Dyktat „mediów społecznościowych”?

Dyktat „mediów społecznościowych”?

Dodano: 
Media społecznościowe. Zdjęcie ilustracyjne
Media społecznościowe. Zdjęcie ilustracyjne Źródło: Pixabay
Czym są zatem w rzeczywistości platformy takie jak Youtube czy Twitter? Czy są mediami, jak sugeruje zbiorcza nazwa „media społecznościowe” czy, jak chce tego ustawodawca amerykański, swoistymi tablicami ogłoszeń?

Poniższy tekst to fragment książki Pawła Zyzaka pt. „Amerykański sen, gwałtowne przebudzenie”, wyd. Fronda.

W 2020 r. Facebook, Twitter i należący do właścicieli Google’a holdingu Alphabet Inc., YouTube otwarły swoje siedziby w Turcji. W ostatnią sobotę, 11 grudnia 2021 r. Recep Tayyip Erdogan, posiadacz prywatnych kont na owych platformach, stwierdził: „Media społecznościowe, które gdy pojawiły się nazywane były symbolem wolności, stały się jednym z głównych źródeł zagrożenia dla dzisiejszej demokracji”. W styczniu 2021 r. po tym, jak konta ustępującego amerykańskiego prezydenta zostały tymczasowo zablokowane, przez świat zachodni przetoczyła się fala oburzenia. Niemal każdy amerykański komentator publicznie zabrał głos w sprawie, potępiając potentatów branży High Tech, bądź to za opieszałość w ich likwidacji, bądź to za zamach na podstawowe prawa obywatelskie. Obydwaj politycy tu i ówdzie oskarżani są tymczasem właśnie o zamach na demokrację. O co tutaj chodzi?

„Staramy się chronić naszych ludzi, zwłaszcza wrażliwe części naszego społeczeństwa, przed kłamstwami i dezinformacją bez naruszania prawa naszych obywateli do otrzymywania dokładnych i bezstronnych informacji” – stwierdził turecki prezydent.

Owe starania przypieczętowano w Turcji implementacją prawa, które wymusza na platformach medialnych posiadających więcej niż milion użytkowników, w tym wyżej wymienionych, otwarcie przedstawicielstwa w Turcji, ale również magazynowanie danych na jej terytorium. Nadto prawo uznaje proceder „dezinformacji” oraz rozprzestrzeniania „fake newsów” za przestępstwa kryminalne, zagrożone wyrokiem nawet 5 lat więzienia. Obok regulatora mediów tradycyjnych, czyli Najwyższej Rady Radia i Telewizji (RTÜK), powstać ma bliźniaczy regulator zajmujący się „mediami społecznościowymi” (MS).

Bać się czy cieszyć z takiej proaktywności władzy, jaką by ona nie była? Zacznijmy od początku.

Wpływowi użytkownicy

„Media społecznościowe” zrodziły się z potrzeby chwili (potrzeba jest przecież matką wynalazku). Współczesne giganty świata Internetu powstawały i dorastały w niszy. Mają podobnych ojców. Ich wynalazcą jest biały mężczyzna z wyższej klasy średniej, przedstawiciel szeroko pojętej grupy geek-ów adresujący swój produkt do wąskiej grupy ludzi za pomocą prostych rozwiązań. MS stały się ogniwem w łańcuchu ewolucji informacyjno-komunikacyjnej ponieważ wpisały się w generalną potrzebę globalnej i nieskrępowanej wymiany informacji.

Youtube dla przykładu był odpowiedzią na tzw. „aferę sutkową”, z udziałem Janet Jackson i Justina Timberlake’a. W trakcie występu telewizyjnego live w trakcie amerykańskiego Super Bowl w 2004 r. Timberlake przypadkiem odsłonił ową zakrytą część ciała swojej scenicznej partnerki. Wybuchła wielotygodniowa medialna afera. Wszem i wobec rozprawiano o zgorszeniu i skradzionej niewinności dzieci. Niemal wszyscy dyskutowali o sutku Jackson, lecz tym, którzy chcieliby dokonać oględzin, by empirycznie zbadać sprawę trudno było znaleźć w Internecie „materiał dowodowy”. Youtube 1.0 wyszedł naprzeciw tym oczekiwaniom.

Media społecznościowe

Czym są zatem w rzeczywistości platformy takie jak Youtube czy Twitter? Czy są mediami, jak sugeruje zbiorcza nazwa „media społecznościowe” czy, jak chce tego ustawodawca amerykański, swoistymi tablicami ogłoszeń? Dylemat ten iskrzy za każdym razem, gdy dochodzi do tragedii z MS w tle lub choćby do wyłączenia konta znanej czy lubianej postaci. Z perspektywy koncernów stojących za platformami, każdy taki incydent wprawia w drgania wiszący nad nimi miecz Damoklesa. Otóż pudłem rezonansowym społecznego oburzenia stają się politycy z lewa, jak i z prawa, a więc kierowane przez nich parlamenty, urzędy i instytucje – wpływowi użytkownicy social mediów. Owym mieczem Damoklesa, poza odpowiedzialnością prawną i finansową, jest przede wszystkim groźba demonopolizacji wielkich koncernów, jakkolwiek rozumiana, coraz bardziej popularna w amerykańskim społeczeństwie.

Przestrzeń mediów społecznościowych, administrowanych przez prywatne podmioty, zlała się w ostatniej dekadzie z przestrzenią publiczną. Idea wolnego rynku oraz będącej jego fundamentem własności prywatnej znalazła się na kursie kolizyjnym z ideą wolności słowa. Weszła podobnież na kurs kolizyjny z immanentną funkcją każdego państwa polegającą na gwarantowaniu jednostce bezpieczeństwa. Komercyjne media społecznościowe stały się w przedziwny sposób dobrem społecznym czy publicznym, a ich użytkownicy, użytkujący je przecie dobrowolnie, bo nie z przymusu, uznają często swój status de facto usługobiorcy za prawo nabyte.

Ewoluujący paradygmat

Wielkie koncerny sektora social mediów od swego zarania mierzyły się z problemem praw autorskich oraz jeszcze większym – dziecięcej pornografii. Obydwa problemy/zjawiska pośrednio świadczą o pierwotnej naturze branżowych pionierów. Jak trafnie zauważył Erdogan, u zarania media społecznościowe cechowały zasady wypływające wprost z doktryny leseferyzmu. Społeczność geek-owska posiadała swe buntownicze oblicze. Poszukiwała przestrzeni swobodnej wymiany myśli i tworzyła takowe. Uciekała przed karzącą ręką państwowego regulatora i uczyła się, jak nie dać się złapać. Silicon Valley lat 90. i jeszcze 2000. z dumą rozpościerała nad sobą transparent „wolności słowa”.

Firmy rodzącego się sektora bardzo szybko stawały się firmami o zasięgu globalnym. Ich sytuacja prawna stawała się więc coraz bardziej skomplikowana. Do początku lat 2010 Facebook bronił się jeszcze przed wezwaniami do cenzury publikowanych na nim treści stanowiskiem, że jest firmą podlegającą amerykańskiemu prawu. Wkrótce argumentacja taka straciła sens. Facebook i Twitter stały się międzynarodowymi gigantami mierzącymi się na co dzień z regulacjami w dziesiątkach państw o różnych systemach prawnych. Zaczął się odwrót od pryncypiów „wolności słowa”. W 2012 r. Blogger, platforma blogerska będąca dziś własnością Google’a, oraz uchodzący za najbardziej „wolnościowy” w branży Twitter dyskretnie wprowadziły funkcję pozwalającą rządom na składanie wniosków cenzorskich.

Edward Snowden

Rok 2013 r. był przełomowym dla zmiany oblicza „mediów społecznościowych”. Proces zdetonowała sprawa Edwarda Snowdena, który zbiegł do Hong Kongu, a następnie do Rosji, z dziesiątkami tysięcy zdigitalizowanych dokumentów ściśle tajnych, będących własnością rządu amerykańskiego. „Akta Snowdena” ujawniły m. in. operację szpiegowską służb amerykańskich polegającą na ściąganiu metadanych ze wszystkich platform socjal mediów, za wyjątkiem Twittera. Google, Facebook i Twitter poczęły publikować „raporty transparentności” ujawniające liczbę ingerencji cenzorskich i wniosków o zgodę na inwigilację z różnych państw, w tym USA. Symboliczna ekspiacja wielkiej trójki za grzech kolaboracji z władzą ponad głowami klientów-użytkowników, władzą, która sama podlega, a przynajmniej podlegać powinna medialnemu nadzorowi, był elementem zarządzania kryzysowego gigantów, czyli skoordynowanej akcji wizerunkowej. W praktyce proces przeobrażania się platform w globalne korporacje nastawione w pierwszej kolejności na zysk przyspieszył.

„Po Snowdenie [Google] nie uważa się już za amerykańskie przedsiębiorstwo, ale przedsiębiorstwo światowe” – stwierdził wprost Scott Carpenter, dyrektor wewnętrznego think tanku Google.

Innymi słowy, w USA korporacja stawała się amerykańskim przedsiębiorstwem, w Turcji tureckim, we Francji francuskim, itd. Za tym szło przedefiniowanie polityki „redakcyjnej”. Mianowicie tech-giganty podjęły próbę skodyfikowania zasad użytkowania platform. Inżynierowie z Silicon Valley próbowali przygotować, a potem egzekwować, indywidualny dla każdego państwa standard. Wszystko po to, by uniknąć przyszłych skandali. Strategia ta była oczywiście bardzo ryzykowna, bo wymagała pewnej symbiozy z miejscowymi władzami oraz a priori zakładała homogeniczność danego społeczeństwa. Nie uwzględniała ponadto dynamiki zmian postrzegania tech-gigantów wraz ze wzrastającą wszechobecnością i znaczeniem platform, a tym samym wzrastającym prawdopodobieństwem występowania kolejnych kontrowersji. Rozrastał się wszak sam Internet docierając do nowych grup społecznych i pod nowe szerokości geograficzne.

W społeczeństwach narastał krytycyzm wobec wpływu rzeczywistego i domniemanego, jaki korporacje mają na sytuację wewnętrzną państw. Naprzeciw oczekiwaniom społecznym wychodzili politycy, właściwie nowa generacja polityków dobrze poruszających się w „mediach społecznościowych”. W latach 2012-2017 ok. 50 państw uchwaliło przepisy ograniczające swobodę wypowiedzi swoich obywateli w MS. Za tymi i podobnymi przepisami nie stali tylko dyktatorzy czy aspirujący dyktatorzy, ale rządy państw uważanych za najbardziej liberalne na świecie. Pretekstem do zmian legislacyjnych był żerujący na zasięgach MS terroryzm, ekstremizm, ale również tzw. fake news. W mateczniku tech-gigantów, w USA wśród parlamentarzystów zaczęła pączkować ponadpartyjna grupa zwolenników okiełznania państwowych wizytówek gospodarczych.

Ingerując z kolei w treści użytkowników tech-giganaci przypominali coraz bardziej tradycyjne korporacje medialne. Potwierdzali w praktyce, że nie są już zwykłymi „tablicami ogłoszeniowymi”. W opinii części współtwórców tego sektora była to zdrada ideałów, na fundamencie których budowano platformy, m. in. swobody wypowiedzi. No i, w sprzężeniu zwrotnym, narastał społeczny gniew przeciwko cenzurze, stymulowanej przez władze, ale realizowanej przez ludzi o określonych poglądach, zmuszonych np. zdefiniować ów ekstremizm czy „mowę nienawiści”.

Terroryzm i ekstremizm

Świat „mediów społecznościowych” stał się globalną platformą, na którą przeniósł się cały niemal świat konwencjonalnej polityki, ale na którą trafiały wspomniane skrajności i przypadłości, od fanatyzmu religijnego, antyreligijnego i politycznego po obsceniczny kult ciała, podniebienia i pieniądza, podlane sosem misinformacji i dezinformacji, potęgującym rozmiar spustoszenia w umysłach użytkowników. Szeroki zbiór opinii i poglądów nieporównywalnie trudniejszych do przesiania i zdefiniowania aniżeli pospolite przestępstwa czy zjawiska takie, jak pornografia.

MS skazane były od początku również na to, by stać się siedliskiem także wszelkich możliwych ideologicznych skrajności. Wartym przytoczenia exemplum są środowiska graczy gier online, toczące na swych forach nieskrępowane dyskusje o całej, tak naprawdę, otaczającej graczy rzeczywistości. Właśnie przez ów brak myślowych barier, abstrahując od obecnej w świecie gier przemocy, stały się one celem werbowników organizacji skrajnych, zarówno tych o profilu anarchistycznym, antysystemowo-wolnościowym, jak i ekstremistycznym oraz terrorystycznym, że wymienię ISIS.

W 2015 r. Facebook został pozwany na sumę $1 miliarda przez krewnych obywateli amerykańskich zabitych w ataku „samotnego wilka” w Gazie. W pozwie stwierdzono, że firma „świadomie dostarczała wsparcia materialnego” terrorystom zapewniając im środki transmisji ich propagandy. W podobnym czasie 20 tys. Izraelczyków złożyło pozew zbiorowy przeciwko Facebookowi za przemoc, której dotąd padli ofiarą jakoby z winy korporacji, ale również na poczet przyszłych uszczerbków na zdrowiu.

Paweł Zyzak, Amerykański sen. Gwałtowane przebudzenie, wyd. Fronda

Rosnące w USA oburzenie spowodowało, że w 2015 r. Kongres znalazł się bardzo blisko uchwalenia prawa regulującego status korporacji socjalmedialnych. W przygotowanym projekcie ustawy znalazł się obowiązek ujawniania przez MS odpowiednim organom każdego przypadku „aktywności terrorystycznej”. W tym samym roku kandydat w wyborach prezydenckich Donald Trump zaszokował republikańskie, raczej pro-wolnościowe gremia opowiadając się za internetową cenzurą i parcelacją dużych podmiotów.

„Musimy porozmawiać [z prezesami High Tech] o wyłączeniu Internetu w pewnych obszarach. Ktoś powie: »Wolność słowa, wolność słowa«. To są głupcy” – stwierdził.

Trump pozostawał krytykiem „mediów społecznościowych” przez cały okres swej prezydentury, zwłaszcza pod jej koniec, gdy Twitter i Facebook zaczęły oznaczać jego wpisy oparte na błędnych lub zmanipulowanych przez niego samego informacjach. Wtedy Trump stał się zdeklarowanym obrońcą wolności słowa. Wykorzystywał wciąż fakt, że znajdował się pod swoistą osłoną sprawowanego przez siebie stanowiska. Podczas gdy „przeciętni” użytkownicy indywidualni lub instytucjonalni tracili konta czasowo lub na stałe za niewinną czasem wymianę poglądów lub nieostrożną sugestię, Trump cieszył się immunitetem, który gwarantowali mu właśnie szefowie tech-gigantów znajdujących się w obszarze szczególnego zainteresowania… rządzących. Twitter stał się największym beneficjentem osobliwej symbiozy SM i barwnego celebryty-polityka. Wszak to z tej, a nie innej platformy narody zamieszkujące kulę ziemską dowiadywały się w czasie rzeczywistym o tym, co pomyślał sobie przed chwilą lub co właśnie postanowił najbardziej wpływowy polityk świata.

Sytuacja zaczęła się jednak wymykać spod kontroli. Na swoim koncie twitterowym Trump począł dawać upust coraz to mroczniejszym instynktom i podszeptom. Sprzyjał temu charakter platformy, ograniczającej pojedynczą wypowiedź-informację użytkownika do 280 znaków, wymuszającej dyskusję mówiąc wprost – wiecową; opartą na ogólnika, sloganach i bon motach. W świecie wirtualnym Trump wymykał się wszelkim ograniczeniom wynikającym z amerykańskiego systemu checks and balances. Do wydania quasi oświadczenia wystarczył tylko impuls. Jego pisemne stanowisko nie musiało przechodzić fazy konsultacji, w czasie której zwyczajowo oświadczenia są omawiane, opiniowane i edytowane przez grono kompetentnych osób. Tu przestawał być prezydentem republiki, a stawał się władcą absolutnym. W ciągu tej samej minuty potrafił postraszyć inne stolice wojną nuklearną, wyrzucić z pracy ministra i składać deklaracje, które omijały proces biurokratyczno-legislacyjny. Najtęższe analityczne i polityczne głowy zastanawiały się czy jego wpisy traktować poważnie.

Mark Zuckerberg

Sam Trump porównał swoje konto na Twitterze do „posiadania własnej gazety”, oczywiście takiej, w której publikuje tylko on sam; gazety trafiającej do „rąk” 89 milionów odbiorców; gazety wymykającej się wszelkim regulacjom i nie podlegającej, jak on sam, prawnej odpowiedzialności. Gazety będącej w istocie bezkarnym ośrodkiem dezinformacyjnym, zagrażającym bezpieczeństwu państwa, którym de iure kierował. Ośrodki propagandy rosyjskiej, m. in. Russia Today promowały wszystko, co Trump publikował na swoich kontach jeszcze w czasach, gdy był dopiero aspirującym politykiem, od teorii o kenijskim pochodzenia Baracka Obamy po inne promowane przezeń teorie spiskowe, łącznie z manifestacjami UFO.

Zamach na proces legislacyjny, jaki Trump sprowokował 6 stycznia 2021 r. dzięki m. in. aktywności w MS, jest pewną demonstracją narzędzia, w jakie może przekształcić się immunizowana działalność socjalmedialna władzy pozbawionej skrupułów. W dyskursie publicznym zapomina się o tym drugim końcu „kija”, koncentrując na perspektywie wirtualnego Wielkiego Brata, w której też zresztą pomija się czynnik polityczny. Konto Trumpa szerzące dezinformację i propagujące ekstremizm secesjonistyczny utrzymywało swą aktywność pod naciskiem czynnika właśnie politycznego, ale również zostało usunięte pod naciskiem polityków, zarówno demokratycznych, jak i republikańskich. Poniewczasie zdano sobie sprawę czym się właśnie zakończył eksperyment tolerowania prywatnej obecności radykalizującego się ekscentryka, a jednocześnie prezydenta, w mediach społecznościowych. Liderzy GOP, a nawet gwiazdy Fox News, bezskutecznie próbowali owego 6 stycznia skłonić Trumpa do zaprzestania dzieła zniszczenia.

„Czy on może wydać oświadczenie i poprosić ludzi, by opuścili Kapitol[?]” – pisał Sean Hannity do Marka Meadowsa, prezydenckiego szefa personelu.

„Mark, Prezydent musi powiedzieć ludziom, żeby poszli do domów. To uderza w nas wszystkich” – pisała Laura Ingraham.

Wreszcie Brian Kilmeade: „Niech wystąpi proszę w TV. Niszczy wszystko, co osiągnęliście”.

Przez długie godziny Trump nie robił i nie mówił nic. Przyglądał się dziełu zniszczenia.

Co robić?

Świat „mediów społecznościowych”, podobnie jak wcześniej świat komputerów i systemów operacyjnych, potrzebuje w pierwszym rzędzie rynkowej autoregulacji. Prawna regulacja czy parcelacja nie rozwiąże wszystkich ryzyk, jakie wiążą się z tym fenomenem. Kiedyś panowanie Facebooka (obecnie konglomerat Meta Platforms Inc.), wydawało się niezagrożone. Dziś platforma chwali się miliardową społecznością użytkowników i dostępnością w ponad stu językach. Ale w 2006 r. pojawił się Twitter, „tablica” dla lakonicznych postów, dysponująca dziś 500-milionową audiencją. Twitter wyrwał Facebookowi potężną rzeszę użytkowników, trafiając w gusta młodszych pokoleń. Użytkownicy Facebooka dosłownie się starzeją. Co więcej, to Twitter stał się ulubionym narzędziem komunikacji polityków, dziennikarzy i celebrytów. Wedle The Digital Policy Council z Twittera korzysta 83% światowych liderów politycznych. Sukces Twittera na rynku mediów wirtualnych spowodował równocześnie nagły odwrót od usługi podcastu. Facebook przeszedł do kontrofensywy. W 2012 r. zakupił Instagram, „tablicę” do wieszania zdjęć, która okazała się wyborną ofertą dla młodszej grupy użytkowników. Dziś Instagram posiada tożsamą audiencję miliarda użytkowników. W 2016 r. wystartował Tik Tok, „tablica” dla zdjęć i krótkich filmów, liczący aktualnie miliardową rzeszę fanów. Itd. A to na pewno nie koniec.

Konkurencja rynkowa jest pewnym lekarstwem przeciwko np. terrorowi poprawności politycznej, również przeciwko dezinformacji. Twitter uchodził niegdyś za platformę większych swobód w porównaniu np. z Facebookiem. Facebook wprowadził szereg zabezpieczeń i mechanizmów tropiących i eliminujących ekstremizm, będących równocześnie generatorem sytuacji uderzających w pluralizm w dyskusji publicznej. W reputację Twittera natomiast uderzyły skutki kampanii wyborczej w 2016 r. Stał się bowiem Twitter narzędziem skutecznej operacji rosyjskich służb specjalnych polegającej na skłócaniu amerykańskiego społeczeństwa i wspieraniu kandydatów reprezentujących skrajne bieguny dwóch głównych partii politycznych, Berniego Sandersa i Donalda Trumpa. Na drugim etapie kampanii wyborczej rosyjskie boty publikowały wiadomości już wyłącznie pro-Trumpowe. Retwitowały zawartość konta @realDonaldTrump 469 537 razy. Mimo anty-ekstremistycznej tarczy również Facebook stał się polem działania „aktywnych środków”. Tamtejsi analitycy oszacowali, że 126 milionów użytkowników padło ofiarą rosyjskiej dezinformacji. Obydwie korporacje wprowadziły potem dość skuteczniejsze mechanizmy wyłapujący boty i z większą energią przystąpiły do likwidacji kont powiązanych m. in. z rosyjskimi służbami specjalnymi, ale również z irańskimi i in.

Nieodzowna jest aktywność organizacji pozarządowych, w tym konsumenckich, strzegących wolności wypowiedzi, wnikających wszakże w specyfikę uwarunkowań prawno-politycznych w jakich operują korporacje Hi Tech. Ani dekartelizacja, ani nacjonalizacja nie stworzą idealnej dla użytkownika sytuacji. Jeśli niepokój budzą symptomy zmowy pomiędzy tech-ginagtami służącej sekowaniu grupy użytkowników o poglądach uchodzących kiedyś za klasyczne, należy wciąż brać pod uwagę, iż jest to również wynik nacisków ze strony urzędników czy ośrodków politycznych, i stojących za politykami grup interesów. Zmowa między korporacjami i władzą również może być bardzo niebezpieczna, czego dowodzi przykład Trumpa. Politycy zresztą mogą być przydatnym „narzędziem” w rękach obywateli. Mogą przecie współtworzyć z organizacjami obywatelskimi ów mechanizm balansująco-kontrolny. Mogą skutecznie naciskać na MS, by te wdrażały i aktualizowały narzędzia zwalczające właściwie pojęty ekstremizm oraz dezinformację i by tworzyły przyjazne dla użytkownika i sprawne mechanizmy odwoławcze, znosząc samowolę algorytmów i administratorów.

Użytkownik natomiast posiada w zasięgu ręki alternatywę: może przestać być użytkownikiem. Może zasilić konkurencję, albo stworzyć własny kanał komunikacji. Żyjemy w czasach, w których potrzeby determinujące wynalazczość same w sobie stały się odkryciem, od którego „wynalazca” rozpoczyna swój proces twórczy. Żyjemy w świecie zbytków, tworów służących manipulowaniu gustami, a nie ich zaspokajaniu. Wynalazki materialne umożliwiające postęp cywilizacyjny i godne życie zostały już wynalezione.

W ferworze dyskusji politycznej ginie istota problemu. Upraszczając rzeczywistość do granic wytrzymałości krytyki umysłowej, mieszamy sprawców i wykonawców, pospiesznie wskazujemy winnych i strażników naszych spraw, przez co w ciemno chcemy karać i nagradzać dodatkowymi prerogatywami. Łatwo dajemy się porwać „słusznemu” gniewowi. A gniew jest bardzo złym doradcą. (…)

Powyższy tekst to fragment książki Pawła Zyzaka pt. „Amerykański sen, gwałtowne przebudzenie”, wyd. Fronda


Czytaj też:
Wojny filmowe. Jak USA walczyły o dominację nad światem
Czytaj też:
„Wojna światów” Orsona Wellesa. Jak audycja radiowa wywołała narodową panikę

Źródło: Wydawnictwo Fronda
 0
Czytaj także