zrozumiał, że stanowią podstawowy problem rodzaju ludzkiego.

W treści opowiadania Makuszyński zawarł wiele intrygujących uwag na temat płci pięknej. Zauważył, że „kobiety tłuste mają przedziwnie dobre serce”, natomiast znalezienie kochanki „nie jest specjalnie trudne, dlatego że co druga kobieta skłonna jest do rezygnacji i poświęcenia. Gdyby ten zapał przenieść na podniesienie gospodarstwa domowego, zadziwić by można cały świat”. Przyznał jednak, że „choć w Polsce wszystko jest źle zbudowane, to Polki zbudowane są wybornie”.

Pierwsza żona Makuszyńskiego zmarła na gruźlicę w 1926 roku, a kilkanaście miesięcy później pisarz poślubił śpiewaczkę, Janinę Gluzińską. Nowa partnerka była zupełnie innym typem kobiety niż poprzedniczka i zdecydowanie ukróciła alkoholową aktywność pisarza. Zapewne też pod jej wpływem Makuszyński nieco złagodził swoje antyfeministyczne stanowisko, koncentrując się na piętnowaniu nowych trendów wśród płci pięknej.

Recenzując komedię węgierskiego autora Béli Szenesa Nie ożenię się, wystawioną w warszawskim Teatrze Letnim, skupił uwagę na jednej z bohaterek. Była to „nowoczesna panna”, która najwyraźniej zapomniała, jak powinna postępować prawdziwa kobieta. Dziwnym trafem przypominała jego zmarłą żonę.

„Siedziała na dekolcie – wyjaśniał Makuszyński – goliła koniak i smoliła papierosy. Pozbyła się kobiecości, nie chciała mieć dzieci, tylko linię! Pokazywała wszystkim to, co tylko mama widziała, kiedy ją kąpała, i z miłości uczyniła igraszkę, a z życia dancing”.

Makuszyński miał wówczas 44 lata i wycofywał się na pozycję moralisty. Zrozumiał, że sprawy zaszły tak daleko, iż nie uda się już zmienić młodych kobiet, które „golą wódę i włosy na karku”. Być może chyba że to kaczka dziwaczka... wpływ na to miały jego własne obserwacje z Zakopanego, gdzie spędzał coraz więcej czasu. Miasto pod Giewontem uchodziło bowiem wówczas za najbardziej rozerotyzowane miejsce w kraju. I faktycznie było w tym dużo prawdy...

Sławomir Koper, Tajemne życie autorów książek dla dzieci, wyd. Fronda

Atmosfera Zakopanego tak bowiem przesiąkła seksualnością, że przez długie lata nie funkcjonowała tam zawodowa prostytucja. Płatna miłość pojawiła się dopiero w połowie lat 30. wraz z napływem „mas robotniczych” spragnionych wypoczynku i relaksu. Natomiast wcześniej z nadmiarem potrzeb seksualnych radzono sobie w inny sposób.

„Przedtem nikt by nawet nie spojrzał w stronę (…) ladacznic, mając taki wybór pań po zakopiańskich pensjonatach i hotelach – zauważał malarz, Rafał Malczewski. – Nie w ciemię bita śmietanka polskiej urody zjawiała się pod Giewontem, jakaś niezła odrobina swojskiego chowu dołączała do tego bukietu piękności, sprytu i dzielności. Nikomu nie przyszło do głowy dopytywać się o zawodowe siły, skoro setki – ba, tysiące (zależało od sezonu) dam umiało dać poznać: it is my hobby”.

Seksualnej gorączce pod Giewontem ulegali także przybywający tam artyści. Emocjonowano się próbami uwiedzenia Karola Szymanowskiego przez Zofię Nałkowską, a potem jej rywalizacją z wdową po Janie Kasprowiczu o względy Michała Choromańskiego (panie były starsze od pisarza odpowiednio o 18 i 12 lat). Pasjonowano się ucieczką żony pianisty Egona Petriego, burzliwym związkiem Augusta Zamoyskiego z tancerką Ritą Sacchetto (zazdrosny rzeźbiarz postrzelił ją nawet w nogę na jakimś dansingu). Komentowano kolejne podboje Karola Stryjeńskiego i obserwowano przedziwne perypetie małżeństwa Witkiewiczów. Wszyscy doskonale też wiedzieli o nowych flamach Wojciecha Kossaka, romansach jego córek czy powodach, dla których pod Giewont przyjeżdżała Irena Krzywicka z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim.

Makuszyński wykazywał jednak wiele wyrozumiałości dla artystów, natomiast niemiłosiernie kpił z kobiet, które przyjeżdżały w Tatry, by „upaść w kosodrzewinie” z nowym partnerem. Miejscowi górale także byli mile widziani, a seks na łonie natury miał ponoć swoje zalety. Chociaż bowiem kosodrzewina okazywała się „niewygodna i trochę kłuła, jednak była sprężysta i zawsze nieco oryginalna”.

Nic zatem dziwnego, że pisarz w jednym z wywiadów stwierdził, iż zajmie się pisaniem powieści dla dzieci. Po kolejnym pobycie w stolicy Tatr doszedł bowiem do wniosku, że niebawem nastąpi duży skok demograficzny. Zawsze był człowiekiem pragmatycznym.

Antyfeministyczne teksty Makuszyńskiego przysparzały mu popularności wśród obu płci. Mężczyźni widzieli w nich dowód swojej przewagi nad kobietami, natomiast panie uznawały, że pisarz tylko potwierdza ich przewrotność, co wiele czytelniczek uznawało za komplement. Natomiast wszelkie przejaskrawienia traktowano wyłącznie jako rodzaj licentia poetica autora.

Jednakże z upływem lat Makuszyński coraz bardziej łagodził swoje stanowisko. Nie był już zajadłym mizoginem jak w czasach przed I wojną światową. Zdarzyło się nawet, że wziął w obronę Ksantypę uważaną za symbol antycznej sekutnicy. Tłumaczył, że to właśnie Sokrates okazał się złym mężem, gdyż nie potrafił zarobić na utrzymanie domu, prowadząc w zamian jałowe dysputy filozoficzne.

Z kolei w ankiecie dla jednej z gazet Makuszyński przyznał, że nikt nie może zabronić kobiecie bycia równorzędnym partnerem dla mężczyzny. Popierał również regulację urodzin, pod warunkiem że decydować będą o tym wyłącznie kobiety, gdyż „ten, który cierpi, ma największe i bodaj, że jedyne prawo odpowiedzi”. Tak diametralna zmiana światopoglądu była zapewne wynikiem usilnej pracy drugiej żony pisarza…

Finanse pana Kornela

Makuszyński zawsze dbał o honoraria autorskie, wychodząc z założenia, że pisarz powinien czerpać zyski ze sprzedaży swoich utworów. Początkowo główne źródło jego dochodów stanowiła praca dziennikarska w lwowskim „Słowie Polskim”, gdzie był recenzentem teatralnym, a następnie sekretarzem redakcji.

Na rok przed wybuchem I wojny światowej objął stanowisko kierownika literackiego Teatru Miejskiego we Lwowie, a po odzyskaniu niepodległości przeprowadził się do Warszawy. Został wówczas zmobilizowany i służył w Referacie Literackim Armii Ochotniczej razem ze Stefanem Żeromskim i Bolesławem Leśmianem.

Cała trójka wspólnie redagowała prasę frontową i broszury patriotyczne, zaś Makuszyński pisał jeszcze pieśni żołnierskie. Zostały one wydane w dwóch zbiorach, a jedna z piosenek (Maki. Ej, dziewczyno) wykonywana jest do dzisiaj. Zyskała nawet uznanie wśród młodszego pokolenia, ale zawdzięcza to antysowieckiej przeróbce tekstu z lat 70., którą w ostatnich latach wzbogacił zespół Kult, włączając piosenkę do swojego repertuaru.

Po wojnie Makuszyński dołączył do zespołu „Rzeczpospolitej”, a następnie przeniósł się do „Warszawianki”, której endecki profil bardziej mu odpowiadał. Jednak publikował również w czasopismach o znacznie lżejszym charakterze. Należała do nich „Pani” wydawana przez Gustawa Zmigrydera, właściciela luksusowego salonu z damską odzieżą i bielizną przy ulicy Czystej 2 w Warszawie. Wydawca płacił swoim autorom tak wysokie honoraria, że złośliwi mawiali, iż tracił w ten sposób wszystkie zyski ze swojego salonu („Co z majtek wyjmuje, to w »Panią« pakuje”). Makuszyński cieszył się zresztą specjalnymi względami Zmigrydera, co potwierdza relacja rysownika, Jerzego Zaruby:

„Pamiętam, jak przyszedł kiedyś pikolak z modnej wówczas Astorii z listem od Makuszyńskiego. Gucio przeczytał, uśmiechnął się szczęśliwie, pogmerał w grubym portfelu i wkładając do koperty dość pokaźną sumkę, zaczął się chwalić: – Ach, ten Kornel. Patrzcie, co pisze: »Kochany Guciu, wykup mnie z Astorii, bo nie mam na zapłacenie rachunku. Będzie to nowe a conto. Całuję, Twój Kornel M.«”.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, "Autoportret wielokrotny w lustrach"

Dochody z publicystyki stanowiły podstawę bieżących finansów Makuszyńskiego, ale poważne pieniądze zarabiał dzięki honorariom literackim. Jego książki biły rekordy popularności i niektórzy twierdzili, że Kornel – jako jeden z nielicznych literatów – mógł popijać kotlety w Astorii trunkami bardziej szlachetnym od wody.

Oczywiście wzbudzało to zawiść kolegów po piórze, którzy przyznawali, że zazdroszczą mu sukcesów finansowych, ale niekoniecznie samych utworów. Zarzucano Makuszyńskiemu, iż w jego twórczości nie ma nic odkrywczego, a o powodzeniu decyduje wyłącznie schlebianie gustom czytelników. Do największych krytyków pisarza należał lwowski poeta, Jan Zahradnik, który w 1927 roku opublikował nawet broszurę Kornel Makuszyński we wklęsłym zwierciadle:

„Człowiek ów zarzucił półki księgarskie dziesiątkami tomów swoich książek; publiczność od razu półki te opróżniła i czekała nowego transportu. Człowiek ów wreszcie zapełniał setki felietonów w czasopismach; czasopisma te zaczęto kupować dla jego felietonów”.

Zahradnik wyrażał żal, że dzieła Żeromskiego, chociaż bez wątpienia wyższej próby, nigdy nie osiągną podobnych nakładów. Zarzucał także Makuszyńskiemu, że w rzeczywistości jest pisarzem wtórnym, który nigdy nie potrafił przełamać własnych ograniczeń. Najbardziej było to widoczne w poezji, gdy pozostawał wyłącznie epigonem Słowackiego i Staffa. Natomiast jego słynne poczucie humoru miało być wzorowane na powieściach Sienkiewicza i przekładach literackich Boya-Żeleńskiego.

Szczególną irytację autora pamfletu wzbudziło przyznanie Makuszyńskiemu Państwowej Nagrody Literackiej za 1926 rok. Sprawa faktycznie wywołała duże poruszenie w środowisku literackim, tym bardziej że nagrodzona „Pieśń o ojczyźnie” nie była utworem najwyższych lotów. Dodatkowy problem stanowił fakt, że poprzednim laureatem został Żeromski, a samą nagrodę przyznano dopiero po raz drugi. Poza tym Makuszyński zainkasował z tego tytułu 5 tysięcy złotych, podczas gdy urzędnik zarabiał wówczas około 200 złotych miesięcznie. Wszyscy też pamiętali, że rok wcześniej pisarz wydał „Bezgrzeszne lata”, które okazały się ogromnym sukcesem finansowym.

Makuszyński rzeczywiście był jednym z najlepiej zarabiających polskich autorów, ale w swojej twórczości lubił pozować na „chudego literata”. Zgodnie bowiem z polską tradycją pisarz nie powinien się chlubić zamożnością, którą zawdzięczał własnemu talentowi. Najlepiej, gdyby mieszkał na poddaszu, przymierał głodem i pluł krwią, dogorywając na suchoty.

„O sobie pisał zawsze – wspominał Antoni Słonimski – jako o poecie, który chodził bez butów. Dostał był w tym czasie w dożywociu pięćset złotych miesięcznie jako nagrodę miasta Poznania. Napisałem wtedy: »Nie będzie już Kornel biadał, że musi wronę złapać na święta, bo nie ma na indyka. Nie przeczytamy już nigdy, że Kornel zemdlał, gdy zobaczył stuzłotówkę. Z sercem w herbie, w butonierce i w brzuchu nie będzie się już musiał ukrywać z piciem szampana«”.

Przyjaźniąc się ze Słonimskim i Lechoniem, Makuszyński musiał stale zachowywać najwyższą czujność, gdyż skamandryci przejawiali wyjątkowo złośliwe poczucie humoru. Gdy zatem ogłosił, że organizuje składkowe (!) przyjęcie urodzinowe, postanowili ukarać go za skąpstwo. Wspólnie z Leonem Schillerem zakupili dla jubilata: 12 gipsowych popiersi Kościuszki, osiem desek do prasowania, 20 kilogramów buraków, cztery balie, furmankę koksu i dwa tysiące gilz do papierosów. Wszystko to wysłano na adres Makuszyńskiego. W efekcie goście w ogóle nie mogli przedostać się do mieszkania, a sam jubilat na dwa dni musiał się przenieść do hotelu. Nie miał jednak pretensji do dowcipnisiów. Jemu także nie brakowało poczucia humoru, a skamandrytów określał jako „kochanych wariatów”.

Ukoronowaniem pozycji zawodowej Makuszyńskiego było przyjęcie go w poczet członków Polskiej Akademii Literatury. To wybitnie ekskluzywne grono składało się z 15 pisarzy, a w jego szeregi można było wejść wyłącznie po śmierci jednego z poprzedników. Pan Kornel został dokooptowany do Akademii w 1937 roku, ale doszło do tego w nietypowy sposób: zajął bowiem miejsce Wincentego Rzymowskiego, który po oskarżeniu o plagiat musiał zrezygnować z członkostwa.

Przynależność do PAL przynosiła również określone profity finansowe. Miesięczny ryczałt wynosił 300 złotych (później zmniejszono go o 1/3), a za wyjazdowe spotkania płacono 250 złotych. Stanowiło to poważny zastrzyk gotówki dla każdego autora, zaś jedynym problemem był fakt, że na posiedzeniach faktycznie sprawdzano obecność. Natomiast Makuszyński coraz więcej czasu spędzał w Zakopanem, co automatycznie zmniejszało jego dochody. Zarabiał jednak tak wiele z innych źródeł, że nie zwracał na to specjalnej uwagi.

Czuł się człowiekiem spełnionym, chociaż starał się to ukrywać pod pozorami skromności. Czasami jednak, szczególnie po alkoholu, potrafił dać do zrozumienia, jak wysoko ceni własną osobę. Miał okazję przekonać się o tym plastyk, Zdzisław Czermański, który dostał zamówienie na portret Makuszyńskiego. Spotkał się z nim w jednym z zakopiańskich lokali, gdzie pisarz relaksował się w towarzystwie Leopolda Staffa, i zapytał o specjalne życzenia.

„Kornel z lekkim uśmiechem – wspominał Czermański – mającym pokryć – jak się za chwilę okazało – nieskromność zrobił okrągły ruch ręką naokoło swojej głowy.

Nie zrozumiałem. Kółko nad głową, on ma to na myśli? Chyba nie aureolę? A może chciałby mieć na portrecie łysinę przykrytą włosami? Nie, to niemożliwe! Z jego poczuciem śmieszności tego na pewno by sobie nie życzył. (…) Staff wskazał mi wzrokiem napełnione kieliszki i zarecytował:

– »Tu Laura, patrząc z chlubą na cień swej urody, lubiła włos rozplatać i zakwiecać skronie«.
Znałem ten wiersz, (…) a Staff trącając się ze mną, jeszcze dodał:
– »Niech mnie na zawsze ten wianek otoczy«.
Wypiłem i zrozumiałem. Idzie tu o wieniec. Uśmiechnąłem się do Makuszyńskiego.
– Wieniec z róż czy wieniec laurowy?
– Raczej laurowy – odpowiedział Kornel. – Rozumiesz, przy mojej czerwonej gębie róże by blado wypadły”.

Miał do tego prawo, gdyż w czasach, gdy przeciętny nakład książki wynosił około 3 tysięcy,„Bezgrzeszne lata”w kilkanaście miesięcy osiągnęły sprzedaż 30 tysięcy. Natomiast „Rzeczy wesołe” do 1927 roku doczekały się aż ośmiu wydań, a warto pamiętać, że zbiory piosenek żołnierskich wydrukowano w liczbie 200 tysięcy i nakład został wyczerpany. Zapewne jednak pisarz nie podejrzewał, że nieśmiertelną sławę zapewni mu komiks.

Inna sprawa, że Makuszyński faktycznie miał rację, gdy twierdził, że wieniec z różami nie będzie pasował do jego fizjonomii. Nie chodziło już nawet o cerę, lecz raczej o całość postury. Miał bowiem znaczną nadwagę i był kompletnie łysy, a przy tym na jego twarzy zawsze gościł jowialny uśmiech (mawiał przecież, że ma słońce w herbie). Wyglądał jak obrazkowy przykład zadowolonego z siebie człowieka sukcesu, zatem rzeczywiście wieniec laurowy znacznie bardziej odpowiadał jego osobowości

Narodziny słynnego kozła

Moda na historie obrazkowe pojawiła się w Polsce wraz z odzyskaniem niepodległości. Początkowo publikowano je wyłącznie w prasie i od razu zyskały ogromną popularność. Różniły się jednak nieco od dzisiejszych komiksów, gdyż tekst i dialogi umieszczano pod rysunkami, natomiast dymki były wynalazkiem amerykańskim, który w Europie pojawił się znacznie później.

Za pierwszy polski cykl komiksowy uważa się „Ogniem i mieczem”, czyli „Przygody szalonego Grzesia”. Prezentowano go na łamach lwowskiego pisma satyrycznego „Szczutek”, a jego autorami byli rysownik Kamil Mackiewicz i dawny kolega szkolny Makuszyńskiego, Stanisław Wasylewski. Cykl liczył ponad 30 odcinków i opowiadał o walkach tytułowego bohatera z Ukraińcami, Niemcami i bolszewikami.

Z czasem zaczęły się też pojawiać komiksy przeznaczone dla najmłodszych. Z reguły były to spolszczone wersje zachodnich publikacji takich jak „Pat i Patachon”, którzy nad Wisłą nazywali się „Wicek i Wacek”. Wciąż jednak brakowało rodzimej oryginalnej serii – lukę tę dostrzegli właściciele wydawnictwa Gebethner i Wolff.

„Kornel był w sanatorium w Otwocku (…) – wspominała Janina Makuszyńska. – I tam odwiedzili go pewnego dnia Walentynowicz z Gebethnerem, namawiając do napisania pierwszego w Polsce komiksu dla dzieci, a gdy mąż wydawał się niezbyt przekonany, przypomnieli mu o zalewie »dziecięcej szmiry«”.

Marian Walentynowicz był utalentowanym rysownikiem, który od lat współpracował ze stołecznymi czasopismami. Idealnie nadawał się na współautora komiksu, bowiem nawet najlepszy tekst niepoparty odpowiednimi ilustracjami nie odniósłby sukcesu.

Makuszyński ostatecznie zaaprobował pomysł, problemem był jednak wybór zwierzęcia, które miało się stać głównym bohaterem komiksu. Nie wiadomo, który z autorów zaproponował kozła, gdyż później często spierali się na ten temat. Podobnie rzecz się miała z jego imieniem, ale tu Makuszyński wspaniałomyślnie oddawał pierwszeństwo koledze, tłumacząc, że Walentynowicz był… spokrewniony z Matołkiem.

Wybór capa okazał się strzałem w dziesiątkę, podobnie jak motyw nieustającej podróży do Pacanowa, gdzie ponoć podkuwano kozy. Wprawdzie żaden z autorów nigdy nie był w tym miasteczku, ale w Otwocku poznali pewnego smutnego jegomościa, który żalił się, że nikt w sanatorium nigdy nie słyszał o jego rodzinnym Pacanowie. I teraz, dzięki komiksowi, miasto miało się stać sławne na całą Polskę.

Makuszyńskiemu projekt spodobał się tak bardzo, że pierwszą księgę napisał w niespełna tydzień. Więcej czasu na przygotowanie rysunków potrzebował Walentynowicz, ale na Boże Narodzenie 1932 roku 120 przygód Koziołka Matołka było już w sprzedaży. Tytuł nawiązywał do formy komiksu – książka zawierała bowiem 120 ilustracji, a pod każdą znajdowała się czterowierszowa rymowana zwrotka napisana ośmiozgłoskowcem.

Autorzy zakładali, że w przypadku powodzenia kolejny tom wydadzą na następną Gwiazdkę, ale sukces był tak ogromny, że wydawnictwo zmusiło ich do przyspieszenia prac. Drugi tom przygód Matołka ukazał się już na Wielkanoc, a przed Bożym Narodzeniem 1934 roku do rąk najmłodszych czytelników trafiły dwie dalsze części. W tym czasie drukowano też kolejne wydania poprzednich tomów.

Sukces wywołał zawiść środowiska literackiego, a na czoło krytyków wysunęła się redaktorka „Płomyczka”, poetka Wanda Borudzka. Ona także pisała książki dla najmłodszych i teraz osobiście zaatakowała autorów na łamach „Wiadomości Literackich”:

„Są to przygody nie tylko Matołka, ale przede wszystkim dla matołków. Dobrze wiemy, jak dzieci za tą książeczką szaleją, ale mimo wszystko jest to brukowiec w typowej postaci. Jeśli nie seksuologiczne mordy, włamania, kradzieże – to przynajmniej środka Ziemi, padanie na łeb do wody, obcinanie i porastanie bród, nade wszystko zaś dowcipy związane z funkcją siedzenia, pijaństwo, siadanie na jeżu. (...) Ruch jest w interesie: podróże na gwiezdnych ogonach, przenosiny z jednej części świata do drugiej, kraksy samochodowe i różne zawijasy tego koźlego głuptaka. Dowcip pomysłowy tylko miejscami przyprawia dzieci o ból brzucha ze spazmatycznego rechotu. Dzieci kochają swego Matołka, kochają również 10 ciastek za jednym zamachem, ale potem daje się im łyżkę oleju. (...) Równie kochają błaznów w cyrku czy głowy zanurzone w śmietanie w filmach”.

Nie wiadomo, w której zwrotce recenzentka znalazła ślady „seksuologicznych mordów”, ale najwyraźniej dopatrzyła się podtekstu, o którym autorzy nie mieli nawet pojęcia. Niezrozumiałe też wydają się wyrazy współczucia składane Walentynowiczowi, że „musiał wiernie naśladować małpie skoki tekstu”. W dodatku plastyk wprawił ją w irytację, ubierając kozła w czerwone majtki, co Borudzkiej kojarzyło się z kabaretami. Zakończyła swój tekst stwierdzeniem, że komiks w ogóle nie powinien powstać, a ona nie musiałaby go wówczas oceniać.

Książki autorstwa Borudzkiej nigdy nie zbliżyły się popularnością do dzieła Makuszyńskiego i Walentynowicza. Ostatnie ich wydania miały miejsce w latach 50., a dzisiaj nikomu nic już nie mówią takie tytuły jak: „Malowane domy”, „Parasolowy puszek” czy „Szóste kaczę”. Natomiast Matołek jest uznawany za pierwszą oryginalną postać polskiego komiksu i na stałe zagościł w powszechnej świadomości.

Borudzka w krytyce nie była odosobniona, chociaż Annie Kopczewskiej z czasopisma „Polonista” bardziej chodziło o estetykę rysunków Walentynowicza. Przy okazji dostało się jednak także Makuszyńskiemu:

„Biedny Koziołek Matołek zdumiewa urozmaiconą i świetnie przedstawioną grą fizjognomii, ale wszystko tu jest brzydkie! Trudno się też pogodzić z tekstem, który towarzyszy tej filmowo potraktowanej historyjce. Jest tu, jak to u Makuszyńskiego, dużo humoru, ale czy te niesamowite, a tak bardzo liczne przygody nie wytworzą jakiegoś chaosu w małych główkach?” (…)

Powyższy fragment to jeden z rozdziałów książki Sławomira Kopra pt. „Tajemne życie autorów książek dla dzieci” wydanej przez wyd. Fronda.

Czytaj też:
Henryk Sienkiewicz. Od zawsze "ku pokrzepieniu serc"
Czytaj też:
W świecie Tolkiena. „Władca Pierścieni” 20 lat temu wszedł do kin
Czytaj też:
Dante Alghieri. 700. rocznica śmierci. Geniusz wciąż aktualny, ale czy nadal rozumiany?

Źródło: DoRzeczy.pl / Wyd. Fronda
 3
Czytaj także