HistoriaWierzchowiny – historia do rewizji

Wierzchowiny – historia do rewizji

Kobiety opłakujące pomordowanych w Wierzchowinach
Kobiety opłakujące pomordowanych w Wierzchowinach / Źródło: PAP
Dodano
Powszechnie uważa się, że masakry w Wierzchowinach dokonały Narodowe Siły Zbrojne. W sprawie istnieje jednak wiele znaków zapytania.

Poniższy artykuł to odpowiedź na krytyczną recenzję książki Mariusza Bechty i Wojciecha Muszyńskiego pt. „Przeciwko Pax Sovietica”. Recenzję – która ukazała się w „Historii Do Rzeczy” dwa miesiące temu - napisał Arkadiusz Karbowiak, jeden z twórców Muzeum Wyklętych. (Redakcja)


Fakty i interpretacje to chleb powszedni pracy historyka. Codzienność współczesnego skryby to nie tylko czytanie opracowań innych badaczy i bezrefleksyjne powielanie ich ustaleń, lecz nieustannie prowadzone własne kwerendy archiwalne pogłębione rozmowami z uczestnikami badanych wydarzeń lub ich rodzinami. Jest to permanentny proces, którego końca nie widać. Sceptycyzm i krytycyzm pozwala historykowi na udzielenie przekonywującej odpowiedzi na pytanie: „jak było?” i na dotarcie do sedna pogmatwanych wydarzeń, zwłaszcza tych z gatunku mikrohistorii. Kwantyfikatory moralne użyte we wstępie przez publicystę miesięcznika „Historia Do Rzeczy” są o tyle nie na miejscu, że sugerują czytelnikowi wyczerpanie wszelkich możliwych źródeł owych nowych faktów. Jest to perspektywa fałszywa i metodologicznie naganna.

W przypadku polskiej prowincji po II wojnie światowej rekonstrukcja dynamicznych epizodów jest szczególnie utrudniona z powodu znikomej liczby zachowanych świadectw, zwłaszcza tych nie powstałych przy użyciu tortur, szantażu śledczych komunistycznej policji politycznej a potem nagłośnionych przez reżimowych propagandystów. Bez skrupułów manipulowano informacjami, posuwając się do jawnej dezinformacji. Ta skaza rzutuje na ich wiarygodność u zarania ich powstania. Dodatkowo dzisiaj, ich rozproszenie w zasobie archiwalnym lub pozostawanie w prywatnych rękach wydłuża proces zbudowania finalnej narracji historycznej.

Monografia o Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym z założenia nie była pracą stawiającą sobie za cel definitywne wyjaśnienie okoliczności likwidowania mieszkańców wsi. Bo jest to zadanie obarczone nadal ryzykiem powielania błędów poprzedników. Nasza kwerenda nadal trwa i przynosi zaskakujące efekty. Jak wyraźnie napisano we wstępie do oprotestowanego podrozdziału: „Wobec szeregu wątpliwości, rekonstrukcja akcji wierzchowińskiej NSZ musi być siłą rzeczy nadal hipotetyczna, dopuszcza bowiem poszlaki niepoparte niezbitymi dowodami, przesądzającymi o słuszności tej czy innej tezy”. (s. 332). I jak rozumiem ta warunkowość rozważań autorów pracy pt. „Przeciwko Pax Sovietica. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956” nie przekonała red. A. Karbowiaka co do intencji jej autorów i stąd bardzo osobiście odebrał nasze wątpliwości jako zamach na „kanoniczną” wersję rzezi we wsi, którą znakomicie przyswoił z obszernego artykułu dr. Mariusza Zajączkowskiego pt. „Spór o Wierzchowiny” z 2006 r. Używa argumentów (zwłaszcza cytatów) podanych przez historyka z Lublina. Trzeba podkreślić, że ten artykuł – tak jak każdy inny – zawiera potknięcia czy nieumyślne błędne interpretacje. Ale też podaje informacje bezcenne oraz formuje konkluzje warte dalszej dyskusji. Generalnie potwierdza on głośne zarzuty postawione przez komunistyczny wymiar sądowniczy skazywanym oficerom i żołnierzom NSZ w Warszawie o ich wyłączne sprawstwo masakry w Wierzchowinach w 1945 r.

Czytaj także:
Konspiracje i prowokacje

Przytłacza nas wersja sądowa wykreowana podczas najgłośniejszego procesu politycznego Polski „ludowej” pierwszych lat powojnia. Oskarżono w nim o zbrodnię aż 23 oficerów i żołnierzy NSZ z Okręgu Lubelskiego, z których tylko jeden – por. Roman Jaroszyński „Roman” brał czynny udział w akcji w Wierzchowinach przeprowadzonej przez Zgrupowanie NSZ pod dowództwem kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego”. Reszty nie było na miejscu i nie byli naocznymi świadkami. Część z nich pełniła funkcje na wyższych szczeblach dowódczych i o przebiegu wydarzenia czerpała wiedzę z „drugiej ręki”. Potencjalni główni oskarżeni – polowi dowódcy NSZ z „Szarym” na czele, od dawna już nie żyli. Nie przeszkodziło to komunistycznej Temidzie zgładzić siedem osób.

Źródłowy „szwajcarski ser”

Piętą achillesową badań nad Wierzchowinami, ale też szerzej strukturami lubelskimi NSZ w 1945 r. jest rozproszony materiał archiwalny. Nie udało się go historykom nadal scalić by mieć pełniejszy wgląd w kontekst podejmowanych przez dowództwo NSZ decyzji. Gros wpadło w ręce WUBP w Lublinie w lipcu 1945 r. Stanowiło potem trzon materiału dowodowego podczas procesu wierzchowińskiego w 1946 r. Niestety – po kilkudziesięciu latach – ten tom jest zdekompletowany. Pewna ilość dokumentów została dołączona do innych rozpracowań i gier operacyjnych UB/SB i uległa rozproszeniu. Fragment archiwaliów wpadł w ręce NKWD, czego potwierdzeniem są rosyjskie tłumaczenia w zasobie Archiwum Państwowego w Lublinie. Z pobojowiska w Hucie (10 czerwca 1945 r.) udało się podkomendnym kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” wynieść cząstkę kancelarii Zgrupowania NSZ. Gdy po kilkudziesięciu latach kombatanci NSZ wykopali słoik, większość dokumentacji była już zbutwiała i udało się uratować tylko kilka raportów – niestety z okresu – przed akcją na Wierzchowiny.

Brak dziennika podawczego KO NSZ w Lublinie z okresu okupacji komunistycznej nie pozwala historykowi zorientować się w obiegu kancelaryjnym rozkazów, meldunków czy raportów między sztabem a strukturami powiatowymi i oddziałami partyzanckimi. Nie znamy pełnej sekwencji zdarzeń i badacz skazany jest na snucie domysłów. Ogromne luki dokumentacyjne w odniesieniu do kluczowego dla sprawy wierzchowińskiej pionu uderzeniowego lubelskiej Akcji Specjalnej (Pogotowia Akcji Specjalnej) NSZ utrudniają (choć nie uniemożliwiają) odtworzenie procesu formowania AS po 10 lutego 1945 r. i podejmowanych przezeń działań bojowych. Identycznie jest z prasą konspiracyjną NSZ; nie znamy wcześniejszych numerów organu podziemia narodowego „Szczerbca”, na łamach którego pojawił się, 23 czerwca 1945 r., nekrolog „Szarego” i jego podkomendnych oraz redakcyjny tekst z ambicjami manifestu, w którym tryumfalnie przyznawano się do akcji w Wierzchowinach i do chęci powtórzenia takich działań w niedalekiej przyszłości. Bez nich nie można prześledzić natężenia antyukraińskiej propagandy NSZ. Nawet kluczowy rozkaz z 23 lutego 1945 r. uważany za założenie akcji o kryptonimie „Za Bugiem” jest tajemnicą! W zamian musimy dopasowywać raporty poszczególnych dowódców polowych NSZ, by móc poznać rozmach i charakter tej kluczowej operacji. Za to istnieje zdawkowe omówienie odpisu rozkazu szefa sztabu Okręgu NSZ Lublin mjr Zygmunta Roguskiego „Kacpra” z 20 maja 1945 r. dotyczącego likwidacji „band ukraińskich”.

Ponieważ nie znamy treści rozkazu wydanego przez przełożonych kpt. „Szarego” do przeprowadzenia akcji odwetowej w Wierzchowinach, pozostają nam raporty, które miały powstać tuż po samej akcji. Według materiału procesowego są to głównie trzy wewnętrzne dokumenty organizacyjne PAS NSZ, w których podziemie narodowe przyznało się do przeprowadzenia akcji samodzielne, zabijając podczas niej od 194 do 396 mieszkańców! Były to chronologicznie: raport kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” z 9 czerwca, por. Romana Jaroszyńskiego „Romana” z 17 czerwca i kpt. Zygmunta Wolanina „Zenona” z 21 czerwca. Ta zaskakująca żonglerka liczbami świadczy o postępującym chaosie w pionie łączności wewnętrznej, który wdarł się w szeregi podziemia narodowego po rozproszeniu Zgrupowania NSZ w Hucie 10 czerwca 1945 r. Może też być refleksem dezinformacji i gry operacyjnej Sowietów i rodzimego aparatu bezpieczeństwa. Pierwszy z dokumentów znany jest wyłącznie w niechlujnym odpisie maszynowym i jego kolejnych kopiach, podpisany adnotacją „za zgodność” przez sowieckiego oficera UB por. Wojciusza. Dwa pozostałe dostępne są w rękopisach i odpisach.

„Raport sytuacyjny „Szarego” do dowódcy AS NSZ Okręgu Lublin z 9 czerwca 1945 r., stwierdza:

Melduję, że oddziały AS po koncentracji ruszyły pod moim dowództwem na Zamość, według rozkazu. W drodze postanowiono zlikwidować kilka ukraińskich wsi. Pierwszą i najbliższą miała być wieś Wierzchowiny i Kasi-Łan (...) Wierzchowiny otoczono ze wszystkich stron i wycięto 194 osoby narodowości ukraińskiej. Kilkunastu zdołało uciec.

Miał on powstać na dzień przed śmiercią oficera i raczej nie trafił do adresata, skoro raport Wolanina pisany dwa tygodnie później pozostaje w sprzeczności ze słowami Pazderskiego i informuje o prawie podwojonej liczbie zabitych. Umieszczona w raporcie „Szarego” tak precyzyjna liczba ofiar, prawie identyczna z szacunkami komisji rządowej powołanej do wyjaśnienia tła tego wydarzenia, nie może być zwykłym zbiegiem okoliczności. Pytanie w jakich okolicznościach znalazł się on w rękach NKWD? Bez odnalezienia oryginału (a spór historyków co do jego autentyczności trwa od upadku instytucjonalnego komunizmu w Polsce) zarzut o jego spreparowanie pozostanie zasadny. Zarówno kronika oddziału „Szarego” (znany jej fragment urywa się w grudniu 1944 r.) jak i jego raporty były zazwyczaj pisane odręcznie pod podpis dowódcy.


Inaczej wygląda sprawa z raportem „Romana”. Został on zakwestionowany podczas procesu wierzchowińskiego przez jednego z oskarżonych oficerów NSZ (kpt. Władysława Żwirka „Wysokiego”) czym wprawił w osłupienie skład sędziowski. Padły wówczas słowa, które mogą dziś stanowić klucz do zrozumienia manipulacji dokonanej przez komunistów. Podczas identyfikacji dowodów procesowych „Wysoki”, oglądając meldunek „Romana”, stwierdził, że dokument ten spisano na innym papierze niż znane mu pismo z czerwca 1945 r. Naciskany przez przewodniczącego składu sędziowskiego miał dodać, że treść przedstawionego mu wówczas dokumentu jest co prawda zbliżona, lecz jego „początek i koniec jest inny”. Dokument zawierał sporo błędów stylistycznych, interpunkcyjnych i ortograficznych, podkreślonych czerwonym ołówkiem. Okazany mu przez bezpiekę raport „Romana” różnił się więc od tego zapamiętanego przez oficera: „Bezwzględnie zaprzeczam, żeby to był autentyczny meldunek zarówno co do treści jak i formy”.

Warto pamiętać, że Jaroszyński był szantażowany przez bezpiekę. W rękach komunistów była jego żona będąca w stanie błogosławionym, a na wolności zostało dwóch synów. Walczył o życie nie tylko swoje ale przede wszystkim najbliższych. Zresztą uznany przez innych oskarżonych za osobę złamaną w trakcie śledztwa został ostatecznie skazany na karę śmierci i zamordowany.

W jeszcze gorszym stanie do archiwaliów NSZ przedstawia się sprawa dokumentów podziemia poakowskiego z Chełmskiego. Do interesującego nas okresu, do czerwca 1945 r. nie dysponujemy żadnymi oryginałami czy nawet odpisami raportów AK-DSZ, które mogłyby nam pomóc w rozwikłaniu założeń współpracy polskiego podziemia przeciw Wierzchowinom. Takowe są znane dopiero do okresu późniejszego.

Mając na względzie te ograniczenia źródłowe – można uznać, że nadal jesteśmy krok, a może nawet kilka, przed pełniejszym zrozumieniem tła i mechanizmu wydarzeń, które rozegrały się w środę, 6 czerwca 1945 r., w Wierzchowinach, wsi położonej między Krasnymstawem a Chełmem w województwie lubelskim.

„Mała Moskwa”

W czasie okupacji niemieckiej Wierzchowiny w gminie Siennica Różana w oczach polskiego podziemia były uznawane za społeczność zaangażowaną politycznie (a więc czynnie) przeciwko Polakom. W latach 60. b. komendant PUBP w Chełmie, w gronie oficerów MSW, przypomniał:

Chciałbym dodać parę słów od siebie o tej wiosce. Jest to wieś, gdzie większość mężczyzn w okresie międzywojennym należała do KPZU. Jeszcze dziś żyje cały szereg działaczy z tej wsi. W okresie okupacji stacjonowało tam, lub przechodziło tamtędy, kilka naszych oddziałów partyzanckich. Stacjonowały tam min. oddziały „Przepiórki”, „Cienia”, Korczyńskiego. Był tam też oddział radziecki „Wiktora”. Znajdował się tam też szpital, zaopatrzony i utrzymywany przez mieszkańców wsi Wierzchowiny. W czasie okupacji nie miał tam dostępu żaden oddział WiN-u, NSZ-tu lub AK. Podobnie było po wyzwoleniu.

Demonstracyjne opowiedzenie się mieszkańców Wierzchowin po stronie okupanta sowieckiego w 1939 r., powtórzyło się latem roku 1944. Obecność jej mieszkańców w strukturach siłowych UB i MO spowodowała odwet podziemia polskiego w dogodnym dla niego momencie. Na odprawie w Stefanowie (pow. Chełm) w maju 1945 r. doszło do uzgodnień między NSZ a AK-DSZ mających na celu ukaranie najbardziej gorliwych lojalistów reżimu w Wierzchowinach. Wytypowano do likwidacji kilkanaście osób (głównie Ukraińców i kilku Polaków). Z braku jakichkolwiek oryginalnych dokumentów organizacyjnych, jej przebieg znany jest wyłącznie z relacji zmarłego szereg lat temu por. Mieczysława Szczerbatki „Sępa” (zastępcy ppor. Konstantego Piotrowskiego „Jastrzębia”, „Zagłoby” – dowódcy lotnego oddziału dyspozycyjnego Inspektoratu AK-DSZ Chełm). Według jego słów, prócz Wierzchowin, podobne akcje miały dotknąć również dwie inne wsie w regionie. Do wykonania akcji na Wierzchowiny zgłosił się kpt. Pazderski „Szary”. W celu wzmocnienia siły ognia kolumny NSZ, struktury poakowskie wypożyczyły bratniej organizacji zmagazynowaną broń ciężką. Było to spowodowane faktem, jak wspominał przywołany wcześniej b. funkcjonariusz UB: „Mieszkańcy tej wsi [Wierzchowin] zwrócili się do nas z prośbą ażeby pozostawić im broń. Znając sytuację zgodziliśmy się na to”. Wieś była częściowo ufortyfikowana od strony lasu, w tej części było stanowisko ciężkiego karabinu maszynowego. Bojówkarze z Wierzchowin patrolowali okolice, budząc strach wśród mieszkańców okolicznych wiosek. Nawiasem mówiąc, poza legalnie posiadana bronią, mieli też pozyskaną we własnym zakresie.

Niech realia ówczesnego życia uzmysłowi nam dziś incydent z udziałem zdemobilizowanego żołnierza „ludowego” WP, który miał miejsce około 20 maja 1945 r. Wracając ze szpitala w Chełmie do rodzinnej wsi Majdan Ostrowski, przejeżdżał przez Wierzchowiny:

W tej wsi zatrzymał nas mężczyzna ubrany po cywilnemu i zażądał od nas dokumentów. […] Zlekceważyłem jego prośbę wylegitymowania nas i kazałem furmanowi jechać dalej. Mężczyzna ten szarpnął za lejce, aż konie przysiadły na zadach. Ja chwyciłem bat i uderzyłem go po ramieniu. Mężczyzna gwizdnął i z pobliskiego lasu wybiegło kilku umundurowanych ludzi. Zorientowałem się, że to nie żarty. Krępy mężczyzna powtórnie zażądał od nas okazania dokumentów. Odpowiedziałem mu na to, że ja jestem umundurowany a on po cywilnemu więc na jakiej podstawie chce mnie legitymować. Wówczas mężczyzna ten poszedł do pobliskiego domu i przyniósł stamtąd dokument wielkości papieru kancelaryjnego i dał mi do przeczytania. Na tej kartce fabrycznie wydrukowane było; u góry: orzeł bez korony, poniżej „Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego” a dalej atramentem dopisane było: „Placówka Wierzchowiny”, poniżej były pieczęcie.

Reasumując: była obopólna zgoda polskiego podziemia co do konieczności przeprowadzenia akcji odwetowej polegającej na likwidacji osób skazanych wyrokami podziemnego wymiaru sprawiedliwości. Przy realizacji tego niełatwego zadania Zgrupowaniu NSZ przypadła rola główna: wkroczenie do wsi – typowej ulicówki – rozciągniętej na długości kilku kilometrów. Oddziały poakowskie miały pełnić rolę ubezpieczającą na wypadek nagłej odsieczy od strony Chełma.

„Grupa pozorowana” w szeregach NSZ

17 maja 1945 r. ppor. Roman Margula „Bajbus”, szef PAS KP NSZ Krasnystaw, przesłał meldunek, a więc zaledwie na trzy tygodnie przed wydarzeniami w Wierzchowinach:

Z polecenia Błyskawicy Płomyka [Komendanta PAS Okręgu, por./kpt Zygmunta Wolanina „Zenona”]zawiadamiam, że wczoraj na odprawie powiatowej resortu bezpieczeństwa uchwalono wypuścić w teren specjalne oddziały resortu [bezpieczeństwa] jako oddziały partyzanckie. O tym proszę uprzedzić wszystkie Grunwaldy [oddziały partyzanckie].

Historyk Grzegorz Jacek Pelica przekonany jest, że w rejonie Chełma taka kilkudziesięcioosobowa, złożona z milicjantów grupa pozorowana została skierowana w teren już 19 maja 1945 r. Zwraca on również uwagę, że z powodu niedoborów służby łącznikowej i innych utrudnień ostrzeżenie to mogło do części oddziałów partyzanckich NSZ dotrzeć za późno. Wiadomo, że ostrzeżenie, które otrzymał oddział NSZ („Grunwald 4”) ppor. Romana Jaroszyńskiego „Romana” nosiło datę 19 maja. Zobowiązano w nim dowódcę do wystawiania specjalnych przepustek żołnierzom, starannego sprawdzania napotykanych osób, zatrzymywania podejrzanych oraz likwidowania nieznanych mu oddziałów.

Naczelny dowódca „ludowego” WP marsz. Michał Żymierski (właśc. Łyżwiński), 24 maja 1945 r. wydał „Rozkaz nr 00289/Op”., zgodnie z którym przerzucone na wschód kraju frontowe dywizje piechoty miały „zlikwidować w zdecydowany i energiczny sposób w jak najkrótszym czasie bandy dywersyjne i zapewnić miejscowym władzom i ludności normalne warunki pracy”. Wyznaczone formacje miały też prowadzić szeroką akcję agitacyjną wśród ludności. 28 maja, w kolejnym „Rozkazie operacyjnym nr 00292/Op”., zostały podane precyzyjnie granice działania oraz punkty rozładowania transportów kolejowych. 3 DP miała operować na styku województw lubelskiego i rzeszowskiego. 5 czerwca 1945 r. Prezydium KRN podjęło uchwałę o utworzeniu Centralnej Komisji Politycznej do Walki z Bandytyzmem. Na jej czele stanął Władysław Gomułka. Pierwsze jej posiedzenie odbyło się 8 czerwca. Postanowiono na nim odkomenderować do sztabów dywizji i pułków doświadczonych w rzemiośle „partyzanckim” oficerów AL. W połowie czerwca odbyła się odprawa w Sztabie Generalnym „l”WP, w której uczestniczyli przedstawiciele kierownictwa MBP, Komendy Głównej MO oraz kilku oficerów wytypowanych do działań „pozorowanych”. Mieli oni położyć kres istnieniu zbrojnego oporu przeciw reżimowi. Stosowne pełnomocnictwa przy 3 DP otrzymali: płk Grzegorz Korczyński, mjr Tadeusz Szymański, mjr Bolesław Kowalski i mjr Edward Gronczewski. 12 czerwca minister Stanisław Radkiewicz wydał „Okólnik nr 9” o przeprowadzeniu akcji likwidacji „band” i „nielegalnego podziemia”. Na ten sam miesiąc przypadł początek współpracy wojska i organów bezpieczeństwa w zwalczaniu podziemia. Z pododdziałów 3 DP, skierowanej do woj. lubelskiego pod koniec maja 1945 r., utworzono dodatkowo cztery specjalne grupy operacyjne (partyzanckie, tj. pozorowane), które otrzymały zadanie rozsadzenia „od środka” struktur antykomunistycznych. Rekrutowały się one z byłych bojówkarzy AL, partyzantów BCh i AK oraz funkcjonariuszy UB i MO.

Czytaj także:
Spektakularna akcja polskich żołnierzy. Uratowali tysiąc kobiet przed straszną śmiercią

W powiecie chełmskim zadanie animowania „grupy pozorowanej” otrzymał funkcjonariusz UB Jan Jaszczuk, zastępca szefa PUBP w Chełmie. Miał to zadanie wykonywać z ramienia KW PPR w Lublinie. Ten Ukrainiec w rzeczywistości rabował rodaków jak i ich polskich sąsiadów. Posuwał się też do zabójstw. Według stenogramu rozmowy w MSW:

W okresie dwóch tygodni udało nam się uzyskać kontakt z naszymi ludźmi, których wysłaliśmy w ślad za bandą. Przed nawiązaniem z nami [PUBP] kontaktu zdążyli zainstalować się w bandzie i [przekazać] wszystkie dane odnośnie mordu w Wierzchowinach i późniejszej walki między bandą a naszymi jednostkami.


Nie jest jasne czy mowa jest o pojedynczych osobach czy nawet większej grupie, która przeniknęła w szeregi podziemia narodowego?

Posiadając takie wtyki w szeregach NSZ dowiadujemy się też z dalszej treści tego stenogramu o wspólnym działaniu podziemia narodowego z poakowskim 6 czerwca 1945 r.:

Okazało się, że w tej akcji brały udział bandy „Sokoła” [Kulimowskiego], „Szarego” [Pazderskiego], „Jastrzębia” [Piotrowskiego], „Zemsty” [Walewskiego]. Łącznie ponad tysiąc ludzi. Były to bandy akowskie i eneszetowskie. Dowiedzieliśmy się, że banda, w której „zainstalowaliśmy” naszych ludzi, stacjonuje już w swojej bazie [wieś Huta koło Wojsławic]. W miejscu tym banda bazowała jeszcze w okresie okupacji.

Z „raportu specjalnego” z chełmskiej bezpieki z 13 czerwca 1945 r. mamy pewność, że likwidacja partyzantów NSZ w Hucie, trzy dni wcześniej przez siły sowieckie, była możliwa „[…] przy aktywnym udziale Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Chełmie, który mając swoich agentów w bandzie rozpracowała materjał po likwidacji jej”.

Sądny dzień – 6 czerwca 1945

Satysfakcjonującej odpowiedzi, która rozwiałaby wszelkie wątpliwości narosłe przez ostatnie 72 lata, nie udało się udzielić również pionowi prokuratorskiemu IPN w Lublinie, który kilka lat temu badał to wydarzenie. 30 września 2011 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie postanowiła umorzyć śledztwo w sprawie zbrodni przeciwko ludzkości dokonanej 6 czerwca 1945 r., poprzez zabójstwo ok. 190 mieszkańców Wierzchowin (w tym obywateli polskich narodowości ukraińskiej). Wiedza prokuratora IPN kończy się na potwierdzeniu ledwie kilku faktów: miejsca, daty, pory dnia, charakteru wydarzenia, czasu jego trwania. Sporna jest już za to precyzyjna liczba zamordowanych i ich tożsamość. W konkluzji czytamy, że zarówno historiografia, jak i wyniki śledztwa nie pozwalają jednoznacznie odtworzyć przebiegu wydarzeń w Wierzchowinach i wskazać sprawców tego mordu. Można jedynie przyjąć trzy możliwe wersje owego zdarzenia:

1) zabójstw dokonali żołnierze NSZ ze zgrupowania „Szarego”,
2) rzezi, po odejściu partyzantów, dokonała pozorowana grupa, rekrutująca się z funkcjonariuszy BP, „l” WP lub NKWD, i
3) był to samosąd, dokonany przez mieszkańców sąsiednich wiosek, z zemsty za wcześniejszy terror siany przez uzbrojonych mieszkańców Wierzchowin.

Za każdą z podanych wersji przemawiają pewne okoliczności. Równocześnie brakuje dowodów, które wykluczyłyby którąkolwiek z tych hipotez.

Szczupłość miejsca na łamach miesięcznika nie pozwala na szczegółowy hipotetyczny opis akcji podziemia (stąd czytelników odsyłam do monografii o NZW). Należy jednak zwrócić uwagę na dynamikę wydarzeń. Nie była to sytuacja statyczna. W ciągu kilku godzin przez wieś przetoczyło się kilka kolumn wojskowych, w tym zgrupowanie partyzanckie niczym się na zewnątrz nie odróżniające od sił reżimowych. To było mylące dla mieszkańców Wierzchowin. Ulegli wrażeniu obcowania z przyjaznymi im „ludowym” WP. To był błąd, który kosztował ich życie.

Ale na kilka elementów w tej historii należy zwrócić baczną uwagę. Należałoby przekonywująco wyjaśnić powody tak radykalnej zmiany w zachowaniu partyzantów w stosunku do mieszkańców wsi, w trakcie samej akcji. Mimo wyraźnego polecenia „Szarego” skrupulatnego sprawdzenia i potwierdzenia tożsamości osób z listy proskrypcyjnej z maja 1945 r., doszło do niekontrowanej eskalacji agresji. Zginęły bezbronne kobiety z dziećmi. Miejscowy nauczyciel Kazanowski wskazywał partyzantom konkretne osoby z listy a finałem tych zabiegów było kilkukrotne przemnożenie liczby zabitych we wsi. A więc początkowo wydany rozkaz o zlikwidowaniu najbardziej groźnych lojalistów zmienił swój pierwotny sens. Dlaczego? Co mogło to spowodować? Samowola? Możliwe, że w trakcie przeczesywania zabudowań znaleziono kolejne dowody na udział mieszkańców w akcjach pacyfikacyjnych w okolicy, w ostatnim czasie. W relacjach strony polskiej przewija się wątek zabitych żołnierzy NSZ tuż przed wkroczeniem podziemia do wsi jako późniejszy powód ich agresji. Dodatkowo tak licznie występujący w szeregach NSZ b. żołnierze 27 DP AK stanowili grono partyzanckie złączone pamięcią o zamordowaniu bliskich za Bugiem zaledwie rok, półtora wcześniej. Trzymali się razem, tworząc autonomiczną strukturę. Łaknęli zemsty. Ale też należy pamiętać o agenturze UB w szeregach zgrupowania NSZ. Mogło jej zależeć na zbrutalizowaniu przebiegu akcji. W ten sposób zohydzano odbiór partyzantki w oczach społeczeństwa. A na tym propagandzie PKWN szczególnie zależało od szeregu miesięcy.

Chyba najbardziej mistyfikowana jest samoobrona mieszkańców Wierzchowin, gdy ci zorientowali się z kim przyszło im się zmierzyć. Wyraźnie mówi o tym w zeznaniach oficer AK-DSZ Mieczysław Szczerbatko „Sęp” (sam nie uczestnicząc w walkach we wsi) dowiedział się o wszystkim bezpośrednio od opatrywanego i przechowywanego rannego żołnierza NSZ po bitwie w Hucie. To on miał mu powiedzieć o fortelu „Szarego” z wjazdem partyzantów na furmankach przy grze na harmonii oraz kwiatach wetkniętych w lufy karabinów. Jednak w chwili zamykania kolumny NSZ warta ukraińska na opłotkach wsi otworzyła ogień do oddziału dowodzonego przez Jaroszyńskiego „Romana” zamykającego tył kolumny. Strzały padły też z wielu domów. Opór „posterunku UB” został złamany.

Z kolei Jerzy Pelc-Piastowski „Łazik” (dowódca łukowskiego plutonu AK-DSZ) siedząc na Zamku lubelskim w latach 1945/46 zapamiętał rozmowę z dwoma osadzonymi w tej samej celi żołnierzami. Nie dowiedziono im w czasie śledztwa udziału w starciu w Wierzchowinach. W tajemnicy opowiadali mu o wymianie ognia i nieregularnym charakterze walki we wsi. Walkach w izolowanych punktach, w trakcie której najwięcej ginęło przypadkowych osób, czyli kobiet z dziećmi starających się przebiec jakąś przestrzeń lub źle się chowających przed kulami. Dramaturgii całej sytuacji dodawało też atakowanie w obejściach partyzantów przy użyciu kos, siekier czy wideł. Jeden z nich miał też się zwierzyć, że widział zwłoki towarzysza broni z odciętą głową.

Przytoczone w naszej książce obszerne cytaty z dwóch raportów oficerów Oficerskiej Szkoły Artylerii w Chełmie będących tego dnia w rejonie spacyfikowanej wsi, uwypuklają podstawowy mankament dowodzenia grupą pościgową za Zgrupowaniem NSZ. Był to brak rozpoznania pola walki, które wprowadziło improwizację w działania sił reżimowych. Doprowadziło to do zbędnych strat zadanych ludności cywilnej, które potem policzono zapewne na konto partyzantów.

Hipotetycznie można przyjąć, że po wyjściu Zgrupowania NSZ z Wierzchowin w kierunku na Kasiłan i Sielec oszołomieni wieśniacy widząc kolejną grupę wojskową wjeżdżającą od strony Chełma potraktowali ją jako nowych napastników. Otworzyli ogień z broni nieodebranej przez podziemie. Ku takiej ocenie skłania analiza fragmentu stenogramu rozmowy w MSW:

[…] wyjechaliśmy do Wierzchowin. Gdy przyjechaliśmy na miejsce główne siły bandy odeszły już w stronę Kasiłanu. Część bandytów pozostało w wiosce i rabowali. Po krótkiej potyczce z tymi bandytami, obejrzeliśmy to, czego dokonała banda. Zobaczyliśmy stosy trupów.

Ponieważ brak potwierdzenia w materiale źródłowym konfrontacji NSZ z reżimem w samych Wierzchowinach, owymi „bandytami” mogli być co prawda żołnierze AK-DSZ, którzy dłużej przebywali na pobojowisku, ale też krewni z okolicznych wsi, którzy na odgłos strzałów udali się do wsi chcąc poznać los bliskich albo chętni do ograbienia opuszczonych domostw. Ta sprawa pozostaje do wyjaśnienia.


Mocnym, choć nieznanym szerzej opinii publicznej, argumentem przeciwko oficjalnej wersji komunistycznej są materiały siatek wywiadowczych AK-DSZ-WiN stanowiących konkurencję wobec podziemia narodowego, a tym samym niepodatnych na naciski rzekomych sprawców masakry. Organizacje te uniknęły dezinformacyjnych pułapek komunistów i samodzielnie prowadziły rozbudowany „biały wywiad”, pozyskując na bieżąco cennych informatorów. Ciekawe tropy w interesującej nas sprawie podjęła siatka wywiadowcza T(J)-1 kierowana przez mjr. Wincentego Kwiecińskiego „Lotnego”, zbudowana na początku 1945 r. na rozkaz ppłk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”, komendanta Obszaru Warszawskiego „NIE”, a następnie DSZ, i jego zastępcę Józefa Rybickiego „Macieja”. Struktura ta uważana była za jedną z najlepiej funkcjonujących placówek informacyjnych w kraju i liczyła co najmniej 40 wywiadowców. Zdobyte przez własną siatkę materiały Kwieciński uzupełniał informacjami z innych ekspozytur wywiadowczych, by na ich podstawie przygotowywać ostateczne raporty Obszaru Centralnego DSZ (potem WiN). Najprawdopodobniej we wrześniu 1945 r. wydał on polecenie przygotowania dwóch ważnych zestawień, obrazujących skalę sowietyzacji społeczeństwa i terroru wymierzonego w struktury konspiracyjne.

W drugim z nich (znacznie obszerniejszym), z października 1945 r., znalazł się passus dotyczący sprawy Wierzchowin. Przedstawiał on trzy alternatywne wersje wypadków. Przyjmowano wariant odwetu wziętego przez skoncentrowane oddziały NSZ lub „grupy żołnierzy polskich w mundurach polskich i uzbrojonych cywilów” za współpracę mieszkańców wsi z Sowietami i UB. W całej sprawie doszukiwano się także, nie bez powodu, sowieckiej intrygi:

„Relacja członka Wojew[ódzkiej]Komisji z Lublina: Wieś W[ierzchowiny] została zlikwidowana przez NKWD za to, że mieszkańcy jej stawiali opór, nie chcąc przenieść się za Bug. Wojew. Komisji nie dopuszczono tam, twierdząc, że ciała są już pochowane, a odnośny protokół zaproponowano spisać Komisji ze sprawozdania NKWD, co też stało się. Zdaniem członka komisji skierowanie winy i odpowiedzialności przez NKWD na oddz[iały] leśne, ma na celu powaśnienie Polaków z ukraińcami, specjalnie w Krasnostawskim, gdzie ostatnio stosunki układały się wzgl[ędnie] możliwie.”.

Wielokrotnie przywoływany w tym artykule Szczerbatko twierdził wprost, że NKWD ostrzelało Wierzchowiny ogniem z samochodów pancernych. Faktem jest, że to właśnie Sowieci następnego dnia nie pozwolili pododdziałom 7 pp „l”WP zbliżyć się do wioski w trakcie pogoni za partyzantami. Przygotowali materiał ikonograficzny z pobojowiska, który następnie spełnił rolę wstrząsającego dowodu obciążającego polskie podziemie. To NKWD pilnowało zakopania zwłok w kilku ziemnych mogiłach. Przy czym ciała mieszkańców Wierzchowin złożono w jednym dole. Obok głównej mogiły w dwóch mniejszych dołach spoczęły zwłoki ludzi spoza wsi. Żądni odwetu wieśniacy mieli dotrzeć aż do Huty i tam mścić się na polskich pogorzelcach. Potwierdza to również między innymi fragment meldunku z posterunku MO w Siennicy Różanej z 5 lipca 1945 r.:

[…] donosimy że mimo tego iż broń przydzielona została im zabrana, posiadają własną broń, czego dowodem jest ich przyjazd do wsi Żdżanne w liczbie 30 i pobicie jednej z wysiedlonych kobiet. Posterunek prosi o jak najszybszą interwencję w sprawie ich wyjazdów [do ZSRS] a także melduje o podpaleniu przez nich jednego z domostw, które jednak dzięki naszej interwencji zostało ocalone. Powyższe gospodarstwo zostało przez nich podpalone we wsi Wierzchowiny.

Sowiecka „maskirowka”

15 czerwca 1945 r. przybyła do wsi specjalna komisja rządowa do wyjaśnienia sprawy. Komisja nie zarządziła ekshumacji masowego grobu ofiar, a jedynie otwarcie jednej z mniejszych mogił, w której znaleziono jedynie dwa ciała, w tym jedno pozbawione głowy. Przebieg wydarzeń ustalono jedynie na podstawie oględzin miejsca zdarzenia oraz relacji świadków, którzy mówili o mordowaniu wszystkich ukraińskich mieszkańców wsi (także kobiet i dzieci), gwałtach towarzyszących zbrodni oraz o zabijaniu nie tylko przy użyciu broni palnej, ale i siekier, motyk oraz łopat. Komisja przystała na wersję wypadków podsuniętą jej przez Sowietów i zawróciła do Chełma.

W tym czasie sowiecki doradca przy MPB w Warszawie, gen. Nikołaj Sieliwanowski przekonał już Bolesława Bieruta do zorganizowania głośnego procesu sądowego na mordercach z Wierzchowin, który raz na zawsze pogrążyłby „reakcję” i odebrał jej moralne prawo do sprawowania władzy politycznej. Miało to wzmocnić wymowę propagandową moskiewskiego procesu szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego uprowadzonych z Pruszkowa.

Wyraźnie jest o tym mowa w raporcie Sowieta przesłanym szefowi NKWD w Moskwie Ławrientijowi Berii w połowie czerwca 1945 r.:

O powyższym [wydarzeniach w Wierzchowinach i Hucie]poinformowałem Bieruta, który wydał polecenie postawienia schwytanych uczestników pogromu przed sądem i przeprowadzenia procesu pokazowego. Fakt ten będzie oświetlony w prasie wraz z opublikowaniem fotografii zabitych dzieci i bezbronnych obywateli.

Liczba ofiar

Mogiła niewielkich rozmiarów w centrum Wierzchowin, wciśnięta między gospodarstwa, kryje nieokreśloną liczbę zwłok. Wykopana została przy użyciu łopat sprawia wrażenie grobu kryjącego co najwyżej kilkadziesiąt osób. Były one chowane w ubraniach i przesypywane wapnem. Na drugi bądź trzeci dzień po akcji podziemia, odbyły się uroczystości pogrzebowe.

Na łamach prasy reżimowej w Lublinie żonglowano swobodnie liczbą zabitych w Wierzchowinach: 12 czerwca 1945 r. „Głos Ludu” donosił o 184 zamordowanych osobach i wielu rannych. Mimo poczynionych kilka dni później ustaleń specjalnej rządowej komisji śledczej, szacującej skutki masakry na 197 ofiary, we wrześniu 1945 r. ta sama gazeta podawała liczbę 180 osób, a na początku lutego 1946 r., na podstawie danych ze śledztwa, mówiono aż o 400 ofiarach.

Zanim w lutym-marcu 1946 r. doszło w Warszawie do procesu wierzchowińskiego, dokonanie tej masakry przypisywano początkowo „bandzie NSZ” „Sokoła” (Stanisława Sekułę w rzeczywistości dowódcę AK-DSZ), dopiero z czasem czytelnicy „Głosu Ludu” dowiedzieli się o innych oddziałach NSZ, które wzięły udział w tej akcji. Ujęcie niezidentyfikowanego z nazwiska „Sokoła” w listopadzie 1945 r., spowodowało – choć na krótko - przyjęcie błędnej chronologii wierzchowińskiej akcji (pod koniec maja 1945 r.) i zmniejszenie liczby zabitych we wsi do 80 osób. Zaskakująco musi brzmieć w takim kontekście informacja, że – podsumowując sprawę Wierzchowin w lipcu 1947 r. – na łamach „Głosu Ludu” pisano, ni stąd, ni zowąd, o „bandach ukraińskich faszystów”, które w pierwszym okresie powojnia „poczynały sobie z równie większą zuchwałością, wpadając do wsi większymi grupami”, w tym też do Wierzchowin. Ta rewelacja miała zapewne swe źródło w decyzji przeprowadzenia akcji „Wisła”, aby położyć kres istnieniu nacjonalistycznych struktur ukraińskich w Polsce „ludowej”.

Warto też pamiętać, że musiało upłynąć kilka dekad w PRL od procesu z 1946 r., aż partyjnym historykom udało się zestawić sumarycznie około 200 nazwisk ofiar z czerwca 1945 r. Wcześniej była to anonimowe zbiorowisko ludzi, które trudno było zweryfikować z racji braku znajomości tożsamości ofiar.

Obecnie wybetonowana mogiła posiada analogion z podkreśleniem religijnej konfesji ofiar: „W tym miejscu spoczywają prawosławni mieszkańcy wsi Wierzchowiny wymordowani dnia 6 czerwca 1945”. Brak na niej precyzyjnej liczby osób spoczywających w dole.

8 lutego 2016 r. Związek Żołnierzy NSZ w Lublinie wystąpił do poprzedniego prezesa IPN dr Łukasza Kamińskiego z wnioskiem o przeprowadzenia kompleksowej ekshumacji szczątków celem wyjaśnienia zagadki liczby ofiar z roku 1945. Do dziś nie otrzymał jakiejkolwiek odpowiedzi.

Mariusz Bechta


Mariusz Bechta, Wojciech Muszyński
Przeciwko Pax Sovietica
IPN


Okładka miesięcznika Historia Do Rzeczy: 2/2018
Artykuł został opublikowany w 2/2018 wydaniu miesięcznika „Historia Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ mba
O północy z piątku na sobotę (19 na 20 października) rozpoczyna się cisza wyborcza [Ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r. – Kodeks wyborczy (Dz. U. z 2017 r. poz. 15)], która potrwa do końca głosowania w niedzielę (21 października). Zakaz obowiązuje także w internecie, w związku z czym, w trakcie ciszy wyborczej w portalu DoRzeczy.pl wyłączona zostanie możliwość dodawania komentarzy.

Czytaj także